Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Category Archives: czytane

Liczymy antybiotyki

Drogą pozwu sądowego rozmaite organizacje próbują zmusić FDA, by zakazała lub ograniczyła stosowanie antybiotyków u zdrowych zwierząt hodowlanych. Podobno zwierzęta trzymane na antybiotykach są zdrowsze i szybciej rosną, więc przemysł mięsny bardzo to lubi. Sprzeciw z kolei bierze się zapewne po części z ogólnego strachu przed „nienaturalnością” i skutkami dodawania „chemikaliów” do czegokolwiek. A po części z przypuszczalnej roli tych antybiotyków w narastaniu oporności bakterii chorobotwórczych na antybiotyki. Ciekawy tekst o wątpliwym sensie (a raczej niemożliwości) kierowania się przypuszczalnymi skutkami w rozmaitych regulacjach linkował dopiero co Nameste. Ale ja nie o tym chcę, ani o sporze o antybiotyki w hodowli.

Tekst w Washington Post, z którego wziąłem powyższą informację, zawiera takie zdanie:

About 80 percent of the antibiotics used in the United States are consumed by farm animals.

Zdanie pozbawione jakiegokolwiek komentarza, czy punktu odniesienia. Ale liczba wygląda poważnie, prawda? Aż 80%, czyli tylko 20% zużywają ludzie. Spróbowałem poszukać punktu odniesienia i ocenić masę zwierząt hodowlanych żyjących w USA. Masę, bo antybiotyki dawkuje się w odniesieniu do masy ciała.

Było niełatwo, bo masy poszczególnych gatunków były podane dla zwierząt gotowych do uboju, a one przecież rosną, czyli przez znaczną część życia są mniejsze. Poza tym nie udało mi się znaleźć pogłowia kur i indyków, a tylko liczbę kur i indyków zabijanych w ciągu roku. To nie to samo, bo brojler żyje stosunkowo krótko (ale nioska rok lub dłużej). Porobiłem trochę założeń, mam nadzieję, że nie były tragicznie niesłuszne. Wyszło mi, że krowy, świnie, kury i indyki (inne zwierzęta pominąłem) w USA ważą około 28 miliardów ton. A ludzie, oceniłem, 16 miliardów. Czyli z całej ludzko-zwierzętohodowlanej populacji, zwierzęta stanowiłyby około 63%. No to chyba owo 80% nie wygląda już tak dramatycznie…

Reklamy

Tabloid medicine

Chlebuś biały doskonały, czarny niecnota – choć bodzie – sposobniejsza po nim robota

Dziś o nowym płodzie Katarzyny Bosackiej, która uzbrojona w look i nick kontynuuje spożywcze krucjaty. Tym razem o chleb.

Tekst reklamuje chleb prądnicki (i inne chleby) pieczony przez pana Madeja z Krakowa. Chleb, który nie jest „pierdółką”, bo bochenek waży 14 kg (28 razy więcej niż zwykły chleb,  jak precyzyjnie informuje autorka). Wielce użyteczna informacja dla konsumenta. 

Zaczyna się od pochwał, jakiż to stary i tradycyjny ten chleb prądnicki: Wincenty Pol, król Staś na obiadach czwartkowych, a nawet biskup Jastrzębiec (już w 1421 roku) poświadczają zza grobu jego jakość. No, jak biskup chwali XV-wieczny chleb prądnicki, to i prądnicki chleb pana Madeja musi być świetny. Co prawda ten madejowy wg. tekstu zawiera ziemniaki. Które pochodzą z Peru. Które do Europy trafiły w XVI wieku. Które do Polski (za Książką kucharską dla samotnych i zakochanych) przysłał niejaki król Jan III Sobieski z Wiednia, można więc przypuszczać, że koło A.D. 1683. Ale chleb pana Madeja to na pewno toczka w toczkę taki sam chleb jak ten za XV-wiecznego biskupa. Krakusi potrafią. 

Potem mamy ubolewanie, jaki to zły chleb nas atakuje w tych dzisiejszych, paskudnych czasach. Na przykład: Kiedyś chleb usychał i oddawało się go dla konia, dziś pleśnieje. Jejku, a mnie w podstawówce (a to było baaardzo kiedyś) kazali robić doświadczenia. A to hodować porównawczo pomidory w glebie i piasku (w piasku urosły lepsze). A to hodować kryształki soli. A to zostawić gdzieś chleb który – o borze – zapleśniał. Pewnie był przywieziony wehikułem czasu z XXI wieku. Och, i dlaczego jak chleb uschnie zamiast spleśnieć to dobrze, a jak Happy Meal nie spleśnieje to już źle? Hincik – los chleba: spleśniały czy suchy, zależy od wilgotności otoczenia… 

Na szczęście są jeszcze dobroczynne, żytnie chleby. 

Żyto [w] przeciwieństwie do pszenicy zakorzenia się bardzo głęboko, czerpie składniki mineralne z niższych warstw gleby. Składniki mineralne z niższych warstw gleby są lepsze, bardziej mineralne.

W zakwasie powstają naturalne drożdże. Myślałem, że Pasteur obalił samorództwo, ale musiałem coś pomylić, może to Dymitr Samozwaniec obalił pasternak, czy coś takiego. Cieszy mnie również, że nie powstają w zakwasie drożdże sztuczne, nanoroboty jakieś.

Bakterie mlekowe, które oczyszczają organizm z trucizn i ze związków rakotwórczych, tj. toksyn pleśniowych czy azotanów.  A ja co i rusz czytam, że konsumowanie Lactobacillusów et consortes na zdrowie człowieka ma wpływ zerowy (z wyjątkiem bodajże dzieci z celiakią). Oraz że to nie azotany są rakotwórcze, tylko być może azotyny, w dodatku nie same z siebie, tylko kiedy wędlinę z nich zrobioną się przypali, bo wtedy mogą powstać nitrozaminy, które dopiero mogą być rakotwórcze. Ale czy ja wiem co czytam? Chciałem też zaapelować o robienie zakwasu z selera, bo przecież zawiera on wiele złowrogich azotanów z których trzeba oczyścić organizm, ale wycofuję apel w obliczu oświecenia (tu schodzę z KB na chwilę):     

THERE IS A DIFFERENCE BETWEEN THE TWO NITRATES! In actually the celery based nitrate is better as it is naturally occuring and has vitamins C & D which prevents the nitrate from becoming a carinogen–which can cause various childhood and other cancers. If you want to give your kids regular hotdogs then make sure they take a daily vitamin supplement with vitamins C & D. Research it on the net, if you don’t believe me.

Podkreślenia moje, a ostatnie zdanie zmusza mnie to wklejenia tego skeczu (skojarzyło mi się 2:08, ale obejrzyjcie cały, w sam raz do nachodzącej notki). Wróćmy jednak do naszych chlebów, i mądrości pani KB.    

Taki chleb będzie dla nas jak lek. I można go wcierać zamiast cieciorki. Cały czternastokilogramowy bochen będzie się wcierać.

Następnie jedziemy – jakżeby inaczej – po literce E.

Jeśli znajdziesz w chlebie jakiekolwiek literki E, to znaczy, że są tam polepszacze i chemiczne dodatki. Uuuuu, chemia, to słowo w tekście o żywieniu to zwiastun czegoś potwornego.

E 339-341 to fosforany wapnia zaburzające wchłanianie składników mineralnych. Których dokładnie składników, może takich niezbędnych do życia makroelementów jak wapń, czy fosforany? I nie trzeba kończyć technologii żywności*, wystarczy zajrzeć do wikipedii by sprawdzić, że symbol E341 owszem oznacza fosforany wapnia, ale 339 i 340 już wcale nie – to fosforany odpowiednio sodu i potasu.

E 472 to syntetyczne emulgatory. Och, syntetyczne. Ich syntetyczność jest zabójcza. Zapraszam do przeczytania punktów Origin oraz Side effects tutaj.

E 282 – polepszacz antypleśniowy. Jej, a dopiero co było, że jak pleśnieje to źle. Nie nadążam.

Skórka. Ma najwięcej przeciwutleniaczy chroniących nas przed nowotworami i starzeniem.  A twardych dowodów na ową ochronę osoby (nie komórek na szkiełku) przed nowotoworami i starzeniem przez owe przeciwutleniacze jest w literaturze naukowej mnóstwo. Like, zero?

Dobry, zdrowy chleb powinien […] [m]ieć złocisty lub ciemnobrązowy kolor. Jeśli jest wyraźnie rudy – w kolorze wiewiórki albo czekolady – znaczy, że dodano do niego karmelu lub słodu. Musi jakaś zdrowa bosacka czekolada, te chemiczne co ja jadam za nic nie chcą być rude. Tylko, o ironio, ciemnobrązowe.

Gdy zauważysz najmniejszą plamkę pleśni, wyrzuć cały chleb, gdyż wydzielają się z niej substancje rakotwórcze. Zaraz, przecież dobry chleb (mimo braku złego E282) nie pleśnieje, jeno się zsycha.

Wkrótce 600-letni chleb prądnicki oficjalnie zostanie wpisany na listę kulinarnych skarbów Europy, na której są parmezan czy roquefort. 600-letni chleb z jego 600-letnimi ziemniakami dołączy do serów pleśniowych (z pleśniami naturalnymi, nie chemicznymi, bez substancji rakotówrczych). Chwała krakowskiemu piekarnictwu!

A o chlebie żytnim lepiej poczytajcie tu. U specjalisty od technologii żywności.

* Nie żebym twierdził, że pani Bosacka skończyła technologię żywności, o nie. Ale nie wiem, co kończyła, z niewiadomych przyczyn jej bardzo entuzjastyczna notka biograficzna na wikipedii nie podaje wykształcenia. Notka, dodajmy, zapewne niesłychanie obiektywna, tylko przypadkiem utworzona z adresu 80.252.2.31, czyli z firmowego komputera Agora SA.
 
 
Tytuł notki pochodzi ze zbioru pouczających przysłów o chlebie. Chyba mądrzejszych niż artykuł Bosackiej, a na pewno zabawniejszych.

Coraz więcej DNA

Poczytałem sobie „Wszechświat w skorupce orzecha” Hawkinga. Poczytałem, nie przeczytałem, bo parę razy autor mnie zgubił. Więcej niż parę. Moja wina. Prosty biolog, zwłaszcza taki od drucików, za fizykę teoretyczną – nawet w tak popularnym wydaniu – powinien się brać przed dwudziestką, dwudziestką piątką. A nie na starość.

Może jeszcze kiedyś wrócę i pojmę więcej.

Jest tam fragment: Złożoność łańcucha DNA, czyli liczba bitów informacji, jest w przybliżeniu równa liczbie zasad w molekule. Przez pierwsze dwa miliardy lat [ewolucji] szybkość wzrostu złożoności wynosiła w przybliżeniu jeden bit na sto lat. W ciągu ostatnich kilku milionów lat prędkość wzrostu złożoności DNA zwiększyła się do mniej więcej jednego bitu na rok.

Zwiększyła się? W ciągu ostatnich kilku Ma? Ktoś mi wytłumaczy o co chodzi?

[Ale wstyd, czyżbym nawet kawałków o biologii nie rozumiał?]

EDIT: wygląda, że dzięki Ekologowi mam rozwiązanie zagadki, proszę zajrzeć do komentarzy.

Wystrzel Lema na orbitę

Tutaj.

Dziękujemy blogowi ~/.Trash za propagowanie i podajemy dalej.

O wyszkoleniu jeszcze

W nawiązaniu do poprzedniego, jeszcze jeden tekst polecam. Trochę pompatyczny w tonie, ale zwraca uwagę na sprawy bardzo istotne. Kilka cytatów (tekst jest pisany „do” pilotów prezydenckiego Tu-154M), wytłuszczenia moje:

Pamiętacie awanturę, jaka rozpętała się po tym locie [chodzi o lot Lecha Kaczyńskiego do Gruzji, gdy ze względu na bezpieczeństwo kapitan odmówił prezydentowi zmiany kursu]? Pamiętacie gromy, jakie posypały się na kapitana tamtego rejsu? Pamiętacie posłów szalejących, że prezydentowi nikt nie ma prawa odmówić? Pamiętacie pewnego posła, który notabene zginął razem z wami pod Smoleńskiem, ślącego pisma, że trzeba zmienić procedury i że „kapitan musi podporządkować się głowie państwa”? A pamiętacie słowa prezydenta, że oficer powinien być mniej lękliwy? Dla mnie kapitan tamtego rejsu był wzorem, jak powinno się dbać o bezpieczeństwo lotu.

[…]

Pozwólcie, że powiem w tym miejscu brutalne słowa: wara od drzwi kokpitu i decyzji kapitana wszystkim decydentom, głowom państw, politykom, biznesmenom, sportowcom, jeśli chcą żyć, niech raz na zawsze przestaną ingerować w decyzje dowódcy! Lotnik ma swoją wiedzę, swoje doświadczenie, wie, jak powinien działać, a jeśli i to kogoś nie przekonuje, to niech uwierzy w końcu, że droga na Powązki, do Świątyni Opatrzności czy na Wawel jest bardzo prosta.

Spytam też was retorycznie, ile razy w swoim życiu byliście na sesji symulatorowej? Nie musicie odpowiadać, bo dobrze wiem, że to, co jest standardem w nowoczesnym, cywilizowanym lotnictwie było dla was nieosiągalne. Piloci cywilnych linii co pół roku przez kilka godzin ćwiczą na symulatorach awarie silników, pożary, awarie awioniki, awarie systemów sterowania, ćwiczą podejścia na jednym silniku, ćwiczą podejścia nieprecyzyjne, które rzadko już występują na współczesnych lotniskach, a które czasami trzeba wykonać. Po takim treningu są pewni swoich umiejętności i gotowi do walki z przeciwnościami losu. Was nigdy nie wysłano na symulator, szkolono was na programach sprzed 30 lat, od początku na „żywym samolocie”. Uczciwie powiem, że nie wyobrażam sobie symulacji awarii silnika przy prędkości decyzji wykonywanej na rzeczywistym samolocie.

Spytam też retorycznie, czy uczył was ktoś o zarządzaniu załogą (CRM), o współpracy w załodze wieloosobowej (MCC), o nowoczesnym podziale czynności w załodze (Task Sharing) czy omawiano zagadnienia NOTECH (Non Technical Skills)? Zagadnienia te to zdobycze nowoczesnego latania liniowego, po każdym zdarzeniu w lotnictwie cywilnym wyciągane są wnioski, pisane są nowe procedury, zmienia się system szkoleń, wprowadza się nowe elementy do treningu.

Wiem dobrze, że wam nikt nawet o tym nie wspomniał, działaliście na podstawie procedur napisanych kilkadziesiąt lat temu, podczas gdy całe współczesne lotnictwo poszło szybko do przodu.

[…]

Jeden z prominentnych polityków zapewniał wręcz, że polski lotnik poleci i na drzwiach od stodoły*. To jedna z największych bzdur, jakie słyszałem w życiu. Jeśli słuchał jej stary lotniczy wyga, uśmiechnął się tylko pod nosem, machnął ręką i skomentował „idiota”, jeśli słuchał tego nieopierzony młokos, mógł uwierzyć w swoją wyjątkowość. Bo czyż nie jest przyjemnie należeć do elity, do wyjątkowych istot z ptasim instynktem, których nie dotyczą prawa fizyki, która poradzi sobie w każdych warunkach i na każdej maszynie.
Wszystkim czytającym mówię z całą stanowczością, że polscy piloci nie są w niczym wyjątkowi, niczym nie różnimy się od Anglików, Włochów, Niemców, Czechów czy Amerykanów. Predyspozycje każdy naród ma porównywalne, a o jakości pilota decyduje tylko jego doświadczenie, wiedza i to, ile ma pokory przed potężnym żywiołem, jakim jest powietrze.

* Tu się należy wyjaśnienie. O drzwiach od stodoły mówił w 2002 roku obecny p.o. prezydenta, Bronisław Komorowski. Tyle, że dokładnie powiedział tak: Jest takie powiedzenie, że polski lotnik to jest taki, że jak trzeba będzie to nawet poleci na drzwiach od stodoły. Więc proszę Państwa, chciałem z wielką satysfakcją stwierdzić, że to już nie grozi. Piloci polscy będą latali na F16. Cytat w całości ma znacznie rozsądniejszą wymowę, niż wyjęte z kontekstu drzwi od stodoły.

%d blogerów lubi to: