Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Category Archives: podniebiennie

Problem piany rozwiązany

Ten problem.

Proszę państwa, nie ma co się wygłupiać z ręcznymi spieniaczkami. To rzadziej działa niż nie działa.

Ale, hosanna, nie trzeba też kupować wielkiej maszyny do mielenia, parzenia i siusiania parą w mleko. Maszyny, której nie chcę, bo po co mi taki wielki grat – tym bardziej, że część mieląco-parząca leżałaby bezpłodnym odłogiem, jako że w domu pija się kawę z Frencz presa (jak to będzie po niepolonijnemu? przecież nie prasa francuska, Le Monde czy co?).

Wystarczy kupić grata małego, gratka raczej, tak mało miejsca zajmuje. Nie, nie, raczej gratkę (#thedayofbadpuns), bo działa świetnie.

Gratka składa się podstawy, dzbanuszka i mieszadełka. Mieszadełko wtykamy w dno dzbanuszka, dzbanuszek wtykamy w podstawę, podstawę wtykamy do prądu.

Wygląda to tak:

Następnie nalewamy trochę mleka. Nie za dużo, nie należy przekraczać kreseczki MAX F:

Przykrywamy gustowną pokrywką, wciskamy guzik, zapala się niebieskie światełko, a w dzbanuszku powstaje vortex:

Po paru minutach denerwowania dwoma rodzajami energii, mechaniczno-vortexową oraz cieplną (podstawka grzeje!), biedne chude* mleko najzwyczajniej się wpienia, a nawet puchnie. I już wiemy, czemu należało przestrzegać kreseczki MAX F:

A w miejscu przeznaczenia pianka wygląda tak:

Są jeszcze dodatkowe punty za fajność: mieszadełko jest napędzane znajdującym się w podstawce silniczkiem w sposób magiczno-magnetyczno-bezdotykowy. Jakby się w kuchni miało pociąg Maglev!!! No dobra, przesadziłem, może nie pociąg, ale przynajmniej laboratoryjne mieszadełko magnetyczne ;-).

* tak tylko napisałem dla podkręcenia nastroju, mleko było tłuste. Źródła podają, że im chudsze mleko tym lepiej się ubija, ale ja nie potwierdzam.

Reklamy

Chlebuś biały doskonały, czarny niecnota – choć bodzie – sposobniejsza po nim robota

Dziś o nowym płodzie Katarzyny Bosackiej, która uzbrojona w look i nick kontynuuje spożywcze krucjaty. Tym razem o chleb.

Tekst reklamuje chleb prądnicki (i inne chleby) pieczony przez pana Madeja z Krakowa. Chleb, który nie jest „pierdółką”, bo bochenek waży 14 kg (28 razy więcej niż zwykły chleb,  jak precyzyjnie informuje autorka). Wielce użyteczna informacja dla konsumenta. 

Zaczyna się od pochwał, jakiż to stary i tradycyjny ten chleb prądnicki: Wincenty Pol, król Staś na obiadach czwartkowych, a nawet biskup Jastrzębiec (już w 1421 roku) poświadczają zza grobu jego jakość. No, jak biskup chwali XV-wieczny chleb prądnicki, to i prądnicki chleb pana Madeja musi być świetny. Co prawda ten madejowy wg. tekstu zawiera ziemniaki. Które pochodzą z Peru. Które do Europy trafiły w XVI wieku. Które do Polski (za Książką kucharską dla samotnych i zakochanych) przysłał niejaki król Jan III Sobieski z Wiednia, można więc przypuszczać, że koło A.D. 1683. Ale chleb pana Madeja to na pewno toczka w toczkę taki sam chleb jak ten za XV-wiecznego biskupa. Krakusi potrafią. 

Potem mamy ubolewanie, jaki to zły chleb nas atakuje w tych dzisiejszych, paskudnych czasach. Na przykład: Kiedyś chleb usychał i oddawało się go dla konia, dziś pleśnieje. Jejku, a mnie w podstawówce (a to było baaardzo kiedyś) kazali robić doświadczenia. A to hodować porównawczo pomidory w glebie i piasku (w piasku urosły lepsze). A to hodować kryształki soli. A to zostawić gdzieś chleb który – o borze – zapleśniał. Pewnie był przywieziony wehikułem czasu z XXI wieku. Och, i dlaczego jak chleb uschnie zamiast spleśnieć to dobrze, a jak Happy Meal nie spleśnieje to już źle? Hincik – los chleba: spleśniały czy suchy, zależy od wilgotności otoczenia… 

Na szczęście są jeszcze dobroczynne, żytnie chleby. 

Żyto [w] przeciwieństwie do pszenicy zakorzenia się bardzo głęboko, czerpie składniki mineralne z niższych warstw gleby. Składniki mineralne z niższych warstw gleby są lepsze, bardziej mineralne.

W zakwasie powstają naturalne drożdże. Myślałem, że Pasteur obalił samorództwo, ale musiałem coś pomylić, może to Dymitr Samozwaniec obalił pasternak, czy coś takiego. Cieszy mnie również, że nie powstają w zakwasie drożdże sztuczne, nanoroboty jakieś.

Bakterie mlekowe, które oczyszczają organizm z trucizn i ze związków rakotwórczych, tj. toksyn pleśniowych czy azotanów.  A ja co i rusz czytam, że konsumowanie Lactobacillusów et consortes na zdrowie człowieka ma wpływ zerowy (z wyjątkiem bodajże dzieci z celiakią). Oraz że to nie azotany są rakotwórcze, tylko być może azotyny, w dodatku nie same z siebie, tylko kiedy wędlinę z nich zrobioną się przypali, bo wtedy mogą powstać nitrozaminy, które dopiero mogą być rakotwórcze. Ale czy ja wiem co czytam? Chciałem też zaapelować o robienie zakwasu z selera, bo przecież zawiera on wiele złowrogich azotanów z których trzeba oczyścić organizm, ale wycofuję apel w obliczu oświecenia (tu schodzę z KB na chwilę):     

THERE IS A DIFFERENCE BETWEEN THE TWO NITRATES! In actually the celery based nitrate is better as it is naturally occuring and has vitamins C & D which prevents the nitrate from becoming a carinogen–which can cause various childhood and other cancers. If you want to give your kids regular hotdogs then make sure they take a daily vitamin supplement with vitamins C & D. Research it on the net, if you don’t believe me.

Podkreślenia moje, a ostatnie zdanie zmusza mnie to wklejenia tego skeczu (skojarzyło mi się 2:08, ale obejrzyjcie cały, w sam raz do nachodzącej notki). Wróćmy jednak do naszych chlebów, i mądrości pani KB.    

Taki chleb będzie dla nas jak lek. I można go wcierać zamiast cieciorki. Cały czternastokilogramowy bochen będzie się wcierać.

Następnie jedziemy – jakżeby inaczej – po literce E.

Jeśli znajdziesz w chlebie jakiekolwiek literki E, to znaczy, że są tam polepszacze i chemiczne dodatki. Uuuuu, chemia, to słowo w tekście o żywieniu to zwiastun czegoś potwornego.

E 339-341 to fosforany wapnia zaburzające wchłanianie składników mineralnych. Których dokładnie składników, może takich niezbędnych do życia makroelementów jak wapń, czy fosforany? I nie trzeba kończyć technologii żywności*, wystarczy zajrzeć do wikipedii by sprawdzić, że symbol E341 owszem oznacza fosforany wapnia, ale 339 i 340 już wcale nie – to fosforany odpowiednio sodu i potasu.

E 472 to syntetyczne emulgatory. Och, syntetyczne. Ich syntetyczność jest zabójcza. Zapraszam do przeczytania punktów Origin oraz Side effects tutaj.

E 282 – polepszacz antypleśniowy. Jej, a dopiero co było, że jak pleśnieje to źle. Nie nadążam.

Skórka. Ma najwięcej przeciwutleniaczy chroniących nas przed nowotworami i starzeniem.  A twardych dowodów na ową ochronę osoby (nie komórek na szkiełku) przed nowotoworami i starzeniem przez owe przeciwutleniacze jest w literaturze naukowej mnóstwo. Like, zero?

Dobry, zdrowy chleb powinien […] [m]ieć złocisty lub ciemnobrązowy kolor. Jeśli jest wyraźnie rudy – w kolorze wiewiórki albo czekolady – znaczy, że dodano do niego karmelu lub słodu. Musi jakaś zdrowa bosacka czekolada, te chemiczne co ja jadam za nic nie chcą być rude. Tylko, o ironio, ciemnobrązowe.

Gdy zauważysz najmniejszą plamkę pleśni, wyrzuć cały chleb, gdyż wydzielają się z niej substancje rakotwórcze. Zaraz, przecież dobry chleb (mimo braku złego E282) nie pleśnieje, jeno się zsycha.

Wkrótce 600-letni chleb prądnicki oficjalnie zostanie wpisany na listę kulinarnych skarbów Europy, na której są parmezan czy roquefort. 600-letni chleb z jego 600-letnimi ziemniakami dołączy do serów pleśniowych (z pleśniami naturalnymi, nie chemicznymi, bez substancji rakotówrczych). Chwała krakowskiemu piekarnictwu!

A o chlebie żytnim lepiej poczytajcie tu. U specjalisty od technologii żywności.

* Nie żebym twierdził, że pani Bosacka skończyła technologię żywności, o nie. Ale nie wiem, co kończyła, z niewiadomych przyczyn jej bardzo entuzjastyczna notka biograficzna na wikipedii nie podaje wykształcenia. Notka, dodajmy, zapewne niesłychanie obiektywna, tylko przypadkiem utworzona z adresu 80.252.2.31, czyli z firmowego komputera Agora SA.
 
 
Tytuł notki pochodzi ze zbioru pouczających przysłów o chlebie. Chyba mądrzejszych niż artykuł Bosackiej, a na pewno zabawniejszych.

Jak oszukać piankę

Piankę do kawy.

No wiem, nie powinno się oszukiwać. Powinno się po prostu kupić esssspressssomachinę z siusiakiem buchającym parą do robienia piany i nie marudzić. Ale mnie się nie chce stawiac kolejnego grata w kuchni, więc kombinuję. Mam spieniaczkę tego rodzaju. Jakaś piana wychodzi, acz nietrwała. No to sobie dumam, jakby ją utrwalić. Siusiak utrwala gorącem – więc ja w jego ślady. Spieniam trochę mleczka w kubeczku i do mikrofali. Z nadzieją, że wyjdzie ładna trwała piana.

Wychodzi. Piękna, sztywna, trwała, można spokojnie nałożyć na kawę, posypać nawet czymś fajnym, nic jej nie szkodzi. Problem w tym, że wychodzi raz na cztery razy. Przeważnie wychodzi nietrwała albo w ogóle znika. Kombinuję z czasem utrwalania, ilością mleka, czasem spieniania – żadnych prawidłowości nie widzę. Chyba zacznę notować fazę księżyca…

Czy ktoś z czytelników osiągnął sukces na tej drodze? Lub zna inny trick dzięki któremu można by cieszyć się pianką bez zawalania kuchni machiną do espresso? Pomocy!

Mleczko

O mleczku i produktach okołomlecznych w USiech było dopiero co u Sporothrix, w dodatku z dość burzliwą dyskusją w komentarzach. Wypadałoby więc powstrzymać się od podejmowania tematu, by czytelnictwo nie znużyło się biciem piany (sorry za słaby pun).

Ale moja ulubiona autorytetka w dziedzinie żywności, Katarzyna Bosacka (o ta, o ta), włączyła się – niewykluczone, że bezwiednie – w ową mleczną dyskusję tekstem w wysokichobcasach.pl. Przypatrzmy się. Najpierw drobiazgom.

Nie pijemy już tego paskudztwa w kartonie […] A my już nigdy więcej nie weźmiemy do ust tego paskudztwa w kartonie […] Jego przeciwnicy tłumaczą, że przecież poza smakiem i niewielką ilością witamin mleko w kartonie jest równie odżywcze. Nie będę się znęcał i nie zapytam co to znaczy „poza smakiem jest równie odżywcze” . Ups. Trudno, już poszło. To przynajmniej nie będę się dopytywał, jak to jest dokładnie z tą ilością witamin. Ups, znowu. Jestem niepoprawny.

No to zapytam chociaż, osochozi z tymi kartonami? Od paru lat regularnie robię zakupy w Wirginii, tej samej, z której zwykła nadawać pani KB. Nawet, jak sądzę, plus/minus w tych samych okolicach. Owszem, nieliczne kartony zwykle gdzieś stoją, zazwyczaj albo z przetworami mlecznymi, z „mlekiem” bez mleka (ryżowym, sojowym), z mlekiem „ultra-pasteryzowanym”. Ale w każdym sklepie jaki widziałem ogromna większość mleka – zwykłego, normalnie pasteryzowanego – sprzedawana jest w butelkach z plastiku – polietylenu wysokiej gęstości (do obejrzenia również u Sporothrix). Jakie kartony?

Mleko kupujemy tylko z ekocertyfikatem. Jest drogie i pasteryzowane, ale przynajmniej bez hormonów – tłumaczy Mirtha. Interesujące. I w jakiż to sposób owe hormony są odsiewane od mleka? Bo krowa, proszę pań Mirthy i KB, to jest żywe zwierzę, hormony sama produkuje (ba, nawet geny ma!), i w mleku je wydziela. Mleko bez hormonów nie istnieje (znaczy, może by się udało je laboratoryjnie oczyścić, ale cena pewnie byłaby bliższa 7000, nie 7 dolarów za galon), a kto twierdzi inaczej, dostaje po łapkach za bycie kłamczuszkiem.

Pod zdjęciem: Niepasteryzowane mleko od krów tej rasy pije nawet angielska królowa

W tekście: – A wiecie, że mleko wyłącznie od krów rasy jersey, popularnych również w Wielkiej Brytanii, pije sama królowa angielska?! – mówi nagle Steven. A potem wszyscy przy stole zaczynają się zastanawiać: pasteryzowane czy nie?

Po pierwsze primo, to w końcu pije pasteryzowane czy nie? Po drugie primo, nawet jeśli nie pasteryzuje, to czy pije surowe? Bo np. w dyskusji u Sporothrix Futrzak bardzo zżyma się na amerykańskie zakazy sprzedaży niepasteryzowanego, opowiada, jak to u niej w rodzinie w Polsce zawsze piło się od krowy i nikt nie zachorzał, a potem się okazuje, że surowego to ona nie nie, a rodzina zawsze gotowała. Może królowa tak samo?

A po ostatnie but not least primo: co to znaczy „nawet” i  „sama” królowa angielska? Cóż to za autorytet żywieniowy jest, jakie ta pani ma dyplomy żywieniowych czy pokrewnych kierunków, jakie osiągnięcia naukowe? Poza urodzeniem syna – entuzjasty i adwokata altmedu, w tym homeopatii(Uwaga do tych, co nie mają obyczaju klikać w linki – w ten szczególnie warto kliknąć).

Innym przywołanym przez KB autorytetem jest dr Joseph Mercola, internista. Dr. Mercola, w rzeczywistości osteopata (gwoli sprawiedliwości dodajmy, że w USA dla uzyskania tytułu doktora osteopatii trzeba przejść przez prawdziwe studia medyczne, więc nie nazwę Mercoli wprost kręgarzem), to znany i niestety bardzo popularny przedsiębiorca, promotor altmedu i naturmedu, homeopatii i suplementów, zwalczający prawdziwe leki, szczepionki (dość powiedzieć, że udziela łamów aktywistce przeciwszczepionkowej Barbarze Lou Fisher z NVIC), fluoryzację, a nawet kuchenki mikrofalowe. Dorobił się ostrzeżeń od FDA za pisanie bajek o rzekomo leczniczych właściwościach sprzedawanych przez siebie produktów, jak również ostrzegawczej strony na Quackwatch.

Tak wyborna drużyna autorytetów –  Joseph Mercola, Elżbieta II, Katarzyna Bosacka – nie mogła mnie nie przekonać. Furda FDA. Cóż, że CDC. Artykułom i argumentom dostarczonym przez Sporothrix rzeknę: Nic to. Za to tekst KB „Udział w krowie” zapamiętam po wsze czasy, i wdrożę z entuzjazmem – kupię kawałek krowy. Rare, medium, or well done?

Istota dobrego wina

to czysty naturalny (w odróżnieniu od brudnego sztucznego) dwutlenek siarki. Coś z chiralnością?

Oraz zgodność z przypływami i odpływami – winorośl to jak wiadomo przybrzeżny wodorost.

Oraz, oczywiście, homełko – tym razem dla roślin.

Oto strona z menu pewnej restauracji (podkolorowania moje).

 

W naiwności swojej sądziłem, że synchronizacja z porami roku jest normalnym zjawiskiem w rolnictwie w ogóle. A tu się okazuje, że to wyrafinowana biodynamiczność. Człowiek całe życie się uczy.

Skąd się biorą kalorie? Z rozgotowywania!

Wysokoobcasowy guru zdrowego żywienia w Stanach Zjednoczonych, Katarzyna Bosacka, popełniła nowy, światły tekst.  

Zaraz, nowy? Wytęż wzrok i znajdź różnice…  

Ekoinwazja” z 2008-02-25:  

W klasycznym amerykańskim supermarkecie wszystko jest zapakowane i spreparowane. Zamrożone bułeczki ze stuletnią przydatnością do spożycia, cukierki w aerozolu do psikania na język, osobno białka i żółtka jajek, by nie brudzić sobie rąk, naleśniki w proszku, masło w sprayu, bazylia w tubce, trawiastozielone ciasteczka, niebieskie torty z czarnymi ornamentami. Dla Europejczyka to wstrząs (w USA są łagodniejsze normy pozwalające na dosypywanie chemii do żywności).

Najgorszą rzeczą, jaką kupiłam, były seledynowo-turkusowe jogurty ze Shrekiem. Od samego widoku można się rozchorować. Udowodniono bowiem, że żywność przetworzona sprzyja tyciu (tłuszcze trans), nadciśnieniu (sól), napędza apetyt (ukryty cukier) i powoduje nadaktywność u dzieci (sztuczne barwniki i benzoesan sodu, konserwant w napojach gazowanych). Dzięki kuzynowi, fizykowi z NASA, próbowałam ostatnio jedzenia dla kosmonautów. Poza tym, że było bardziej suche, nie różniło się ani wyglądem, ani smakiem od tego w amerykańskich sklepach.  

 

Pomidorowa is the best!” z 2010-01-23:  

[…] zakupy w klasycznym, amerykańskim supermarkecie dla wielu Europejczyków nadal mogą być szokiem. Białka i żółtka jajek sprzedawane w kartonach (osobno), cukierki w aerozolu do psikania na język, naleśniki w proszku, masło w sprayu, bazylia w tubce, trawiastozielone ciasteczka, niebieskie torty z czarnymi ornamentami. W USA normy pozwalające na dosypywanie chemii, a zwłaszcza barwników do żywności są łagodniejsze od polskich. Najgorszą rzeczą, jaką kupiłam, były seledynowo-turkusowe jogurty ze Shrekiem. Od samego widoku można się rozchorować. Udowodniono, że żywność przetworzona sprzyja tyciu (tłuszcze trans), nadciśnieniu (sól), napędza apetyt (ukryty cukier) i powoduje nadaktywność u dzieci (sztuczne barwniki i benzoesan sodu, konserwant w napojach gazowanych).

Dzięki mojemu kuzynowi, fizykowi z NASA, próbowałam ostatnio jedzenia dla kosmonautów. Poza tym, że było bardziej suche, nie różniło się ani wyglądem, ani smakiem od tego w amerykańskich sklepach.  

 

W szanującej się gazecie za taki recykling wylatuje się z pracy. W Wysokich Obcasach.pl dostaje się pierwsze miejsce na liście „piszą dla nas”:  

  

Recykling własnych tekstów i pisanie piramidalnych bzdur o jedzeniu stawia autorkę przed na przykład Dunin. Cóż, jakie obcasy, takie standardy.  

No właśnie, piramidalnych bzdur. Pod artykułem „Ekoinwazja” wrzuciłem już kiedyś komentarz, zapraszam do lektury tamże.  

Poniżej parę perełek z  „Pomidorowej”.  

Katarzyna Bosacka informuje:  Talerz domowej pomidorowej (bez dodatków) ma najwyżej 40 kcal, kultowa Campbell w puszce aż 110!  

Po pierwsze primo: kultowa pomidorowa – no tak, 110 czy 90 kcal, co za różnica, przecież w dziennikarstwie chodzi o to, żeby zrobić wrażenie, a nie by pisać precyzyjnie i zgodnie z prawdą.

Po drugie primo: polecam lekturę kultowego dzieła literackiego pt. Pamiętniki Bridget Jones. Można się z niego się dowiedzieć wielu pożytecznych rzeczy, na przykład – niespodzianka – kalorie to jest energia! Potrzebna do życia! Celem jedzenia jest między innymi dostarczenie organizmowi kalorii! Jak się nie dostarczy kalorii, człowiek umrze z głodu!  

Katarzyna Bosacka ubolewa: masło w sprayu 

(Pisałem o tym odrobinę pod „Ekoinwazją”, trochę tu rozwinę.) Skąd ta obsesja masła w sprayu?

Po pierwsze primo, jest to rzecz niesłychanie wygodna, zwłaszcza gdy trzeba delikatnie natłuścić skomplikowaną powierzchnię, powiedzmy gofrownicę.

Po drugie primo prawdziwe masło jak wiadomo jest (dla domorosłych dietetyków jak KB) dietetycznym złem, tłuszczem zwierzęcym, nasyconym i kalorycznym. Alternatywa, czyli owo masło w sprayu, składa się głównie z oleju sojowego – a więc roślinnego, nienasyconego, zawierającego kwasy tłuszczowego omega-3 – takiego, jaki dietetycy kochają wielką miłością. Dalszy ciąg etykietki: lecytyna z soi, naturalne aromaty, β-karoten (naturalny barwnik, dodajmy też, że organizm przekształca go w witaminę A), i jakiś neutralny gaz napędzający. Samo zdrowie i natura.

Co więcej, masło w sprayu nanosi się cieniutką warstwą, więc używa się go mało, znacznie mniej niż gdy wlewamy na patelnię olej czy wrzucamy kawał masła. Podsumowując, masło w sprayu to sposób na zredukowanie ilości tłuszczu oraz zastąpienie brzydkich tłuszczów ładnymi. Domorosły dietetyk powinien z zachwytu się posiusiać. A KB szermuje biednym sprayem jako straszliwym przykładem złego amerykańskiego jedzenia. Jakiś tu widzę rozziew. Albo po prostu niedouczenie.  

Katarzyna Bosacka zaleca:  Ugotować makaron czy ryż al dente, co sprawi, że nie wejdzie w biodra jak ten rozgotowany na pulpę  

Ach, wiara w moc indeksu glikemicznego.    

Po pierwsze primo, rozrzut wartości indeksu glikemicznego dla różnych rodzajów ryżu i makaronu jest całkiem spory (The GI of the rices ranged from 64 +/- 9 to 93 +/- 11. Macaroni had a significantly greater glycemic index (GI) (68 +/- 8) than spaghetti (45 +/- 6, P less than .01); the GI of star pastina was intermediate (54 +/- 6) ).
Albo tu, zwracam uwagę na przedziały ufności (CI):  

  

I jeszcze tu (ryż na stronach 16-19, makaron 40-42, źródło). Różnice wartości są rzędu 50.  

Po drugie primo, spróbujmy ocenić jak silny jest efekt gotowania dłużej lub krócej. Gotowanie al dente może mieć wszak sens tylko* jeśli rozgotowywanie podnosi indeks glikemiczny o wartość istotną na tle sporego rozrzutu wartości (przypominam, 50) dla różnych rodzajów ryżu i makaronu.

Strony dietetyczne oczywiście rozwodzą się nad tym, jak to makaron al dente ma niższy indeks glikemiczny niż gotowany krótko, ale od faktów trzymają się z daleka (czy kogoś to dziwi?). Jedna podaje efekt gotowania makaronu bardziej niż al dente rzędu 10. Dycha na tle pięćdziesiątki rozrzutu wygląda, no tak sobie…

Ale to nie koniec, źródło cytowane już wyżej, zacniejsze niż strona internetowa sprzedająca diety, pisze:  The GI of spaghetti was not significantly affected by cooking for 5 or 15 min (45 +/- 6 and 46 +/- 5, respectively). […] We conclude that different types of pasta may produce different glycemic responses but that these are not necessarily related to differences in cooking or surface area. (GI to indeks glikemiczny). Rozgotowywanie podniosło indeks glikemiczny średnio o 1. Jeden na tle pięćdziesięciu – pani KB, o czym pani mówi?  

A po trzecie i najlepsze primo – indeksu glikemicznego używa się by ocenić efekt pokarmów na poziomy glukozy we krwi diabetyków. Czy można z niego wyciągać wnioski w kwestii tycia bądź chudnięcia ludzi nie cierpiących na cukrzycę? Artykuł pod wiele mówiącym tytułem No effect of a diet with a reduced glycaemic index on satiety, energy intake and body weight in overweight and obese women ma – jak to naukowy artykuł – streszczenie, kończące się słowami: This study provides no evidence to support an effect of a reduced GI diet on satiety, energy intake or body weight in overweight/obese women. Claims that the GI of the diet per se may have specific effects on body weight may therefore be misleading.  

I nie jest to jedyny tak mówiący artykuł (GL to glycemic load, ładunek glikemiczny, co innego niż GI):  

This study does not support the contention that low-fat LGI diets are more beneficial than HGI diets with regard to appetite or body-weight regulation as evaluated over 10 wk.  

Evidence from intervention studies using a low-GI approach for weight loss produced inconsistent results, especially for longer-term studies.  

The evidence for associations between GI and particularly GL and health among free-living populations is mixed. […] Based on the evidence found in this review, it seems premature to include GI/GL in dietary recommendations.  

GI was not associated with BMI in any model.  

There is currently no convincing evidence for a role [in body weight] of GI independent of GL. 

In the setting of healthy eating, changing the diet GI does not appear to significantly affect weight maintenance. 

Jak by nie patrzeć, jak by się nie starać, niedogotowywanie makaronu przez panią KB nie będzie miało żadnych skutków dla jej bioder. Co wcale jej nie przeszkadza pościemniać za pieniądze w „Wysokich Obcasach”…

* Pomijam tu jeden oczywisty sens nierozgotowywania – rozgotowane jest zwykle mniej smaczne!

%d blogerów lubi to: