Szanowny redaktorze, szanowna redaktorko, wymyślający tytuły na portalu. Luk powozia nie jest tym samym co luk bagażowy. OK, znajomość techniki lotniczej może nie jest niezbędnym warunkiem zatrudnienia na waszym stanowisku. Ale odrobina pomyślunku może by się przydała. Czy zawartość waszych walizek przylatuje do celu zamarznięta na kość? Czy nie dziwi was, że w ogóle przylatuje? Wszak luki podwozia otwierają się gdy podwozie jest wysuwane przed lądowaniem. Nie zaskakuje was przeto, że po przylocie na lotnisku czekają na was walizki, a nie informacja „bagaż proszę sobie pozbierać 8 km w kierunku NNW od progu pasa 16R”?

W nawiązaniu do poprzedniej, śniegowej notki. Mnie się udziela :-) 

Przyłapałem się albowiem na sprawdzaniu w internecie zasięgu wyłączeń mojego dostawcy prądu (dla ciekawych, w tej chwili podają 2% na całym obszarze, w moim podregionie 4,5%).

Przypomina się fragment z „Opowiadania Pirxa”: Moi kosmonauci ze świnką, którzy wiedzieli już, rozumie się, o chmurze hiperbolicznej [meteorów - mdm], telefonowali często-gęsto do radiostacji, aż wyłączyłem ich aparaty, oświadczywszy, że niebezpieczeństwo, a w szczególności przebicie statku i utratę hermetyczności, rozpoznają łatwo po braku powietrza.

 

EDIT 10 godzin później. Paranoja trwa. 4,2% i 9,5% :-)

Pada śnieg.

Ma być duży – może większy niż ten z 1922, od którego zawalił się w Waszyngtonie Knickerbocker Theater zabijając niemal setkę kinomanów i raniąc ponad drugie tyle. Co bardziej podnieceni pogodziarze prognozują 30 cali (76 cm na ludzkie).

Ma być duży – większość szkół i wiele urzędów było zamknięte już w piątek (mimo że, powiedzmy sobie szczerze, do 5 po południu padał tylko dość lekki śnieżek). Autostrady były pustawe, większość ludzi po prostu nie wybrała się do pracy.

Ma być duży – już nie działają waszyngtońskie autobusy (podwaszyngtońskie takoż), za godzinę przestaną działać naziemne i nadziemne odcinki metra (20 cm śniegu blokuje dostęp wagonów do trzeciej szyny z zasilaniem), odwołano loty z DCA i IAD (mimo, że oba lotniska są otwarte).

Ma być duży – żurnaliści pisząc o nim wahają się między Snowmageddon a Snowpocalypse.

Ma być duży – więc tradycyjnie już od czwartku supermarkety były zawalone ludźmi przygotowującymi się na katastrofę, stojącymi w ogromnych kolejkach do kas (i po wózki, których brakło), wykupującymi do zera, do pustych półek, chleb, mleko, jajka i… łopaty do odgarniania śniegu.

Zaraz… Łopaty? To już drugi duży śnieg tej zimy. Przeciętnie przynajmniej raz każdej zimy jest porządny śnieg, może nie taki jak teraz, ale jest.

Dlaczego więc przed każdym śniegiem ludzie wykupują łopaty? Czy to jednorazówki przeżywające tylko jedno odśnieżanie?

Czym się różni admirał od papieża?

Porównajmy: nawet armia amerykańska, nawet amerykański admirał zaczyna dostrzegać, że wyrzucanie gejów za bycie kim są (jak również hipokrytyczne pozwalanie im na służbę w wojsku, o ile nie powiedzą kim są i nikt ich nie wyklepie) jest cokolwiek nie ten tego w dzisiejszych czasach, i czy to z przywoitości, czy z braku kandydatów na mięso armatnie, czy pod naciskiem Baracka – przymierzają się do osiągnięcia normalności.

A papież jakby nigdy nic zachęca swoich generałów i admirałów do walki z „misjonarską gorliwością” (misjonarską???) przeciw proponowanemu brytyjskiemu Equality Bill. Wprawdzie chyba już się wycofali z durnego twierdzenia, jakoby ustawa zmuszała ich do przyjmowania w szeregi księży kobiet (błeee) i gejów (tfu!). Co oczywiście jest nieprawdą (a szkoda! należałoby się!). Ba, dzięki ustawie katolicy będą mogli poślubić angielskiego króla czy królową nie porzucając wiary ani nie powodując wyrzucenia małżonka z pracy! A papista mógłby nawet wstąpić na brytyjski tron*!

Ale to nie wystarcza: Religious leaders have voiced concern that the Equality Bill could force churches to employ sexually active gay people and transsexuals when hiring staff other than priests or ministers.

O bobrze! Nie dość że gej w bibliotece parafialnej czy z miotła w kruchcie, to jeszcze taki co był wcześniej kobietą! I w dodatku uprawia seks!!!

Benek w swoich pokrętnych koncepcjach byłby nawet śmieszny, gdyby nie był przerażający: In some respects it [Equality Bill] actually violates the natural law upon which the equality of all human beings is grounded and by which it is guaranteed. Znaczy, równość gejów łamie równość ludzi. Pachnie mi to rozumowaniem cokolwiek ustawonorymberskim. Benek, może oderwij się wreszcie od swoich korzeni…

Nie pierwszy raz piszę o organizacjach katolickich domagających się dla siebie wyłączenia spod praw równościowych, licencji na dyskryminowanie.

* Co więcej, papiści i kobiety nie będą automatycznie wyprzedzani przez młodszych anglikanów z jądrami w kolejce do tronu. Świat staje na głowie!

Wreszcie (proszę kliknąć):

Dla niezorientowanych: wycofany artykuł z 1998 opisywał rzekomy związek autyzmu dziecięcego ze szczepionkami. Okazał się kłamstwem, ale narobił mnóstwo szkód, wielu rodziców zniechęcił do szczepionek dziecięcych. W konsekwencji niemało osób zachorowało (czasem ciężko), do niektórych krajów rozwiniętych wróciły epidemie chorób przedtem zdławionych prawie do zera. Wszystko przez Wakefielda. Trochę to przypomina załamanie przeszczepów po numerach ministra Zero w Polsce, tyle, że skutki były na całym świecie. Facet powinien do pierdla pójść.

Senat Wirginii raczył uchwalić prawo delegalizujące obowiązek nabywania ubezpieczenia medycznego. Oczywisty cios w plany reformy służby zdrowia w USA.

Jak słusznie zauważyła Salon Nowojorski w komentarzach pod własną notką, obowiązek ten jest kluczowy dla reformy. Bo ogromnym problemem służby zdrowia, być może większym, niż miliony osób w ogóle nie posiadających ubezpieczenia, jest to, że ubezpieczenie tak naprawdę nie daje żadnej gwarancji, bądź może być niemożliwe do nabycia. Ubezpieczyciel może bowiem wykopać zbyt poważnie (zbyt drogo) chorą osobę, a już na pewno odmówić zakupu ubezpieczenia, lub postawić niemożliwe do spełnienia warunki finansowe osobie z „preexisting conditions”, czyli jakimiś już istniejącymi schorzeniami (powiedzmy sobie szczerze, kto jakichś nie ma?).

Dlaczego obowiązek jest kluczowy? Cytuję Salon:

Powód jest prosty i czysto ekonomiczny – jeśli ludzie nie będą zmuszeni do kupowania ubezpieczenia i płacenia składek kiedy są zdrowi, to będą sobie po prostu czekać, a kiedy zachorują, grzecznie zgłoszą się do firmy ubezpieczeniowej wiedząc, że ta nie może odmówić im sprzedaży polisy ubezpieczeniowej. A przecież cały sens ubezpieczenia polega na tym, żeby rozłożyć ryzyko i pobierać składki od jak największej liczby ubezpieczonych, zarówno zdrowych jak i chorych, bo tylko wtedy ma to jakikolwiek sens ekonomiczny (risk pooling).

Od siebie dodam, że takie czekanie z wykupieniem polisy, a więc z leczeniem, zwiększa koszta w jeszcze jeden sposób – choroba postępuje, i staje się często coraz trudniejsza, a więc coraz droższa do leczenia.

Uniemożliwienie wprowadzenia obligatoryjnego wykupu ubezpieczeń praktycznie zabiłoby więc reformę.

Na szczęście, jak pisze Washington Post, 

Other legal scholars and many of the senators who voted against the measure said they thought it would have little practical impact because it would be preempted by federal law.
“This would not be worth the paper it’s written on, and everybody knows it,” said Sen. Richard L. Saslaw (D-Fairfax). “Everybody knows this bill is nothing more than a brochure bill.”

Ale sygnał jest niedobry, otwiera pole do atakowania reformy w sądach (co i tak pewnie by się stało). Niedobry tym bardziej, że w wirginijskim senacie za uchwałą głosowało, oprócz wszystkich 18 republikanów, także 5 senatorów z demokratycznej większości, czyniąc ją mniejszością. W połączeniu z innymi objawami, jak chociażby opisane przez Salon w linkowanej notce wybranie przez tradycyjnie demokratyczny stan Massachusetts republikanina na miejsce w senacie federalnym po zmarłym Tedzie Kennedym, każe źle wróżyć reformie. Czy przez wiek XXI USA przejdą nadal z organizacją służby zdrowia rodem z wieku XIX?

W nawiązaniu do notki o AeroTrain (i spełniając obietnicę wpisaną w tamtejszych komentarzach) wracam do tematu komunikacji między terminalami na IAD.

System rozproszony – mobile lounges, całkowicie niezależne pojazdy, poruszające się po modyfikowalnych trasach, z licznymi miejscami dokowania (kilka na terminal), zastąpiono (nie całkiem, jak pamiętamy) systemem skupionymAeroTrain, pojazdami zdolnymi do poruszania się tylko po jednej trasie, ze stosunkowo nielicznymi (0 do 1 na terminal) miejscami do wsiadania i wysiadania.

Pierwszy skutki tej systemowej zmiany już się pojawiły. W środę, drugiego dnia pracy AeroTrain, strażak zostawił niezamknięte drzwi w jednym z tuneli. Zgodnie z procedurami, ruch został wstrzymany i system skupiony nie działał przez 41 minut. W niedzielę, piątego dnia, woda z pękniętej rury zalała peron stacji w terminalu A, wyłączając tę część systemu skupionego z ruchu na 2,5 godziny.

W obu wypadkach sytuację uratował niemal 50-letni system rozproszony, pasażerów woziły mobile lounges. Które, jak to ujął ztrewq, rulezują!

Wysokoobcasowy guru zdrowego żywienia w Stanach Zjednoczonych, Katarzyna Bosacka, popełniła nowy, światły tekst.  

Zaraz, nowy? Wytęż wzrok i znajdź różnice…  

Ekoinwazja” z 2008-02-25:  

W klasycznym amerykańskim supermarkecie wszystko jest zapakowane i spreparowane. Zamrożone bułeczki ze stuletnią przydatnością do spożycia, cukierki w aerozolu do psikania na język, osobno białka i żółtka jajek, by nie brudzić sobie rąk, naleśniki w proszku, masło w sprayu, bazylia w tubce, trawiastozielone ciasteczka, niebieskie torty z czarnymi ornamentami. Dla Europejczyka to wstrząs (w USA są łagodniejsze normy pozwalające na dosypywanie chemii do żywności).

Najgorszą rzeczą, jaką kupiłam, były seledynowo-turkusowe jogurty ze Shrekiem. Od samego widoku można się rozchorować. Udowodniono bowiem, że żywność przetworzona sprzyja tyciu (tłuszcze trans), nadciśnieniu (sól), napędza apetyt (ukryty cukier) i powoduje nadaktywność u dzieci (sztuczne barwniki i benzoesan sodu, konserwant w napojach gazowanych). Dzięki kuzynowi, fizykowi z NASA, próbowałam ostatnio jedzenia dla kosmonautów. Poza tym, że było bardziej suche, nie różniło się ani wyglądem, ani smakiem od tego w amerykańskich sklepach.  

 

Pomidorowa is the best!” z 2010-01-23:  

[...] zakupy w klasycznym, amerykańskim supermarkecie dla wielu Europejczyków nadal mogą być szokiem. Białka i żółtka jajek sprzedawane w kartonach (osobno), cukierki w aerozolu do psikania na język, naleśniki w proszku, masło w sprayu, bazylia w tubce, trawiastozielone ciasteczka, niebieskie torty z czarnymi ornamentami. W USA normy pozwalające na dosypywanie chemii, a zwłaszcza barwników do żywności są łagodniejsze od polskich. Najgorszą rzeczą, jaką kupiłam, były seledynowo-turkusowe jogurty ze Shrekiem. Od samego widoku można się rozchorować. Udowodniono, że żywność przetworzona sprzyja tyciu (tłuszcze trans), nadciśnieniu (sól), napędza apetyt (ukryty cukier) i powoduje nadaktywność u dzieci (sztuczne barwniki i benzoesan sodu, konserwant w napojach gazowanych).

Dzięki mojemu kuzynowi, fizykowi z NASA, próbowałam ostatnio jedzenia dla kosmonautów. Poza tym, że było bardziej suche, nie różniło się ani wyglądem, ani smakiem od tego w amerykańskich sklepach.  

 

W szanującej się gazecie za taki recykling wylatuje się z pracy. W Wysokich Obcasach.pl dostaje się pierwsze miejsce na liście „piszą dla nas”:  

  

Recykling własnych tekstów i pisanie piramidalnych bzdur o jedzeniu stawia autorkę przed na przykład Dunin. Cóż, jakie obcasy, takie standardy.  

No właśnie, piramidalnych bzdur. Pod artykułem „Ekoinwazja” wrzuciłem już kiedyś komentarz, zapraszam do lektury tamże.  

Poniżej parę perełek z  „Pomidorowej”.  

Katarzyna Bosacka informuje:  Talerz domowej pomidorowej (bez dodatków) ma najwyżej 40 kcal, kultowa Campbell w puszce aż 110!  

Po pierwsze primo: kultowa pomidorowa – no tak, 110 czy 90 kcal, co za różnica, przecież w dziennikarstwie chodzi o to, żeby zrobić wrażenie, a nie by pisać precyzyjnie i zgodnie z prawdą.

Po drugie primo: polecam lekturę kultowego dzieła literackiego pt. Pamiętniki Bridget Jones. Można się z niego się dowiedzieć wielu pożytecznych rzeczy, na przykład – niespodzianka – kalorie to jest energia! Potrzebna do życia! Celem jedzenia jest między innymi dostarczenie organizmowi kalorii! Jak się nie dostarczy kalorii, człowiek umrze z głodu!  

Katarzyna Bosacka ubolewa: masło w sprayu 

(Pisałem o tym odrobinę pod „Ekoinwazją”, trochę tu rozwinę.) Skąd ta obsesja masła w sprayu?

Po pierwsze primo, jest to rzecz niesłychanie wygodna, zwłaszcza gdy trzeba delikatnie natłuścić skomplikowaną powierzchnię, powiedzmy gofrownicę.

Po drugie primo prawdziwe masło jak wiadomo jest (dla domorosłych dietetyków jak KB) dietetycznym złem, tłuszczem zwierzęcym, nasyconym i kalorycznym. Alternatywa, czyli owo masło w sprayu, składa się głównie z oleju sojowego – a więc roślinnego, nienasyconego, zawierającego kwasy tłuszczowego omega-3 – takiego, jaki dietetycy kochają wielką miłością. Dalszy ciąg etykietki: lecytyna z soi, naturalne aromaty, β-karoten (naturalny barwnik, dodajmy też, że organizm przekształca go w witaminę A), i jakiś neutralny gaz napędzający. Samo zdrowie i natura.

Co więcej, masło w sprayu nanosi się cieniutką warstwą, więc używa się go mało, znacznie mniej niż gdy wlewamy na patelnię olej czy wrzucamy kawał masła. Podsumowując, masło w sprayu to sposób na zredukowanie ilości tłuszczu oraz zastąpienie brzydkich tłuszczów ładnymi. Domorosły dietetyk powinien z zachwytu się posiusiać. A KB szermuje biednym sprayem jako straszliwym przykładem złego amerykańskiego jedzenia. Jakiś tu widzę rozziew. Albo po prostu niedouczenie.  

Katarzyna Bosacka zaleca:  Ugotować makaron czy ryż al dente, co sprawi, że nie wejdzie w biodra jak ten rozgotowany na pulpę  

Ach, wiara w moc indeksu glikemicznego.    

Po pierwsze primo, rozrzut wartości indeksu glikemicznego dla różnych rodzajów ryżu i makaronu jest całkiem spory (The GI of the rices ranged from 64 +/- 9 to 93 +/- 11. Macaroni had a significantly greater glycemic index (GI) (68 +/- 8) than spaghetti (45 +/- 6, P less than .01); the GI of star pastina was intermediate (54 +/- 6) ).
Albo tu, zwracam uwagę na przedziały ufności (CI):  

  

I jeszcze tu (ryż na stronach 16-19, makaron 40-42, źródło). Różnice wartości są rzędu 50.  

Po drugie primo, spróbujmy ocenić jak silny jest efekt gotowania dłużej lub krócej. Gotowanie al dente może mieć wszak sens tylko* jeśli rozgotowywanie podnosi indeks glikemiczny o wartość istotną na tle sporego rozrzutu wartości (przypominam, 50) dla różnych rodzajów ryżu i makaronu.

Strony dietetyczne oczywiście rozwodzą się nad tym, jak to makaron al dente ma niższy indeks glikemiczny niż gotowany krótko, ale od faktów trzymają się z daleka (czy kogoś to dziwi?). Jedna podaje efekt gotowania makaronu bardziej niż al dente rzędu 10. Dycha na tle pięćdziesiątki rozrzutu wygląda, no tak sobie…

Ale to nie koniec, źródło cytowane już wyżej, zacniejsze niż strona internetowa sprzedająca diety, pisze:  The GI of spaghetti was not significantly affected by cooking for 5 or 15 min (45 +/- 6 and 46 +/- 5, respectively). [...] We conclude that different types of pasta may produce different glycemic responses but that these are not necessarily related to differences in cooking or surface area. (GI to indeks glikemiczny). Rozgotowywanie podniosło indeks glikemiczny średnio o 1. Jeden na tle pięćdziesięciu – pani KB, o czym pani mówi?  

A po trzecie i najlepsze primo – indeksu glikemicznego używa się by ocenić efekt pokarmów na poziomy glukozy we krwi diabetyków. Czy można z niego wyciągać wnioski w kwestii tycia bądź chudnięcia ludzi nie cierpiących na cukrzycę? Artykuł pod wiele mówiącym tytułem No effect of a diet with a reduced glycaemic index on satiety, energy intake and body weight in overweight and obese women ma – jak to naukowy artykuł – streszczenie, kończące się słowami: This study provides no evidence to support an effect of a reduced GI diet on satiety, energy intake or body weight in overweight/obese women. Claims that the GI of the diet per se may have specific effects on body weight may therefore be misleading.  

I nie jest to jedyny tak mówiący artykuł (GL to glycemic load, ładunek glikemiczny, co innego niż GI):  

This study does not support the contention that low-fat LGI diets are more beneficial than HGI diets with regard to appetite or body-weight regulation as evaluated over 10 wk.  

Evidence from intervention studies using a low-GI approach for weight loss produced inconsistent results, especially for longer-term studies.  

The evidence for associations between GI and particularly GL and health among free-living populations is mixed. [...] Based on the evidence found in this review, it seems premature to include GI/GL in dietary recommendations.  

GI was not associated with BMI in any model.  

There is currently no convincing evidence for a role [in body weight] of GI independent of GL. 

In the setting of healthy eating, changing the diet GI does not appear to significantly affect weight maintenance. 

Jak by nie patrzeć, jak by się nie starać, niedogotowywanie makaronu przez panią KB nie będzie miało żadnych skutków dla jej bioder. Co wcale jej nie przeszkadza pościemniać za pieniądze w „Wysokich Obcasach”…

* Pomijam tu jeden oczywisty sens nierozgotowywania – rozgotowane jest zwykle mniej smaczne!

Nie, nie będzie o inauguracji iPada. O tej szumią wystarczająco dużo inne media, naczelny fanboj III RP o lub około iPada napisał trzy notki z rzędu (and counting… – może czas na terapię u Anonimowych Makoholików ;-) ). Ja parę uwag (na podstawie materiałów firmy Apple i doniesień prasowych, nie bezpośredniego kontaktu) w temacie iPad vs. Windows netbook poczyniłem już gdzie indziej, i starczy.

Ad rem: dzień przed iPadem, 26. stycznia 2010 roku, na lotnisku Dulles zainaugurowano AeroTrain.

Zacznijmy od tła, czyli specyfiki portu. Jak widać na poniższym obrazku zrobionym w Google Earth, terminale lotniska (A, B, C, D) przy których parkują samoloty nie są bezpośrednio połączone z terminalem głównym. W głównym odbywa się nadawanie bagażu, zdejmowanie butów i konfiskowanie płynów, wydawanie boarding passes, odbiór bagażu. Przy głównym znajduje się też budynek przylotów międzynarodowych (int), czyli urzędnicy imigracyjni i celni. Do głównego dociera komunikacja naziemna: autobus miejski, autokar do metra (metro może za parę lat), taksówki, Super Shuttle, busiki do wynajmu samochodów i na parkingi; na parkingi w odległości pieszej też z głównego się idzie. Budynki terminali A, B, C i D zawierają w zasadzie tylko sklepy i „gate’y” (jest na to jakiś ustabilizowany polski termin?).

Pasażerów trzeba więc jakoś z głównego do ABCD dostarczyć, trudno, by szli piechotą po płycie uskakując przed przejeżdżającymi Jumbo Jetami i Bombardierami. Do niedawna zadaniem tym parały się naziemne tzw. mobile lounges, do których jeszcze wrócimy.

A od 26. stycznia  zaczął między terminalami rozwozić pasażerów AeroTrain – niewielkie, automatyczne i bezzałogowe pociągi kursujące pod ziemią, pod płytą lotniska. Tegoż samego dnia (tak, tak!) niżej podpisany wybrał się na przejażdżkę i nawet pstryknął parę zdjęć (niektóre 3 dni później). Za bardzo marną jakość niektórych przepraszam, ale warunki oświetleniowe nie sprzyjały, a czasu na cyzelowanie nie było – nie chciałem, by pewien Bombardier odleciał beze mnie.

Stacja w głównym terminalu jest całkiem estetyczna, jasna i przestronna.

Pociąg jest zamknięty w „tunelu” z matowych zielonkawych płyt. Zatrzymuje się tak, że drzwi pociągu ustawiają się równo z drzwiami w tunelu, i jedne z drugimi otwierają się równocześnie.

To samo na skromniejszej stacji w terminalu A. 

Wagoniki w środku mają ciut mdłą kolorystykę, ożywiają je kształty poręczy. Miejsca są niemal wyłącznie stojące, siedzących w 72-osobowym wagoniku jest osiem.

Tory są nieklasyczne – betonowe, pociągi złożone z 3 (potencjalnie 4) wagoników poruszają się po nich na kołach z oponami.

I jeszcze odjazd z terminalu A w stronę terminalu C.

A co z mobile lounges? Czy po latach służby (w porywach czterdziestu ośmiu) odejdą do lamusa? Otóż nie – co mnie osobiście cieszy, albowiem mam do tych dziwacznych pojazdów sentyment. Jak z przekąsem zauważa Washington Post, the $1.5 billion train system, built as workers tunneled for nine years under the Washington region’s busiest airport, is a work in progress that’s out of sync with the airport’s expansion plans. Half of the 49 mobile lounges will stay in service indefinitely. (Artykuł z galerią zdjęć AeroTrain). 

Na czym polega out of sync? Zacznijmy od tego, że terminal C/D został zbudowany jako prowizoryczny i tymczasowy. Daje się to zauważyć – struktura jest, w porównaniu z A i B, a zwłaszcza z frunącym saarinenowskim dachem głównego terminalu, cokolwiek barakowa. Jest taką, dodajmy, od wczesnych lat osiemdziesiątych, kiedy to prowizorkę postawiono…

Na marginesie mówiąc, oprócz głównego terminala w zasadzie tylko B jest przyzwoitym budynkiem – A to do niedawna był tylko dostawiony z boku baraczek obsługujący regional jets (i nie tylko jets), parkujące przy nim „na trzeciego”, w chaosie przypominającym raczej podrzędny dworzec PKS, niż główne lotnisko największego światowego mocarstwa. Rękawów nie ma, wsiada się do samolotu z płyty lotniska, a że samoloty parkują „na trzeciego”, obsługa ciągle pokrzykuje by patrzeć na napisy i nie pomylić samolotów. Do niedawna – gdyż ostatnio A cokolwiek awansował architektonicznie, ale tylko dlatego, że część gate’ów B z bliżej nieznanych przyczyn przemianowano na A. Poniżej kilka ujęć z tradycyjnej, regionalnej, baraczkowej części terminalu A.

 

 

 Wracając do pociągu – ponieważ obecny terminal C/D jest prowizoryczny, stację C zbudowano nie pod C, tylko kawałek dalej, tam, gdzie kiedyś pewnie będzie prawdziwy C.  Do obecnego terminalu C należy wrócić przejściem podziemnym. Z kolei do terminalu D AeroTrain w ogóle nie dociera. Pasażerowie mogą albo dojechać do C i przemaszerować przez cały C do D, albo – użyć mobile lounges. Między innymi dlatego zostają. Poniżej mapka obecnego stanu AeroTrain (źródło), a pod nią stan docelowy – z ostatecznymi terminalami C i D, nowymi terminalami E, F, G, H oraz południowym. Którego to stanu zapewne wnuki nasze nie dożyją.

Kolejnym powodem, dla którego mobile lounges nie idą na śmietnik, są pasażerowie z zagranicy. Zanim się ich wpuści do kraju, a więc na przykład do AeroTrain, trzeba ich przecież przepytać, zbadać dokumenty, obfotografować, pobrać odciski palców i odebrać przemycaną z Polski kiełbasę. Procedury te odbywają się w specjalnym budynku przylegającym do głównego terminalu, zaś samoloty z zagranicy wysadzają pasażerów w terminalach „literowych”. Powstały paragraf 22 (żeby wsiąść do AeroTrain musisz najpierw przejść immigration, żeby dostać się do immigration, musisz dotrzeć do głównego terminalu, żeby dotrzeć do głównego terminalu, musisz wsiąść do AeroTrain) zostanie rozwiązany w ten sposób, że zagranicznych będą nadal wozić mobile lounges.

Mobile lounges to wysoko zawieszone autobusy na wielkich kołach, które na obu końcach mają kabinę kierowcy oraz swego rodzaju śluzę, czy urządzenie dokujące. Pozwala ono na przyłączenie autobusu wprost do budynku – pasażerowie przechodzą z terminala do autobusu lub z powrotem bezpośrednio, przez przejścia po obu stronach kabiny kierowcy.

 

Tu „stacja dokująca” bez zadokowanego mobile lounge, widok z wnętrza terminalu.

Uzupełnieniem systemu mobile loungesplane mates. Mają wejście tylko z jednej strony, za to kabina może podnieść się na pewną wysokość co umożliwia przyłączenie pojazdu wprost do samolotu. Pasażerowie przechodzą z pokładu do plane mate, który zawozi ich do terminalu. Plane mates wyróżniają się wysokimi strukturami na dachu – jak sądzę, mają one poprawić widzialność pojazdu z kokpitu samolotu. W końcu plane mates, w przeciwieństwie do mobile lounges, poruszają się w bezpośrednim sąsiedztwie samolotów. Poniżej kilka zdjęć plane mates, niestety nie mam zdjęcia pojazdu uniesionego i przyłączonego do samolotu (tutaj jest historyczne zdjęcie z innego lotniska, prawdopodobnie JFK).

Na pierwszym i drugim zdjęciu powyżej widać w tle dach głównego terminalu, gwoli uzupełnienia jeszcze dwa zdjęcia tej struktury od wewnątrz.

Uzupełnienie.

Poglądy twórcy Bill & Melinda Gates Foundation (a także Microsoftu) na pandemię grypy H1N1 i wnioski płynące z tego, co zrobiono – co się udało zrobić, a czego nie. Zbieżne dość z częścią mojej niedawnej notki, ale dobrze przeczytać też opinię faceta stojącego znacznie bliżej (tak!) problemów epidemiologii i mającego dostęp do większej liczby ekspertów, niż ja.

Znalezione dzięki ~/.Trash

I jeszcze artykuł z GW w temacie polecę.

Uwaga!

Komentarze na blogu są moderowane wedle widzimisię autora.

Komentatorko! Komentatorze!

Jeśli uprzednio publikowałaś/eś komentarze bez problemu i z automatyczną akceptacją, lecz nowo wpisany się nie pojawia, pchnij mi meila. Pewnie wpadł do spamu, o czym nie jestem automatycznie powiadamiany.

Kontakt

miskidomleka małpa gazeta peel

Polecam

foobar2000 audio player

Kalendarz

Luty 2010
P W Ś C P S N
« sty    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
free counters