Na południowym krańcu Glover Archbold Park w DC, dobrze widoczny dla pasażerów samochodów jadących przez skrzyżowanie Foxhall Road i Canal Road, a gorzej dla patrzących tylko przed siebie kierowców, znajduje się Foundry Branch Trestle, relikt dawnej ery. Read the rest of this entry »

About 300 protesters held a candlelit protest outside a Glasgow theatre over the staging of a play which portrays Jesus as a transsexual.[...]  The Christian protesters gathered outside the theatre ahead of the opening night of the production on Tuesday. “Jesus Queen of Heaven”, which runs until Saturday, is written and performed by transsexual playwright Jo Clifford. The demonstrators sang hymns and waved placards. One read: “Jesus, King of Kings, Not Queen of Heaven.” Another said: “God: My Son Is Not A Pervert.”

za BBC

 

Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie.

za pewnym Pawłem

 

Coś mi tu trochę zgrzyta…

Nawet jeśli nie dosłownie (wszak słowa Pawła dotyczą „ochrzczonych w Chrystusie”, a nie samego Jezusa), to idea chyba gdzieś się zapodziała.

Gazeta Wyborcza opisuje niemiecki film „Czarno na białym”, w którym biały dziennikarz Günter Wallraff daje się wizażystce przemalować  na czarno, jeździ po Niemczech, i doświadcza na sobie rasizmu krajanów.

„Eksperyment” dość efektowny. Czy szczególnie sensowny, czy uczący nas czegoś – inna sprawa; w artykule Wyborczej Piotr Buras streszcza rozmaite zarzuty i komentarze pod jego adresem. 

Ale szkoda, że Buras nie zauważa, że Wallraff nie był pierwszy. Podobny „eksperyment” przeprowadził już kiedyś biały Teksańczyk John Howard Griffin. Nie dość, że podszedł do zmiany koloru skóry bardziej na serio (duże dawki metoksalenu i naświetlanie ultrafioletem po 15 godzin dziennie), to zrobił to w 1959 roku w Luizjanie, Georgii, Alabamie i Missisipi.

Chciałem ostatnio wypożyczyć i przeczytać książkę Griffina „Black Like Me”, ale okazuje się, że w dwóch najbliższych mi bibliotekach publicznych jest dostępna tylko jako niewygodny wszak audiobook. Przypadek li to jedynie, czy przypomnienie, że Wirginia, to wprawdzie nie Deep, ale jednak South?

 

cegiełki na stos dla Rabczewskiej?

Bo sprawa jest jak widać, rozwojowa.

Jakoś mi w tym temacie ostatnio dwu-członowe posty wychodzą.

Ale właśnie w RSS wkoczył nowy felieton Patricka Smitha, z następującymi słowy o locie 188:

I am more than a bit dismayed by the intense media focus on this story. There was no catastrophe. There was no near catastrophe. The plane was temporarily off-course during high-altitude cruise flight, under ATC watch above non-mountainous terrain. The crew made an embarrassing mistake, and will be punished accordingly, while the rest of us who fly for a living will draw important if obvious lessons. It was a comparatively minor event that has received far more attention than it deserves.

Więc powyższym cytatem uzupełniam poprzednika.

Ważne, żeby były efektowne, a po co sens?

Sekretarz (po polsku minister) transportu USA, Ray LaHood, o pilotach lotu Northwest Airlines 188 – tych, co to się zagapili w laptopy (podobno) i minęli docelowe lotnisko o marne 150 mil:

You can’t have pilots sitting in front of a laptop when they’re supposed to be flying a plane at 30- or 40,000 feet in the air with over a hundred passengers on board. That would be like a bus driver sitting with a laptop going 65 miles an hour down the road.

Nie, to nie byłoby tak samo. Samolot na autopilocie radzi sobie całkiem dobrze sam, i nie trzeba – jak w autobusie – kręcić co chwila kierownicą. Lot Helios Airways 522 leciał bez problemu ponad przez dwie godziny po tym, jak obaj piloci stracili przytomność. Rozbił się dopiero gdy skończyło się paliwo. I nawet w wyjątkowo tłocznej przestrzeni powietrznej USA samolotowi pilotowanemu przez entuzjastów laptopów nie groziło raczej zderzenie z innym – kontrola lotów wiedziała, gdzie kto jest, i w razie czego mogłaby skierować ów inny samolot na niekolizyjny kurs. Nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie wydarłby się TCAS, odrywając (oby!) pilotów od laptopów. Jak również ostrzegając pilotów drugiej maszyny.

To wszystko minister transportu powinien wiedzieć. A nawet gdyby nie wiedział, powinien chyba – jako osoba piastująca poważne było nie było stanowisko – dysponować umiejętnością rozumowania. I skojarzyć fakt następujący: piloci lotu 188 byli oderwani od rzeczywistości, zapewne zatopieni w swoich laptopach, przez ponad godzinę. Nic się nikomu nie stało. Czy równie zatopionemu w latopie kierowcy autobusu  pędzącego 65 mil na godzinę udałoby się jechać bez wypadku dłużej niż 30 sekund?

Jeszcze dodatek.

Im zimniej (i wietrzniej?), tym grubszej. W Chicago.

grubsze

(zdjęcie do kliknięcia)

Uzupełnienie do poprzedniej notki w kwestii „i załogi”: z tekstu w Washigton Post wynika, to co od początku przypuszczałem, tylko nie miałem potwierdzenia.

Owa „załoga” ze stwierdzenia „kapitan i załoga” użytego na gazeta.pl to był po prostu pierwszy oficer, czy inaczej drugi pilot. Personel pokładowy zdaje się w ogóle nie wiedział, że coś się dzieje. No i oczywiście nie brał udziału w (rzekomej?) dyskusji, przez którą piloci zapomnieli o całym świecie.

…co za różnica.

Pracownikom portalu gazeta.pl jak zwykle gratulujemy kompetencji i umiejętności czytania w obcym języku przy opracowywaniu wiadomości. (screenshot na wypadek gdyby poprawili).

Samolot z San Diego do Minneapolis nie wylądował na lotnisku do którego leciał. [...] Samolot minął lotnisko i dopiero po kolejnych 16 minutach wylądował. 240 km od lotniska, na którym miał pierwotnie zakończyć lot.

Porównajmy:

The MSP center controller reestablished communications with the crew at 8:14 pm and reportedly stated that the crew had become distracted and had overflown MSP, and requested to return to MSP. [MSP czyli Minneapolis - mdm]

NTSB

Flight 188, carrying 147 passengers, landed safely at Minneapolis after contact was resumed.

BBC

Flight 188 landed safely in Minneapolis just after 9 p.m.

CNN

A tutaj trasa lotu z FlightAware. Jak widać, wylądował tak jak miał w KMSP. Czyli w Minneapolis.

 

I jeszcze takie drobiazgi:

Maszyna była wtedy na wysokości 37 tysięcy stóp nad ziemią. Owszem, 37 000 się zgadza. Ale na takich wysokościach wysokość lotu podaje się jako poziom lotu (flight level, FL), czyli w odniesieniu do standardowego ciśnienia atmosferycznego, a nie w odniesieniu do ziemi (AGL). Patrz też AMSL.

Kapitan i załoga tłumaczą, że gorąco dyskutowali. A kapitan nie jest członkiem załogi?

 

Uzupełnienie.