Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Tag Archives: USA

Po trzecie ciasteczko

Ostatnia Kolejna* strzelanina w USA dostarcza ślicznych argumentów, dlaczego swobodny dostęp do broni nie ma sensu.

Przypomnijmy co się stało. Pan A i pan B pracowali w pewnej firmie i bardzo się nie lubili. Pan A został zwolniony. Rok później przyszedł w okolicę firmy z pistoletem i zastrzelił pana B. Schował pistolet i sobie poszedł. Świadek poszedł za nim i zaalarmował stojących w pobliżu dwóch policjantów. Policjanci podążyli za panem A, pan A wyciągnął pistolet (może zawołali go, może sam się połapał). Policjanci odpowiedzieli kanonadą 16 strzałów, zabijając pana A i raniąc dziewięcioro przypadkowych przechodniów.

Po pierwsze. Gdyby dostęp do broni był silnie ograniczony, pan A zapewne nie kupiłby sobie dwadzieścia lat temu pistoletu w sklepie na Florydzie. I nie miałby z czego zastrzelić pana B. Bronioluby powiedzą, że kupiłby na czarnym rynku. Może by kupił, może nie. Znalezienie nielegalnego źródła, nawiązanie kontaktu, kupienie trefnej broni – to wszystko wymaga planowania, czasu, zimnej krwi. Sięgnąć po broń, którą się po prostu ma, jest dużo łatwiej. Czasem by zapobiec, nie trzeba uniemożliwić, wystarczy utrudnić.

Po drugie. Bronioluby kochają argument o dzielnych cywilach, którzy wyciągniętą zza pazuchy giwerą unieszkodliwiają takiego pana A, zanim komukolwiek zrobi krzywdę. No więc panu B i tak by zrobił, bo z zaskoczenia. A co by było dalej? Oto policjanci, ludzie, którzy przecież trenują posługiwanie się bronią, przechodzą szkolenia jak zachować się, gdy napotkają pana A na ulicy. Fachowcy. I zranili 9 przypadkowych osób. Ilu przechodniów położyliby dzielni cywile? Którzy nawet jeśli trenowali strzelanie i plus-minus wiedzą jak trafić do celu, to raczej nie szkolą się w temacie strzelania w tłumie i oszczędzania przechodniów, którzy znaleźli się na linii ognia?

Po trzecie. Dlaczego w ogóle policjanci, strzelając z odległości paru metrów do niemal nieruchomego człowieka, wystrzelili aż 16 pocisków? Po co taka kanonada? Zaryzykuję przypuszczenie, że to objaw ogólniejszej zasady: policja atakuje przy użyciu maksymalnej dostępnej siły, by jak najszybciej obezwładnić brutalnością. Nietrudno na jutubach itp. znaleźć filmy z serii „usiańscy policjantci vs. niegroźny człowiek”. Policjanci w kilku rzucają się na człowieka, który wyraźnie poddaje się, leży na ziemi według nakazu policjantów, czy z innego powodu niemal na pewno jest niegroźny. Biją, używają tazerów. Czemu? Po części przez zimbardiańskie upojenie władzą i odczłowieczenie drugiej strony. Ale nie tylko – w kraju, gdzie dostęp do broni jest tak nieograniczony jak USA, policja musi zakładać, że każdy, z kim ma do czynienia, może w każdej chwili wyciągnąć gnata. I dla własnego bezpieczeństwa chce mu to uniemożliwić.

To trzecie polecam zwłaszcza zwolennikom szerokiego dostępu do broni, którzy jednocześnie są oburzeni brutalnością policji. Z ciasteczkiem można zrobić tylko jedną rzecz.

 

* Kto wie, może zanim ktoś moją notkę przeczyta, dojdzie do następnej… Chodzi o tę 24. sierpnia 2012 roku pod Empire State Building w Nowym Jorku.

Kulisz część 2

Andre Kulisz poczuł się ukrzyżowany(!) moją poprzednią notką i napisał kilka śmiesznych rzeczy na Facebooku, które wypatrzyła i przekazała mi Sporothrix.

Ponieważ to chyba do mnie, postanowiłem się ustosunkować.

Więc cośmy poprzekręcali? Napisaliśmy podobno, że instytucja która dała mu dyplom naturopaty nie jest „zatwierdzona” przez „władze”. Cóż, zacznijmy od tego, że nic takiego nie napisałem (zejdę z pluralisa maiestatisa którego mi p. Kulisz wciska) – proszę sobie obejrzeć poprzednią notkę.

Kulisz wypisuje peany na temat owej instytucji, oraz otrzymujemy „certyfikat rejestracji„. Hm. Jak widać, nie jest to certyfikat rejestracji, tylko zaświadczenie o zwolnieniu z certyfikacji. Otóż w stanie Arkansas szkoły wyższe muszą być certyfikowane przez Arkansas Higher Education Coordinating Board. Pana-Kuliszowa alma mater została z tego obowiązku zwolniona, albowiem, jak głosi zaświadczenie, oferuje kursy naturopatyczne i medycyny alternatywnej, których na prawdziwych uniwersytetach nie uświadczysz. Innymi słowy: róbcie co chcecie, bo żadna z was szkoła wyższa.

Próbowałem też dowiedzieć się czegoś więcej o tak wspaniałej uczelni. Znajduje się ona w mieście Waldron w stanie Arkansas. Miasto („city”) brzmi dumnie, ale liczba mieszkańców (3618 osób) świadczy, że to raczej miasteczko, czy może większa wioska. Miasteczko prawicowe, oraz biedne i niedouczone nawet na tle stanu Arkansas, który pod tymi względami zajmuje bodajże 48 i 49 miejsce na 50 stanów USA. Ciekawostka: Waldron ma 10 zarejestrowanych przestępców seksualnych. (Dla porównania, okolica w której mieszkam ma ich sześciu na 31 tysięcy mieszkańców).

Adres uczelni to 264 Elm St. Google trochę się w Waldron gubi, ale zgodnie z amerykańskimi obyczajami adres ten powinnien się znajdować na odcinku Elm Street między ulicą Drugą a Trzecią (której tam nie ma, więc Czwartą). Z pomocą Google Street View postarałem się na owym odcinku wypatrzeć campus. Znalazłem trzy domki (w tym jeden z oknami zabitymi dechami oraz jeden, który mógł być tylko szopą za krzakami) i sporą malowniczą ruinę. Oraz niewielki parterowy budyneczek z nieczytelnym niestety szyldem, dużą anteną satelitarną, starannie ogrodzonym podwórzem i grupą nerwowo wyglądających policjantów. Ciekawe czy to jest owa słynna uczelnia.

Nawiasem mówiąc, wg. internetsów pod tym samym adresem co uczelnia znajdują się Ouachita Regional Clinic Of Natural Health oraz Church of Natural Healing. Dużo się dzieje w Waldron. Niestety, lokalne źródła milczą zarówno o uczelni, jak i o pozostałych przedsięwzięciach na ulicy Wiązów. Musi spisek.

Wracając do pana Kulisza, chyba musi się bardziej postarać, by kogokolwiek o minimum zdrowego krytycyzmu przekonać, że dyplomy Arkansas College of Natural Health (podobnie jak Knightsbridge) posiadają jakąkolwiek wartość.

Jak jednak pisałem, uczelnia uczelnią, naukowca poznajemy po publikacjach. Których rzekomo nie byłem stanie znaleźć w internecie, bo były sprzed 2000 roku, i byłem zbyt leniwy by „przyjść do wydawców”.

Zacznijmy od tego, że liczba mnoga jest nie na miejscu.  Jak pisałem poprzednio, na liście „publikacji” Kulisza tylko jedna pozycja wygląda na publikację naukową – na artykuł opublikowany w renomowanym recenzowanym czasopismie naukowym. Wprawdzie o urządzeniu do wspomagania trzymania moczu, co ma raczej słaby związek ze szczepionkami, o których Kulisz tak chętnie (i błędnie) się wypowiada. I jedna publikacja wygląda bardziej na dorobek wczesnego doktoranta, a nie naukowca w wieku Kulisza.

Ale rzecz w tym, że nawet ta jedyna publikacja nie istnieje.  Nie dlatego, że nie umiałem jej znaleźć – dzięki bazom danych takim jak PubMed, artykuły z dziedziny biomedycyny znaleźć jest bardzo łatwo.

Nie dlatego, że pochodzi sprzed 2000 roku, publikacje starsze niż 12 lat znaleźć równie łatwo. I to w internecie – tak, tak, panie Kulisz. W internecie są całkiem stare publikacje, na przykład taka.

Nie dlatego, że nie „poszedłem do wydawców” – bo poszedłem: sprawdziłem czasopismo, w którym Kulisz – według Kulisza – publikował. Nie ma!

Kulisz powołuje się na swoje patenty – zignorowałem je świadomie bo: a. naukowca ocenia się przede wszystkim po recenzowanych artykułach, nie po patentach; b. opatentować można praktycznie wszystko czego jeszcze nie opatentowano, niezależnie od tego, czy ma to sens, czy działa, i czy jest innowacyjne. Dodajmy, że amerykańskie patenty Kulisza (13 patentów, tu 12, tu trzynasty) dotyczą albo pompy infuzyjnej, albo (znów!) urządzenia do wspomagania trzymania moczu. Panie Kulisz, w jaki więc sposób mają owe patenty świadczyć o kompetencji w dziedzinie wakcynologii czy neurologii?

Kulisz pisze o swoich badaniach nad „matematycznym modelowaniem organów i procesów życiowych” – sorry panie Kulisz, jeśli ich nie opublikowałeś w recenzowanych czasopismach, to tak jakby ich wcale nie było.

To by było na tyle jeśli chodzi o kwalifikacje Kulisza.  Opowieści, że widzi korelacje których nie widzą wykwalifikowani epidemiolodzy całego świata, bo nie jest lekarzem (czytaj, bo się nie zna) można między bajki włożyć.

Kulisz nie poprzestał na powyższej tyradzie, oto kolejna.

Nie będę dziś systematycznie obnażał wszystkich kłamstw i idiotyzmów wypisanych powyżej przez Kulisza, inni zrobili to nie raz. Ale paru nie daruję.

Proszczepionkowe lobby składające się z osób i organizacji, które nigdy nie doświadczyły tragedii efektów poszczepiennych

Otóż to. Jesteśmy za szczepionkami (jakie tam ze mnie wprawdzie lobby), szczepimy się regularnie, i nie doświadczyliśmy tragedii efektów poszczepiennych. Bo niepożądane efekty poszczepienne są bardzo rzadkie, a niemal nigdy nie są tragiczne. QED.

W przypadku grypy tylko 10% zaszczepionych ma efekt ochronny (CDC)

Jakie wredne kłamstwo. I jak łatwo je obnażyć. CDC pisze: „Na przykład badanie przeprowadzone przez Bridges i współpracowników (2000) wśród zdrowych dorosłych wykazało, że inaktywowana szczepionka przeciw grypie była efektywna w 86% przeciw grypie potwierdzonej laboratoryjnie, ale tylko w 10% przeciwko wszystkim chorobom układu oddechowego w tej samej populacji i sezonie grypowym.” Innymi słowy, szczepionka skutecznie chroni przed grypą, tyle, że nie przed innymi chorobami.

składniki neurotoksyczne, rakotwórcze, niszczące płodność, powodujące chroniczne stany zapalne, astmę, alergie, i generalnie niszczące zdrowie.

Pomińmy nawet, że zaprzeczają temu specjaliści, ludzie, którzy się na medycynie naprawdę znają, a nie naturopaci po szkole morskiej, lotniczej, i szemranej szkółce naturopatycznej. Ale czy taki wybitny umysł jak Kulisz nie zauważył, że generalnie mimo wielokrotnych szczepień ludzie w cywilizowanych krajach zazwyczaj cieszą się dobrym zdrowiem…

życzymy Państwu z naszej strony aby Polska się stała na tyle oświecona aby decyzja szczepić czy nie szczepić należała do rodziców i pacjentów a nie do biurokratów, lobbystów i salesmenów farmaceutycznych

Natomiast ja z mojej strony życzę wszystkim, by decyzje o swoim zdrowiu podejmowali na podstawie informacji pochodzących od specjalistów, od lekarzy i naukowców, a nie od konstruktora wkładek do pęcherza moczowego.

P.S. Nie mogę się powstrzymać, muszę się pochwalić:

Astromaria przeprasza za mnie, za fanatyka od doktora Mengele, który ukrzyżował Jezusa polskich antyszczepionkowców!

Andre Kulisz

W dyskusjach o szczepionkach na Fejsie i nie tylko bierze czasem udział niejaki Andre Kulisz. Pisze na przykład tak (wytłuszczenia moje):

Jestemn amerykanskim lekarzem naturopatycznym leczacym (rowniez polskie) dzieci ze skutkow szczepien. Szkoda ze nikt ze mna nie rozmawial zeby sie dowiedziec jak tragiczne sa dzialania uboczne szczepien. Prof. Majewska jest uznanym swiatowym expertem. Fakt ze nie jest popularna w Polsce nie umniejsza jej experyzy. To tylko umniejsza zyski firm farmaceutycznych i honoraria konsultacyjne (lapowki) polskich luminarzy medycznych. Szczepienia to procedury medyczne wykonywane na zdrowych ludziach (patrz: Dr. Josef Mengele). A co do zaniku chorob i szczepien: WSZYSTKIE choroby byly w stanie zaniku zanim wprowzdzono szczepienia. Dobrze jest czytac opinie ktore nie sa popularne. To moze ocalic zycie.

Warto przyjrzeć się tej fascynującej postaci. Zacznijmy może od wykształcenia.

Kulisz przedstawia historię swego życia na własnej stronie internetowej. Dowiadujemy się tam, jak wartościowe dla lekarza zdobył wykształcenie. Legitymuje się dyplomami Twierdzi, że ukończył trzy uczelnie: Akademię Morską w Polsce, Instytut Lotniczy w Rosji oraz Knightsbridge University. Pierwsze dwie uczelnie to zacne instytucje, a że niezupełnie medyczne, to przecież drobiazg. O trzeciej wprawdzie nie słyszałem, ale nazywa się dostojnie, więc nie może być byle czym, prawda? Więc sprawdźmy tylko dla porządku… zaraz, zaraz, wyguglać strony uniwersytetu się nie daje, a artykuł wikipedii można streścić następująco: zdalna szkoła nie posiadająca żadnych akredytacji, niby znajdująca się w Danii, ale raczej przeniesiona z Liberii do Antiguy i Barbudy. Poważne instytucje oświatowe nie uznają stopni i tytułów przyznanych przez KU. Polskie wyższe szkoły gotowanie na gazie to wzorce solidnej edukacji w porównaniu z tą „uczelnią”. Jakoś Kuliszowy „doktorat z zastosowań fizyki w medycynie” przestaje imponować…

Dodajmy jeszcze, że Kulisz otrzymał podobno uprawnienia naturopaty (co samo w sobie nie budzi zaufania) od Southern College of Naturopathic Medicine, instytucji, która dawała takie uprawnienia po dwutygodniowych „studiach” i dostała za to po łapkach.

Ale nie bądźmy małostkowi, wszak wielki umysł zakwitnie i wyda bujne owoce nawet na jałowej glebie KU czy naturopatów podejrzanego chowu. Po owocach przeto Kulisza poznajmy, znaczy po jego publikacjach. Specjalista od szczepień, autyzmu, GMO, cholesterolu, cukrzycy, zespołu chronicznego zmęczenia, choroby Alzheimera, stresu, chorób serca, osteoporozy, choroby Crohna oraz nietrzymania moczu legitymuje się wstrząsającą listą DWUNASTU „publikacji”. Nie, nie dwunastu. Do owych „publikacji” zaliczył sobie serie wykładów, doniesienia zjazdowe, programy telewizyjne. Na recenzowane publikacje medyczne wygląda półtorej, pół w Urologii Polskiej (wszyscy wiemy jak wygląda recenzowanie w co poniektórych polskich czasopismach), oraz jedna w The Journal of Urology, obie o urządzeniu do kontroli trzymania moczu (coś z tym nietrzymaniem jest na rzeczy, ha!).

Ojej, tej publikacji w Urologii Polskiej jakoś nie można znaleźć w spisie treści z 1995 roku, ani Kulisza na liście autorów. Podane przez Kulisza cytowanie mówi, że „publikacja” była w suplemencie, czyli to najpewniej doniesienie zjazdowe. Więc nie półtorej, tylko jedna, w The Journal of Urology: „The Autocath 100 Intraurethral Bladder Control Device: The Two Year Experience” A. Kulisz et al., The Journal of Urology, 157(4):264, 1997.

Momencik, przyjrzyjmy dokładniej. Istnieje numer 157 The Journal of Urology z 1997 roku. Ale numer 157(4) nie zawiera strony 264, składa się ze stron 1195 do 1594. Och, na pewno niewinna pomyłka, strona 264 jest przecież w numerze 157(1)! Hm, tylko że na stronie 264 nie ma artykułu Kulisza o urządzeniu do kontroli trzymania moczu, wypada ona w środku artykułu pewnych Japończyków o endoskopowym zszywaczu używanym przy chirurgicznym usuwaniu pęcherza. Hm, na pewno niewinna pomyłka, prawda? Cóż, wyszukiwarka The Journal of Urology zwraca zero wyników przy zapytaniu o nazwisko autora „Kulisz”, podobnie jak przy zapytaniu o nazwę urządzenia „Autocath” w tytule artykułu. No i dodajmy, że również PubMed nie znajduje tego artykułu, ani po nazwisku, ani po urządzeniu. Znaczy nie półtorej, nie jedna, nie pół, tylko piękne okrąglutkie zero.

Andre Kulisz jest, jakże by inaczej, wykładowcą na uniwersytecie YouTube. W filmikach pojawia się nazwa instytucji, z którą najwyraźniej Kulisz jest związany: European Natural Health Center. Strona owej instytucji i własna strona Kulisza wykazują zadziwiające podobieństwo stylu (cokolwiek przaśnego zresztą). Nie dziwota, albowiem jedyni „doktorzy” wymienieni na stronie owego „europejskiego” centrum (o adresach w Oklahomie i Teksasie) to sam Kulisz oraz Tommie Dahlmann, czyli żona Kulisza. Obie strony reklamują naturopatyczne pseudomedyczne usługi.

Chciałbym zwrócić uwagę na pewne cytaty pochodzące z obu tych stron. Wytłuszczenia moje, na czerwono tłumaczenie na prosty język:

Natural health recovery requires time, effort and material means.[…] Persons not believing in natural health recovery, and/or unable to commit time, patience, and material means are not able to benefit from natural methods. Przygotuj  się na wybulenie sporej kasy, a i tak nic nie zadziała, co zwalimy na twoją niecierpliwość, lenistwo lub niewiarę.

Commitment is the most important element of health improvement.  With some exceptions, missed appointment generally indicates lack of commitment. Ani się waż opuścić wizyty (i płatności)!

If client/patient does not speak English, a medical  translator/interpreter will be provided if available ($180.00/hr). Zedrzemy z ciebie ile się da (vide). Oraz jesteś klientem, nie pacjentem, bo…

Dr. Kulisz is in private pracice as a consultant to clients wishing to evaluate and improve their health. …bo nie jestem lekarzem.

Q: Do you practice medicine? A: We do not practice medicine and we do not use drugs in our practice.  We practice health. Nie jestem lekarzem, więc nie ma na mnie bata jak ci nie pomogę lub zaszkodzę.

We believe […] In the  miracle of life; we do not treat or cure, we provide the body with what we believe it needs naturally. Jak wyżej.

(z deklaracji pacjenta klienta) I acknowledge and understand that Andre A. Kulisz, PhD, ND(US), DNM(EU), ACN, is not a medical doctor (MD) in the territories governed by the US laws. He is a Doctor of Science (PhD) in application of science in medicine and a Naturopath (Naturopathic Doctor) registered by the Oklahoma Board of Naturopathic Examiners for Practice Standards. He is accredited to practice in the European Union as a physician specialised in natural medicine. He is also Applied Clinical Nutritionist. Tommie R. Dahlmann, ND(US), DNM(EU), CEDS, is not a medical doctor (MD) in the territories governed by the US laws. She is a Naturopath (Naturopathic Doctor) and accredited to practice in the European Union as a physician specialized in natural medicine. Ani ja, ani moja żona nie jesteśmy lekarzami.

All accounts must be settled at the time of service. Cash, check, Visa, MasterCard, Discover. Nie miej złudzeń, wybulisz, bo…

This website, the information contained herein and/or nutritional products/formulations represented are not drugs as defined by the US Government and as such are not intended to diagnose, treat, cure, mitigate or prevent any disease. …nie zajmujemy się leczeniem i…

Usually insurance does not pay for our services. …za naszą pseudomedycynę ubezpieczyciel nie zapłaci, bo płaci tylko za to, co działa.

Osobom, które planują korzystać z rad (lub, uchowaj FSM, „praktyki”) pana Kulisza, osobom, które wierzą w to, co opowiada o rzekomej szkodliwości szczepionek, o leczeniu, o czymkolwiek związanym z medycyną, zalecam: weźcie koło i puknijcie się w czoło przemyślcie to raz jeszcze. Zastanówcie się, czy porady medyczne pochodzące od nie-lekarza, człowieka o praktycznie zerowym dorobku naukowym, absolwenta szkoły morskiej, instytutu lotnictwa i oszukańczej pseudouczelni, mają jakąkolwiek wartość.

Na zakończenie kilka niezupełnie medycznych, a bardziej ideologicznych kresek uzupełniająych portet Kulisza. Otóż jest to najwyraźniej – cóż za niespodzianka! – prawak.

Że się w swej pseudomedycznej działalności odwołuje to wiadomojakich wartości (We are privately owned Christian practice. We practice health according to Ezekiel 47:12 — ...and the fruit thereof shall be for meat, and the leaf thereof for medicine), to drobiazg. Jest też bardzo przywoity (zalecenia dla pacjenta: Dress comfortably but conservatively). No i nie stroni od prawicowej działalności politycznej, ma parę ostrych (i, jak to prawacy, przeważnie nieprawdziwych) prawackich uwag do Obamy i w ogóle do Ameryki, która olaboga zeszła na psy i stała się gierkowską Polską. Polityczna poprawność, za dużo podatków i przepisów, wzrost długu (że zrobił go Bush to pryszcz, nie), paskudni nielegalni imigranci, i wogle socjalizm.

Część druga.

Discovery przyleciał

Wahadłowiec Discovery przyleciał dziś do nas. Zostanie eksponatem w znajdującym się niedaleko Waszyngtonu (nie w Waszyngtonie, proszę gazeta.pl ;-) ) Steven F. Udvar-Hazy Center, oddziale National Air and Space Museum. Przed lądowaniem na lotnisku Dulles zrobił parę kółek nad miastem, ku uciesze niezbyt licznie zebranej gawiedzi. Nawet latał nad centrum Waszyngtonu, znaczy wpuścili go do strefy zakazanej P-56. Leciał oczywiście nie sam, tylko na grzbiecie Shuttle Carrier Aircraft, przerobionego Boeinga 747 i towarzystwie T-38.

Się wybraliśmy na Hains Point popatrzeć, i oto plon (znaczy, jakieś 5% plonu ;-).

Leciał z Florydy, więc wszyscy patrzyli na południe  – a tu niespodzianka, przyleciał z północnego zachodu. Jako pierwsza wypatrzyła go sokolooka Sporothrix.

 

Pokazał lewy boczek

 

 

Po czym odleciał

 

 

Wszystkim się zdawało, że to by było na tyle, ale nie, pokazał się znowu, tym razem pod słońce

 

Obleciał miasto, w tym pokiereszowaną przez niedawne trzęsienie ziemi National Cathedral

 

Znów nadleciał od strony Pentagonu i pomnika lotnika (wojskowego)

 

Pokazał prawy boczek

 

 

I odleciał już na dobre

 

 

A na lotnisku Reagan National zaczęli rozładowywać zator – bo w czasie przelotu Discovery loty były wstrzymane.

 

Odlot Discovery z Florydy możecie obejrzeć tutaj (tak, na Florydzie mają ładniejszą pogodę, lepsze aparaty fotograficzne, i więcej szczęścia ;-) )

Problem piany rozwiązany

Ten problem.

Proszę państwa, nie ma co się wygłupiać z ręcznymi spieniaczkami. To rzadziej działa niż nie działa.

Ale, hosanna, nie trzeba też kupować wielkiej maszyny do mielenia, parzenia i siusiania parą w mleko. Maszyny, której nie chcę, bo po co mi taki wielki grat – tym bardziej, że część mieląco-parząca leżałaby bezpłodnym odłogiem, jako że w domu pija się kawę z Frencz presa (jak to będzie po niepolonijnemu? przecież nie prasa francuska, Le Monde czy co?).

Wystarczy kupić grata małego, gratka raczej, tak mało miejsca zajmuje. Nie, nie, raczej gratkę (#thedayofbadpuns), bo działa świetnie.

Gratka składa się podstawy, dzbanuszka i mieszadełka. Mieszadełko wtykamy w dno dzbanuszka, dzbanuszek wtykamy w podstawę, podstawę wtykamy do prądu.

Wygląda to tak:

Następnie nalewamy trochę mleka. Nie za dużo, nie należy przekraczać kreseczki MAX F:

Przykrywamy gustowną pokrywką, wciskamy guzik, zapala się niebieskie światełko, a w dzbanuszku powstaje vortex:

Po paru minutach denerwowania dwoma rodzajami energii, mechaniczno-vortexową oraz cieplną (podstawka grzeje!), biedne chude* mleko najzwyczajniej się wpienia, a nawet puchnie. I już wiemy, czemu należało przestrzegać kreseczki MAX F:

A w miejscu przeznaczenia pianka wygląda tak:

Są jeszcze dodatkowe punty za fajność: mieszadełko jest napędzane znajdującym się w podstawce silniczkiem w sposób magiczno-magnetyczno-bezdotykowy. Jakby się w kuchni miało pociąg Maglev!!! No dobra, przesadziłem, może nie pociąg, ale przynajmniej laboratoryjne mieszadełko magnetyczne ;-).

* tak tylko napisałem dla podkręcenia nastroju, mleko było tłuste. Źródła podają, że im chudsze mleko tym lepiej się ubija, ale ja nie potwierdzam.

Co dalej?

SOPA i PIPA umarły, przynajmniej na razie. Walka z ACTA trwa, hakerzy wymachują siusiakami, portale zarabiają kliki ekscytując publikę samoodświeżającymi się listami padłych stron rządowych. Pewnie i ACTA zdechnie.

Ale co dalej? SOPA, PIPA, ACTA dawały rządom narzędzia pozwalające dość uznaniowo blokować rzekomo kradnące własność intelektualną kawałki internetu, co w praktyce pozwoliłoby pod dowolnie wybranym pozorem cenzurować internetową wolność wypowiedzi. W sporze właściciel praw autorskich vs. rzekomy ich naruszyciel ułatwiały życie pierwszym, a utrudniały drugim. Więc protestom trudno odmówić przynajmniej pewnej słuszności.

Z drugiej strony narzędzia owe miały (przynajmniej w PRowej teorii) służyć ochronie praw intelektualnych. Nawet jeśli wierzyć, że za protestami stało przede wszystkim szlachetne wolnościowe oburzenie, a nie „jejku, nie będzie torrentów/gigadownloadów, będę musiał zapłacić za (lub poczekać na) kolejny odcinek serialu, nową piosenkę, film, siódme nagranie trzeciego koncertu Rachmaninowa”, to w tej kąpieli jest dziecko. Słusznie ktoś powiedział, a ja nawet przekleiłem na FB „It’s not the job of the government to protect the profit margins of media companies as their businesses change and evolve”. Aleczy nie  jest zadaniem rządu chronienie praw twórców? A zmieniajaca się i ewoluująca rzeczywistość technologiczna uderza nie tylko w zyski Big Mediarmy, ale i samych twórców.

OK, chyba uderza, bo z tego co czytałem, trudno jest ocenić, na ile straty są rzeczywiste, a na ile wyimaginowane. W końcu mimo piractwa wytwórnie płytowe i filmowe jakoś nie padają jak muchy, prawda? Są tacy, którzy twierdzą, że piractwo jest na rękę twórcom (i BM), bo reklamuje ich wytwory, a odbiorcy, którym się „reklama” spodobała, w końcu i tak (z sympatii do twórców? poczucia przyzwoitości?) zapłacą. Ale są i takie głosy (część @zza kałuży zwłaszcza).

Jeśli nawet piractwo obecnie nie urywa zbyt wiele zysku twórcom/BM, czy tak zostanie? Które z czynników powodujących, że ludzie ciągle kupują filmy, muzykę, godzą się na oglądanie przerywanych reklamami seriali w TV zamiast zajumać je z netu, są trwałe, a które rozwój technologii usunie?

Śmiem twierdzić, że usunie wiele. Bo ludzie oglądają serial w TV, nie na komputerze, z przyzwyczajenia – bo seriale zawsze oglądało się w TV. Bo dla wielu włożenie płyty do domowego czy samochodowego odtwarzacza jest wciąż naturalniejsze niż obsługa plejlist. Bo ściągnięcie nielegalnego odcinka wymaga czasem trochę tajemniczej wiedzy, posługiwania się dziwnymi słowami w rodzaju torrent, chodzenia po podejrzanie wyglądających stronach internetowych. Jednak z czasem, postępem i osiągnięciami będzie się to zmieniać. Będzie się rozpowszechniać odzwyczajenie od TV i przyzwyczajenie do komputera (lub ich wystarczająca integracja), plejlisty już są coraz łatwiejsze do obsługi i same się przenoszą miedzy urządzeniami, a ściąganie nielegali coraz częściej sprowadza się do jednego klika na jakimś forum. Szybsze łącza tylko pomagają. Co zostanie? Sankcje, DRM i przyzwoitość.

Czy można liczyć na czystą przyzwoitość? Chciałbym wierzyć że tak, ale pamiętam skąd się w Polsce brało gry komputerowe w latach 80-ych. Pamiętam warszawski DIGITAL z Alej Jerozolimskich, gdzie za drobną opłatą można było otrzymać na kasecie kopię dowolnie wybranej płyty CD z zasobów sklepu. Sądzę, że zawsze znajdzie się racjonalizacja – oryginał jest za drogi, muszę spróbować zanim kupię (a potem „zapomnę” kupić), większość zysku biorą firmy, nie twórcy, więc w zasadzie nie okradam twórców tylko chciwe firmy…

DRM? Ma paskudną opinię, nigdy chyba nie powstał model który nie byłby w jakiś sposób uciążliwy dla legalnego użytkownika. I, ponieważ między urządzeniem a człowiekiem musi się pojawić odkodowany sygnał analogowy (dopóki nie zaczniemy słuchać/oglądać implantami domózgowymi), można obejść każdy DRM.

Czy więc zostają tylko sankcje? Jeśli tak, to jak stworzyć narzędzia jednocześnie skuteczne i wybiórcze, takie które uderzą w piractwo jednocześnie oszczędzając wolność słowa – skoro technologicznie nie ma różnicy między serwerem na którym leży ukradzione video Lady Gagi a tym, na którym leży polityczny manifest zmieniający losy świata? A w ogóle jest to ten sam serwer, a nawet manifest jest na tym samym video, odczytany między zwrotką a refrenem? Wybiórczość sankcji wymaga wnikliwych badań, a to – w skali internetu – byłoby zaporowo kosztowne.

Zauważmy na stronie, że wprawdzie, jak pisałem wyżej, SOPA etc. „w sporze właściciel praw autorskich vs. rzekomy ich naruszyciel ułatwiały życie pierwszym, a utrudniały drugim” – jednak technologia – dostępność kopiowania i masowego rozpowszechniania – od dłuższego czasu ułatwia życie drugim, a utrudnia pierwszym.

A może w ogóle machnąć ręką, koniec z ochroną praw twórców? Skoro już te darmozjady nie chcą się wziąć za coś produktywnego, za solidną robotę przy tokarce (albo w banku ;-) ), niech robią na tyle dobrą kóltórę, by ludzie płacili im z własnej ochoty, bez żadnego przymusu. Mają natchnienie do szarpania drutów czy pstrykania w klawiaturę, nie mają natchnienia do przykręcania śrubek – ich problem.

W końcu już teraz prawa intelektualne są mniej warte od praw własności. Gdy ktoś zbuduje sobie dom, założy firmę, nie nacjonalizuje się ich 70 lat po śmierci ktosia.

Więc, co dalej?

%d bloggers like this: