Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Category Archives: hej młoty do roboty

Rekordzista

w moim prywatnym konkursie na najbardziej zawiły tytuł seminarium ;-) :

EPSRFOICFTPOTLE

Autor przyznał mi się, że tytuł miał jeszcze drugie zdanie – podtytuł, jednak coś go powstrzymało przed wstawieniem go na ulotkę…

Ambitny PhD

Pracował u nas kolega. Szło mu, powiedzmy, tak sobie. Ale z rad nie bardzo korzystał, upierał się robić samemu po swojemu. Ot, ambitny doktor.

Na przykład potrzebował założyć podgląd tego, co się dzieje w zamkniętym pomieszczeniu. Zasugerowałem mu postawienie zwykłej czarno-białej kamerki w środku (pewnie parę się po pracy wala, a jakby nie, to koszt ze 30 dolarów), zwykłego czarno-białego monitora na zewnątrz (parę się wala), połączenie obu kabelkiem BNC (walają się dziesiątki). Nie, poszedł w hi-tech, kupił kamerkę komputerową, i potem trzy dni kombinował dlaczego mu nie działa, klikał, pstrykał, i nic.

Potem nawalił w innej sprawie, podłożył się prawnie i formalnie (i nie tylko), a jak go komisyjna inspekcja przyłapała, to odgrażał się, że w jego poprzedniej pracy tak się robiło. Nawet jeśli – so what? Na koniec nazwał członków komisji publicznie i pisemnie rasistami (koloru był innego niż oni). Działo się to parę miesięcy temu, ale wrażenie pozostawił – nie dalej jak kilka dni temu jedna członkini komisji go wspominała, komentując, że jakby ją jeszcze raz tak nazwał, to miałby do czynienia z prawnikami jakich ona zna z poprzedniego stadium kariery. Z Langley.  Teraz już kolega u nas nie pracuje, nie dziwne, nie ;-)?

A niedawno sprzątając znalazłem tę kamerkę komputerową, z którą walczył. Bezprzewodową. Wi-fi. A owo pomieszczenie, z którego chciał ją odbierać, jest zbudowaną z płyt metalowych klatką Faradaya.

Rozbieżności obyczajów

No to chyba się stanie.  Szef ma najwyraźniej zamiar zrealizować w końcu swoje marzenie i zatrudnić specjalną osobę do komputerów w naszej grupie.

Wczoraj z kolegą oglądaliśmy kandydata. Na szczęście od czasu poprzedniej notki zadania przeznaczone dla tej osoby cokolwiek urosły i teraz może mieć to sens. Jeśli by je zrealizował, zysk mógłby być niebagatelny. Bo oprócz takich poważnych i absorbujących zadań, jak uaktualnianie programów na Macach szefa i sekretarek, czy ratowanie szefa, gdy np. jego iKalendarz (czy jak to się zwie) nie chce się zsynchronizować z używanym przez wszystkich wspólnym kalendarzem google, wymyśliliśmy (głównie dwaj rzutcy koledzy) parę poważniejszych i sensowniejszych zastosowań dla potencjalnego lokalnego specjalisty IT.

Jak postawienie naszego własnego serwera w celu stworzenia centralnego, regularnie bekapowanego magazynu danych. Obecnie każdy ma swój własny schemat bekapów i zabezpieczeń, a że trochę sie tego generuje (ja do 1 GB dziennie, niektórzy więcej), to coś solidnego by się przydało.

Jak zrobienie naszego własnego VPNu, byśmy mogli siedząc w domach skorzystać z komputerów pracowych. Niby służby IT naszej wielkiej instytucji kiedyś po wielokrotnych nagabywaniach i naciskach otworzyły dostęp VPNowy dla nas, ale czasem to działało, a czasem nie. U mnie nie tylko nie, ale to, co kazali mi zainstalować w domu, narobiło mi bardzo dziwnych rzeczy w sieci domowej i potem zmarnowałem sporo czasu przywracając ją do porządku.

Jak zrobienie porządnego systemu śledzenia dokumentów dla sekretarek. Sekretarki się u nas zmieniają ciągle, czasem bez zakładki lub z bardzo krótką, więc w obecnym bałaganie każda spędza pierwsze miesiące pracy poszukując poprzednich dokumentów w sekretarskich komputerach.

Jak regularne uaktualnianie strony internetowej, która cierpi na chroniczny anachronizm.

Jak stworzenie i utrzymywanie systemu do telekonferencji, kolejne marzenie naszego szefa. Nie jesteśmy do końca pewni po co mu on, ale niech sobie ma zabawkę.

Kandydat, młodzian umundurowany w gajerek i krawat, z teczuszką,  zegarkiem chyba reprezentacyjnym (nie znam się na zegarkach) i wymodelowaną fruzurą, wyglądał ciut jak z księżyca Saturna w naszym t-shirtowo niedbałym, sandałowym, czasem nawet podtatuowanym towarzystwie. Ale rozumiał co się do niego mówiło, odzywał się z sensem, i chyba przynajmniej umie udawać, że się na tym wszystkim zna.

Trochę tylko uniósł brew, gdy mu powiedziałem, że jesteśmy raczej indywidualistami, ludzie używają nie tylko różnych systemów ale i różnych programów (nawet do tych samych celów), i tak ma zostać.

A bezcenny był wyraz jego twarzy, gdy kolega uściślił, że nie tylko nie oczekujemy od niego bezpośredniej opieki nad maszynami, które stoją na naszych biurkach (z wyjątkiem szefa i sekretarek), ale wręcz nie będzie miał do nich dostępu.

Cóż, nasz modus operandi różni się od korporacyjnego. A gdy ktoś ma zgromadzone dane z 3 czy 5 lat pracy, od których, jak u koleżanek i kolegów robiących doktoraty, zależy praktycznie cała jej czy jego przyszłość, nic dziwnego, że nie ufa nikomu i podchodzi do security cokolwiek paranoidalnie. Trust no one!

Prześpij się z problemem

Napisało się programik sterujący pewnym urządzeniem. Tak naprawdę programy są dwa, jeden chodzi wprost w urządzeniu, drugi w kontrolującym je komputerze, ale mowa tu o tym pierwszym. 

Urządzenie przyjmuje i wysyła rozmaite sygnały elektryczne, TTL i analogowe, zapisuje je w kontrolującym komputerze, reaguje na stany wejść, trochę wchodzące sygnały analizuje, i w ogóle ma pełen procesor roboty. Między innymi przełącza periodycznie przekaźniki w innym urządzeniu, co słychać jako pstryk. A także wymaga – i czeka – by stan pewnego wejścia był wysoki. I reaguje, jeśli w odpowiednim momencie stanie się przez chwilę niski. 

To, co wejście owo kontroluje, czasami  upiera się na stan niski, i nie ma przebacz, żeby zrobiło wysoki. Co zatrzymuje programik, a więc i inne, ważniejsze rzeczy. Więc programik się zmieniło dodając zmienną passive. Jak się zmienną ustawi na 1, programik będzie stan wejścia jednak ignorował. Wszak z dwojga złego lepiej zignorować wejście niż stracić wszystko.

Nowa wersja programiku został przetestowana, parę bugów poprawione, i rzecz weszła do eksploatacji. Ale student obsługujący zgłosił po dwóch dniach: – Wiesz, jak włączam passive to chyba wszystko zaczyna szybciej chodzić, częściej słyszę pstryki.

Sprawdziłem – student miał rację. O dziwo. Po czym spędziłem kupę czasu wpatrując się w:

0078 PRETR:     TICKS  time            ;get time of pretrial start >pretrial
0079            TABLD  stend,[zero]    ;load pretrial duration >pretrial
0080            ADD    stend,time      ;calculate trial end >pretrial
0081 PTLOOP:    TICKS  time            ;get current time   >pretrial
0082            CALL   PROCREW         ;process reward     >pretrial
0083            CALL   CHKBAR          ;check bar          >pretrial
0084            BEQ    one,[zero+24],PRETRTIM ;proceed to time check if bar on >pretrial
0085            BEQ    passive,zero,PRETR ;if no bar and no passive task, restart pretrial >pretrial
0086 PRETRTIM:  BLT    time,stend,PTLOOP ;loop if pretrial not elapsed>pretrial

i kombinując, dlaczego drań chodzi szybciej gdy passive=1. Czytałem powyższy fascynujący tekst w kółko, wstawiałem testowe wskaźniki w różne miejsca (zwykły debug z wykonywaniem krok po kroku nie wchodzi tu w grę). Wszystko było dobrze. Tylko chodziło szybciej.

Wreszcie wzruszyłem ramionami, poszedłem do domu. Następnego dnia, coś koło śniadania, coś mi nieśmiele zapukało do łba. W pracy siadłem do kodu – i od razu heureka! Powyższa część kodu służąca czekaniu, aż stan wejścia będzie wysoki, była w porządku. Ale nie dodałem ignorowania wejścia w innej części – normalnie reagującej, gdy jego stan stał się na chwilę niski. I to w sumie doprowadziło do częstszych pstryków.

Wniosek: nie rób dziś tego, co możesz odłożyć na jutro!

Nowoczesna pomoc staromodnym

Potrzebowałem papieru milimetrowego. Tak, wiem, teraz to się panie kąpiuterem wykresy rychtuje, w kolorkach, trzydeach i czym dusza zapragnie. Jednak mnie było trzeba staromodnego papieru milimetrowego do narysowania czegoś ręką własną. Komputerem to akurat rysować byłoby trudniej i dłużej.

I skąd taki papier wziąć? Powiedziałem sekretarce, by znalazła i kupiła. Ciężko było wytłumaczyć o co chodzi, zwłaszcza ideę milimetra, ale zaczęła szukać „graph paper”. Znalazła tylko calowy i rzadki, raczej odpowiadający polskiemu „papierowi w kratkę”. W dodatku z inną gęstością kratek na każdej stronie kartki, 4 na cal i 5 na cal – ktoś rozumie po co takie dziwadło?

Dziś przełamałem staromodne uprzedzenia i poszedłem po rozum do głowy, czytaj zacząłem grzebać w internecie. I hosanna, eureka, alleluja!

Budynek o konstrukcji stenotermicznej

Temperatury spadły poniżej -10° (prawdziwych, na tubylcze poniżej 14°). Niby nic takiego.  Ale budynek, w którym pracuję, przestał wyrabiać. W niektórych pokojach zrobiło sie 16° (dla tubylców 61°). Wezwani panowie rozebrali sufit, po czym stwierdzili, że coś się gdzieś zepsuło i pewnie kiedyś to naprawią.

Jak w lecie zrobi się 35° (95 tubylczych), też jest źle – klima ledwie dyszy, administracja gasi światła na korytarzach i prosi o oszczędzanie prądu. Budynek to żaden zabytek, z tych co im George Washington winkle obsikiwał, ma coś ze 20, może 25 lat (poprawka: nie, tylko 14!). Co oni tu za inżynierów mają?

%d bloggers like this: