Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Category Archives: o i wokół muzyki

Spotify coraz gorzej

Parę miesięcy temu pisałem o Spotify, które na pierwszy rzut oka wydaje się być idealnym rozwiązaniem dostępu do muzyki. Za niewielką miesięczną opłatę dostajemy dostęp do ogromnego katalogu muzyki przysyłanej z internetu w czasie rzeczywistym z dobrą (a za ciut wyższą opłatę – bardzo dobrą) jakością.

Na drugi rzut oka rzecz przestaje wyglądać różowo. W sierpniu zeszłego roku wskazywałem na marnie działającą wyszukiwarkę i niewygodne wyświetlanie wyników wyszukiwania (zwłaszcza gdy szukaliśmy poważki). Na dziury w katalogu – brakowało całych albumów, i nie szło o jakieś efemeryczne egzotyki, tylko o filary w rodzaju koncertów Brahmsa granych przez Gilelsa z Jochumem. Jeszcze bardziej denerwujące były brakujące ścieżki. Album niby jest, ale niektóre ścieżki są wyświetlone na szaro. Próba odtworzenia tych ścieżek skutkuje komunikatem „jeśli masz tę ścieżkę z innego źródła, możesz jej posłuchać, jeśli nie, zrobiliśmy cię na szaro”. Czasem dotyczy to jednej ścieżki z albumu, czasem połowy, a czasem dostępna jest jedna(!) ścieżka z płyty. Wreszcie, brakowało rzeczy tak podstawowej jak gapless playback, czyli niedodawanie przerw między utworami.

Co się zmieniło przez ostatnie osiem miesięcy?

Gapless playback niby już jest, i Spotify bardzo się nim chwali. Szkoda tylko, że nie bardzo to działa – na granicach ścieżek nie ma już tak wyraźnych przerw jak kiedyś, ale są często przyciszenia czy trzaski. Czyli spieprzone jest nadal, tylko inaczej.

Wyszukiwarka wciąż słabo, ciut poprawiło się wyświetlanie wyników.

Dziury w katalogu – tu mamy dwie nowe „jakości”.

Przykład pierwszy: oto pojawił się nieobecny wcześniej album Mullovej i Gardinera z koncertami Beethovena i Mendelssohna. Ale, ale – z sześciu ścieżek na albumie, ile jest szarych, czyli niedostępnych?Tak, wszystkie sześć… Cudne, nie? Niby album jest, ale posłuchać go nielzia.

Przykład drugi: przyjrzyjmy się Requiem Verdiego pod Soltim.Kilka miesięcy temu pierwsza ścieżka była na szaro. A teraz na biało! Hosanna? Nie… wystarczy posłuchać – ktoś spodziewający się Pavarottiego będzie miał sporą niespodziankę. Spotify przekleiło pierwszą ścieżkę Requiem z innego wykonania! Bez żadnego ostrzeżenia – bo trudno za ostrzeżenie uznać dziwaczny znaczek obok dziwacznego wskaźnika obok czasu ścieżki. Bezczelne oszustwo – inaczej tego nie potrafię nazwać.

Czyli w sumie jest jeszcze gorzej niż było.

Chyba Marceli nie tak dawno dziwował się na Fejsbuku, że ktoś tam w TV zachwalał nową muzykę kogoś innego, i w drugiej dekadzie XXI wieku machał do kamery czymś tak przestarzałym jak płyta CD.

Nic do śmiacia, czasem nie ma wyjścia.

Bym chętnie płacił za dostęp do przyzwoicie zakodowanej muzyki przez sieć, ale Spotify psuje co może tylko zepsuć. Konkurencję jakąś oglądałem, nie było lepiej.

Bym chętnie kupował muzykę w plikach na własność, ale jak ma być własna, niech będzie bezstratna. Jedyny znany mi sklep, który sprzedawał interesującą mnie muzykę w bezstratnych plikach i miał sensowny katalog, czyli Passionato, po pierwsze słynął z marnej obsługi klienta i kłopotów z gapless (oni też!), po drugie zwinęli pliki i sprzedają CD.

I cóż mam zrobić? Mimo nowych wspaniałych możliwości sieciowo-chmurowo-technologicznych jestem skazany na kupowanie trzydziestoletniego wynalazku tylko po to, by go własnoręcznie zripować i zakodować do czegoś współczesnego. Jstesm skazany, dopóki ktoś się za to nie weźmie porządniej niż Spotify i Passionato – ale kto i kiedy?

Trzy wersje

Podzielę się dziś jednym z moich ulubionych kawałków. Którego jeszcze całkiem niedawno nie znałem (chyba wstyd, nie?). Poszedłem sobie jednak raz na koncert, posłuchać Filharmoników z Petersburga pod Temirkanowem. Grających Czwartą Brahmsa, bardzo po mieszczańsku poszedłem, prawda?

Brahms jak Brahms, słyszałem lepsze wersje. Zaczęło się w ogóle od Rimskiego-Korsakowa.

A potem przyszła pani Weilerstein z wiolonczelą.

I zagrali Szostakowicza.

I nie mogę się zdecydować, którą wersję jutubkową wrzucić. Więc będą trzy do wyboru.

1. Wersja genialna i spójna, ale nagranie słabe technicznie. Dynamika orkiestry bardzo ucierpiała. Brodato-kudłatym imydżem dysponuje dyrygent.

2. Wersja nagrana znacznie lepiej (jeśli przymknąć ucho na obcięcie połowy pierwszej nuty). Z wykopem. Ale trochę od Sasa do Lasa, solista* zwłaszcza jakby zbyt solistyczny i mało słuchający co się obok dzieje. Brodato-kudłatym imydżem dysponuje solista.
*główny solista, bo przecież to prawie koncert na wiolonczelę, róg i orkiestrę



3. Wersja bez ruchomych obrazków, bez b-k imydżu. Klasyczna, zagrana przepięknie, bogato, może chwilami chciałbym ciut więcej agresji.



A z płytowych najbardziej przypadła mi do gustu ta.

Sir Zwierzak

Dyrygentom musi być okropnie smutno. Cała reszta hałastry ma fajoskie urządzenia, czarne, złote, srebrne, brązowe, z mosiądzu, złota, srebra, egzotycznego drewna, końskich ogonów i kawałków trzciny. Grube i chude, krótkie i długie, kolosalne i malutkie.  Dmą, piłują, bębnią, duszą wentyle, klepią w klawisze, szarpią struny, pedałują, suwają suwakami- i robią mnóstwo hałasu.

A dyrygentowi przysługuje jeno chudy i niemy patyczek, którym macha dopóki nie przestaną grać.

Czasem tylko jakaś litosierna dusza pozwoli dyrygentowi się wyżyć i dopuści go do prawdziwego instrumentu.

Oto sir Simon Rattle, aktualny szef Berlińskich Filharmoników, w akcji.

Między iPadem a Jezusem Dzwonkiem

Poniedziałkowy recital Joshuy Bella w Kennedy Center nazwałbym raczej recitalem Joshuy Bella i Sama Haywooda, a nawet recitalem Haywooda i Bella. Oczywiście Bell był w porządku, sprawny, wirtuozowski, pląsał, prężył się, potrząsał czuprynką, ale Haywood ukradł mu wieczór.

Zaczęli sonatą F-dur Mendelssohna, która moim skromnym zdaniem szczególnie ciekawa nie jest. Takie pitu pitu, pozbawione przy tym uroku lepszych pitu pitu, powiedzmy mozartowskich. Raczej tępawe. I za długie. Jak to Mendelssohn. W roli rozgrzewki się jednak sprawdziło, mam wrażenie że dopiero potem Bell zaczął brzmieć ładnie, w Mendelssohnie dźwięk skrzypiec był chudy i nieprzekonujący. Choć nie wiem, czy rozgrzał się skrzypek, skrzypce, czy moje uszy przyzwyczając się do nietypowej akustyki, siedziałem albowiem za sceną.

Zaczęli więc Mendelssohnem, i muszę powiedzieć, że niespecjalne dopasowanie repertuaru do moich gustów na Mendelssohnie się nie skończyło.  Ale o tym potem, bo druga pozycja menu akurat trafiła na 100%. Brahmsa w ogóle bardzo lubię, a gdyby pozwolono mi zabrać na bezludną wyspę tylko jedną sonatę skrzypcową, byłaby to właśnie trzecia sonata Brahmsa. I zagrali ją bardzo zacnie, zwłaszcza Haywood. Bellowi w czwartej części trochę zabrakło ostrości i agresywności, a na samym końcu mam wrażenie, że ciut się zgubił.

Po przerwie miał być Ravel, ale przestawili program. Może uznali, że Ravel lepiej pasuje na koniec, a może pianista jeszcze musiał siusiu – w każdym razie Bell zaczął sam, od sonaty d-moll Ysaÿe’a. Trzeciej sonaty cyklu nawiązującego liczebnością do Sei Solo Bacha – i nie tylko liczebnością, echa Ciaccony ciut pobrzmiewały. Na echach się skończyło, w przeciwieństwie do Sonat i Partit Bacha to nie była dobra muzyka, można nawet było wyczuć, czy może wysłyszeć po kaszlnięciach i wierceniu się, że publika raczej nie zapałała do niej miłością. Ale było wiolinistycznie i wirtuozowsko, więc brawa i tak były gromkie, a siedzące za mną grono młodych skrzypaczek zdecydowanie było pod wrażeniem. Ot, taki utwór dla swoich.

Potem Haywood wrócił z siusiu, zagrali trzy paradżezowe fortepianowe preludia Gershwina w wersji uskrzypcowionej, ja tam dżezowania specjalnie nie kumam, ale mam wrażenie, że i muzycy nie do końca kumali. Może coś jest w tym, że muzycy klasyczni do tego się nie nadają, a może to moje niekumanie.

Wreszcie Ravel, też z okołodżezowymi klimatami, ale na szczęście więcej z nazwy niż z psucia muzyki. Sonata G-dur. Moim zdaniem druga i trzecia część to takie trochę popisywanie się i wygłupy, najbardziej godna uwagi jest pierwsza, daje muzykom okazję do stworzenia wysublimowanych klimatów, i Haywood z Bellem okazję tę wykorzystali – choć znów głównie rządził pianista, kiedy trzeba zdecydowany, a kiedy indziej bardzo delikatnie malujący te takie subtelne gorzkawe brzmienia, muzycznie jestem matoł, nie wiem co za nimi stoi, bitonalność, całotonowość czy jakaś inna XX-wieczna francuska (pachniało mi trochę Debussym) moda. Ale słuchało się bardzo dobrze.

Potem były brawa, nieunikniona w Waszyngtonie owacja na stojąco, i wreszcie bis… niestety, może by podkręcić notowania Bell u publiki (i po co, taka prężąca się gwiazda eksperymentująca na polu socjologii, i tak ma wysokie) poszli w stronę skrzypcowo wirtuozerską, za to odległą od dobrego smaku. Sarasate, Zigeunerweisen. Uch. Szkoda. Ja bym wolał że Bell sobie poszedł już do hotelu, a Haywood zagrał na przykład Ariettę z op. 111 Beethovena ;-).

Jednak najgorętszym tematem rozmów publiczności w przerwie nie była uduchowiona muzyka, tylko konkretna, przyziemna maszyneria. Bell bowiem grał albo z pamięci, albo z papieru, natomiast Haywood postawił sobie na fortepianie iPada z nutkami. Rzadkie to zjawisko na koncertach „poważnych”, więc ludziska się dziwowali, a jak on sobie przekłada strony? Bo po rozpoczęciu gry już iPada nie dotyka! Może ma wymierzony czas i samo przeskakuje? Ludzie, ludzie, ogarnijcie się, jak wymierzony, to jest żywy koncert – oczywiście miał do tego pedał, i z boku drugi (do przodu, do tyłu), i nawet zawsze przed rozpoczęciem gry naciskał jeden i drugi, żeby sprawdzić, czy sinozęby nie przysnął. Były jeszcze inne fascynujące tematy, a czy mu odblaski nie przeszkadzają? Może lepszy byłby Kindle? Patrz, coś widać na ekranie, co to? Może ślady paluchów? Daj lornetkę! Rzeczywiście, ślady paluchów! I tak dalej…

IPad ów jest, jak się okazuje, takim dziwadłem, że – jak wykopałem już po koncercie – Washington Post poświecił mu trzy dni wcześniej specjalny artykuł, zaś Haywood wygłosił na ten temat specjalny TEDx talk (do obejrzenia i wysłuchania na stronie Haywooda). Z obu dowiadujemy się, jak to iPad zastępuje pomocnika przewracającego strony (jest na tę funkcję zgrabne polskie określenie?), może czas na jakąś akcję związków zawodowych?

Bardziej zainteresowanych muzyką niż jabłczanymi wynalazkami poinformuję jeszcze, że Haywood zagrał i nagrał Chopina na fortepianie z czasów tegoż Chopina, co ostatnio zacząłem uważać za najlepszy sposób wykonywania owegoż Chopina (jeśli już ktoś musi grać tego marnego kompozytora ;-P). Ba, nie tylko na fortepianie z czasów Chopina, ale nawet na fortepianie na którym Frycek własnoręcznie grał przed laty (nasz Olejniczak też, Polska gola, Małysz, Małysz!). Jednego utworu z tego nagrania można również posłuchać na jego stronie, płytę można takoż nabyć, choć metodą jak za króla Ćwieczka.

 

Smarkacz

Jak zwykle przy robieniu śniadania włączyłem sobie radio. Leciało jakieś klasycystyczne Andante. Może troszkę monotonne, ale całkiem ciekawie brzmiące i przyjemnie skonstruowane: smyczki oprócz basu głównie grały jednostajne ostinata „tła”, a melodia (w zasadzie jeden powoli ewoluujący motyw) działa się w basie, z niebagatelnym, choć czasem tylko barwiącym, udziałem rogów i obojów.

Myślę, pewnie któryś z tych austriacko/czesko/niemieckich kompozytorów z drugiego rzędu klasycyzmu, tych wszystkich Hummli, Stamitzów, Myslivečków, kórych WETA FM lubi puszczać. A może nawet ktoś spośród „nie tych” Haydnów i Bachów?

Wyjmuję Sansę z kieszeni, patrzę na RDSa, a tam: Mozart, Symphony #1. I to nie Leopold, nie Nannerl, nie Franz Xaver, tylko sam Johannes Chrysostomus Wolfgangus Theophilus.

No ale, pierwsza symfonia? Naprawdę? Taka przyjemna? Aż pobiegłem do komputera zajrzeć w playlistę, ale rzeczywiście. I radio za chwilę powiedziało to samo.

Niekiepskie jak na ośmiolatka, nie?

Kłopoty ze Szprotą

Szprota najpierw mnie zapładnia, potem się pozbywa.

Na socjalmediach. 

Zapładnia, bo jakoś tak ostatnio wychodzi, że właśnie u niej na FejsPlusach wdaję się w ciekawsze (i masywniejsze) dysputy.

Pozbywa się, bo zaraz przychodzi, i: „Chłopaki, nie zniechęcam, ale może notkę?”, „kurwa, flejm o akustyce, srsly”, „bardzo fajny, tylko czemu nie na blogaskach”, „Toooooomasz, zrób notkę”… to ostatnie do mojego kontrdysputora.

No to będzie na blogasku.

Najpierw co było tam gdzie nas nie chcą. Wyekstrahowałem relewantne. Bez nazwisk.

Szprota: SLUCHALAM UMBRELLI NA KOSSACH MRW WIEC WIEM CO TO ZNACZY DOBRE BRZMIENIE DZIWKO

Tomasz: kossy i dobre brzmienie, hahaha

Osoba czwarta: ŻEBY OCENIĆ JAKOŚĆ BRZMIENIA, TRZEBA ZAPUŚCIĆ PONADCZASOWĄ I PRZESTRZENNĄ MUZYKĘ, NA PRZYKŁAD BACHA ALBO RAVELA. ZA 20 LAT NIKT NIE BĘDZIE PAMIĘTAĆ O RIHANNIE.

Tomasz: Osoboczwarta, podpimpuj trolla — akurat muzyka klasyczna ma umiarkowane zakresy dynamiczne, więc tak naprawdę nie jest najlepszym sprawdzianem dla sprzętu audio (a także dla algorytmów kompresji stratnej).

Miskidomleka: @Tomasz – akurat zakresy dynamiczne klasyczna miewa ogromne. W klasyce nie ma loudness war. Możesz mieć ppp i fff w jednym utworze, i przy wielkiej orkiestrze to robi gigantyczną różnicę.

Oraz masz instrumenty akustyczne więc dobry standard brzmienia by sprawdzać sprzęt audio. Kiedy instrument jest elektryczny a więc zawsze przetworzony, nie masz standardu barwy.

Oraz fortepian – bogactwo barwowe z perkusyjnością brzmienia, killer sample. Oraz klawesyn z mnóstwem wysokich harmonicznych, świetny test do kompresji stratnych i bezstratnych.

Oraz masz składy od solo po wielkie orkiestry, idealne do sprawdzania przejrzystości i przestrzenności.

No i większa przyjemność ze słuchania ;-P. Jak kupowałem ADAMy na biurko i sobie robiłem testy w sklepie, narody klękały słysząc jak brzmi fortepian przez nie, a subiektowi dałem potem w prezencie moją płytkę testową, bo się zakochał w koncercie na orkiestrę Bacewicz.

I ain’t trollin’

Tomasz: no to po kolei.

ppp i fff „w jednym utworze” to nie jest duży zakres dynamiczny, duży zakres dynamiczny masz kiedy jedno następuje zaraz po drugim. co w klasyce zdarza się bardzo rzadko. oraz albo cała (większość) orkiestry napierdala głośno, albo cicho. dobry zakres dynamiczny masz wtedy, kiedy trzeba się skupiać na wyłuskaniu cichych instrumentów w głośnym fragmencie. w klasyce bardzo rzadki zabieg.

barwy instrumentów akustycznych, a konkretnie ich wąskie i „naturalne” widma (tonika, harmoniki, praktycznie nic poza tym), powodują że klasyka się *rewelacyjnie* kompresuje stratnie, między innymi dlatego że harmoniczne bardzo ładnie się „przesłaniają” (w sensie psychoakustycznym). natomiast przesterowana (pełno składowych nieharmonicznych) gitara ma takie widmo, że wyciska siódme poty z każdego modelu psychoakustycznego.

wiem że to żaden eksperyment, ale weź sobie stratny kodek audio, nastaw go na konkretną jakość (według modelu psychoakustycznego) (np. lame mp3 –prefix standard) i zobacz różnicę w bitrate’ach potrzebnych do zakodowania klasyki i mocnego metalu.

mnóstwo wysokich harmonicznych to masz nie w klawesynie, tylko w blachach perkusyjnych. widmo talerzy potrafi sięgać setki khz, czyli daleko poza zakresem słyszalnym, a jednak dla wielu ludzi są te harmoniki odczuwalne. tak, są ludzie którzy na pierwszy rzut ucha odróżnią perkusję żywą od odtwarzanej z cd. jeden z głównych powodów dla których dvd-a ma częstotliwość próbkowania aż do 192 khz.

przejrzystość i przestrzenność — tu się zgadzam, niestety w muzyce „rozrywkowej” (bo jak wiadomo klasyka służy do nudzenia) po pierwsze klepie nagrywanie każdego instrumentu z osobna (dziś „na setkę” nagrywają chyba już tylko amatorskie kapele punkowe) oraz kompresja dynamiczna w fazie postprodukcji.

miskidomleka, jesteś audiofilcem? może chcesz kupić złote kable zasilające? :D

teraz przykład ode mnie, bardzo łatwy i pierwszy z brzegu: weź sobie queen „we are the chamions” i wyłuskuj partię fortepianu, która zasadniczo leci przez cały utwór, ale jest przez większość przykrywana przez głośne gitary i perkusję.

Miskidomleka: no to po kolei (a nie mógłbyś o tym notki napisać czy coś? nie lubię solidnych flejmów na fejsie bo giną ;-) ) no i właścicielka już fuka

nie sądzę, by w defincji dynamiki było cokolwiek o tym, jaka ma być odległość w czasie między fragmentem cichym a głośnym. i oczywiście „jedno zaraz po drugim” bywa w klasyce. i ile to jest „zaraz”?

zresztą, jeśli w klasycyenie ma rozpiętości dynamicznej, to czemu żona narzeka, że hałasuję – a przecież hałasuję, bo ustawiam gałkę żeby było dobrze słychać ciche fragmenty, i zaraz coś przypierdala 50 dB głośniej i dom się trzęsie

„kiedy trzeba się skupiać na wyłuskaniu cichych instrumentów w głośnym fragmencie. w klasyce bardzo rzadki zabieg.”
rzadki? yyy – chyba nie. zresztą, co to znaczy „trzeba”. jak się chce, to się wyłuskuje, jak nie, to nie.

„barwy instrumentów akustycznych, a konkretnie ich wąskie i „naturalne” widma ”
wąskie? widziałeś kiedyś widmo skrzypiec? bo ja właśnie patrzę, i harmoniczne lecą do 20k, potem chyba filtr jest założony. a klawesyn? w nagraniu, na które patrzę, wszystko skacze do 22050, zobacz:

 

(oczywiście z CD, Nyquist 22050)

o ile mi wiadomo, model psychoakustyczny nie ma nic wspólnego z harmonicznością, bo maskowanie zachodzi we wstęgach krytycznych, z których w normalnej sytuacji na górze pasma każda będzie obejmować wiele składowych, harmonicznych czy nie

„tak, są ludzie którzy na pierwszy rzut ucha odróżnią perkusję żywą od odtwarzanej z cd. jeden z głównych powodów dla których dvd-a ma częstotliwość próbkowania aż do 192 khz.”
pokaż mi poważny i porządnie przeprowadzony podwójnie ślepy test, w którym ludzie odróżnią identycznie zmasterowane nagranie 192/16 od 44.1/16, lub odpowiednika. Wiem, że Oohashi, tylko że nikt tego OIW nie powtórzył.

„oraz kompresja dynamiczna w fazie postprodukcji.”
ano właśnie – i dlatego dynamika w popie (szeroko rozumianym, jako rozrywkowa) jest z reguły znacznie mniejsza niż w klasyce. bo na klasykę nie zakłada się kompresorów (a przynajmniej tak mocno)

„może chcesz kupić złote kable zasilające?”
jakbyśmy byli w ttdkn, to bym ci po ttdknowsku odpowiedział „spierdalaj”

„we are the champions” ale nie wiem o czym to ma świadczyć. weź początek, pierwsze 17 taktów 3. częsci ci 4. symfonii Brahmsa i wyłuskuj oba oboje (grają cały czas oprócz jednego taktu, służę partyturą jakbyś chciał) – i co?

Szprota: Toooooomasz, zrób notkę.

Tomasz: ale po co, skoro właściwie się zgadzamy z miskidomleka (kiedy twierdzę że klasyka _generalnie_ nie powala zakresem dynamicznym, to miskidomleka podaje dwa wyjątki — obaj mamy tu rację)?
@zaraz
sorry, źle się wyraziłem z tym „zaraz”. miałem na myśli ciche instrumenty które trudniej usłyszeć podczas głośnego grania.

@ślepy test abx na nagrania o gęstym samplowaniu:
co prawda nie 192 vs 44, ale za to 88 vs 44. wystarczająco poważny?
http://www.aes.org/events/128/papers/?ID=2252
(18-6)

@widmo klawesyna
piękne i pełne wyraźnych podstaw oraz ich harmonik (a czemu ich tak dużo to nie będziemy sobie wyjaśniać, bo rozumiem że nie chcemy się obrażać). a żeby zrozumieć co mam na myśli, obejrzyj widmo powerchordu (pryma+kwinta) na mocno przesterowanej gitarze (najlepiej na przesterze tranzystorowym i/lub z diodowym obcięciem).

@częstotliwość a maskowanie
przepraszam za linka do wikipedii, ale od lat nie grzebałem w algorytmach kompresji dźwięku i pościągane pejpery nie przeżyły którejś czystki na dysku
http://en.wikipedia.org/wiki/Auditory_masking#Similar_frequencies

ten efekt powoduje, że symfonię — gdzie w danej chwili cała orkiestra gra prymę lub którąś z jej harmonik, a „czystość” instrumentów powoduje że wszystkich tych częstotliwości jest bardzo ograniczona ilość — kompresuje się stratnie o wiele lepiej niż death metal.
w death metalu jedna gitara (a z reguły są dwie, oczywiście niedoskonale zestrojone) robi ci totalną masakrę w widmie. dorzuć jeszcze perkusję rozciągającą się na cały zakres (od stopy po blachy) i o równie niefajnym widmie (budowa bębnów średniotonowych powoduje że mają one naturalny „przester”), a masz muzykę która jest używana jako prawdziwy test dla modeli psychoakustycznych i algorytmów kompresji.

czekaj, zaraz ci znajdę jakiś fragment gitarowej masakry, gdzie jeden akord robi „rurę” z widma fourierowskiego
Tomasz: cholera, nie mam żadnych flaców z ciężkim graniem, same empetrójki i kilka mpc (we flac tylko „talking timbuktu”). niemniej jako ilustracja niech posłużą:

1) dethklok „into the water”, 46. sekunda (a właściwie fragment, żeby nie oszukiwać progresją akordów)

2) hatebreed „another day another vendetta”, samiuśki początek

nie wiem jak tobie, ale mi to bardzo przypomina widmo różowego szumu ;)

Miskidomleka: „miałem na myśli ciche instrumenty które trudniej usłyszeć podczas głośnego grania”
No ale twierdzisz że nie ma czegoś takiego w klasyce, że słychać wszystkie instrumenty zawsze, czy co?

@ślepy test
Ciekawe, choć to tylko prezentacja zjazdowa, czyli nie przeszła peer review. Mam nadzieję, że niezadługo wyjdzie w JASA czy czymś takim.
Ten sam zespół zrobił ciekawą prezentację (niestety znów bez peer review), która zasadniczo potwierdza co mówisz o stratnym kodowaniu, że przy niskich bitrate pop/metal są nieco łatwiej odróżnialne od CD niż muzyka ogólnie rzecz biorąc poważna. http://www.music.mcgill.ca/~hockman/documents/Pras_presentation2009.pdf
Aczkolwiek nie wiem, czy wybraną przez nich symfonię Mahlera uznałbym za „killer sample”, zależy może, który moment. W ogóle ze względu na ogromną rozpiętość składów i faktur trochę trudno pakować całą poważkę do jednego worka.

@maskowanie oraz „że wszystkich tych częstotliwości jest bardzo ograniczona ilość” oraz widmo klawesynu
czekaj, nie chwytam cały czas dlaczego maskowanie składowych nieharmonicznych ma być inne niż harmonicznych.
Poza tym ja ci poprzednio dałem klawesyn solo czy dwa w duecie (nie pamiętam, z którego wziąłem). A jak weźmiesz gęstszy utwór orkiestrowy, to się tych harmonicznych od różnych instrumentów robi zatrzęsienie, a jak jeszcze zdarzy się perkusja zwłaszcza o nieokreślonej wysokości (przecież jest też w poważce) to może mieć wprost tak:

A jeszcze do tego pospekulowałbym czy ocen brzmienia słuchawek (przypominam, wątek zaczął się od słuchawek) i ocena algorytmów kompresji to nie są trochę inne zagadnienia, potencjalnie wymagające innych killer samples – bo inne aspekty dźwięku będą modyfikowane przez słuchawki niż przez kompresję.

„kiedy twierdzę że klasyka _generalnie_ nie powala zakresem dynamicznym, to miskidomleka podaje dwa wyjątki ”

No nie wiem, jake wyjątki? Zarówno duże różnice między fragmentami są dość powszechne (przynajmniej w orkiestrowej), podobnie jak praktyczna niesłyszalność grającego instrumentu w tutti orkiestrowym.
 
 
 
Toooooomasz, do dzieła! Twoja kolej!

(jak znam życie to się nam nie będzie chciało dalej, ale jeśli nawet, to przynajmniej konwersacja została uratowana z czeluści Fejsa)

%d bloggers like this: