Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Tag Archives: Waszyngton i okolice

Discovery przyleciał

Wahadłowiec Discovery przyleciał dziś do nas. Zostanie eksponatem w znajdującym się niedaleko Waszyngtonu (nie w Waszyngtonie, proszę gazeta.pl ;-) ) Steven F. Udvar-Hazy Center, oddziale National Air and Space Museum. Przed lądowaniem na lotnisku Dulles zrobił parę kółek nad miastem, ku uciesze niezbyt licznie zebranej gawiedzi. Nawet latał nad centrum Waszyngtonu, znaczy wpuścili go do strefy zakazanej P-56. Leciał oczywiście nie sam, tylko na grzbiecie Shuttle Carrier Aircraft, przerobionego Boeinga 747 i towarzystwie T-38.

Się wybraliśmy na Hains Point popatrzeć, i oto plon (znaczy, jakieś 5% plonu ;-).

Leciał z Florydy, więc wszyscy patrzyli na południe  – a tu niespodzianka, przyleciał z północnego zachodu. Jako pierwsza wypatrzyła go sokolooka Sporothrix.

 

Pokazał lewy boczek

 

 

Po czym odleciał

 

 

Wszystkim się zdawało, że to by było na tyle, ale nie, pokazał się znowu, tym razem pod słońce

 

Obleciał miasto, w tym pokiereszowaną przez niedawne trzęsienie ziemi National Cathedral

 

Znów nadleciał od strony Pentagonu i pomnika lotnika (wojskowego)

 

Pokazał prawy boczek

 

 

I odleciał już na dobre

 

 

A na lotnisku Reagan National zaczęli rozładowywać zator – bo w czasie przelotu Discovery loty były wstrzymane.

 

Odlot Discovery z Florydy możecie obejrzeć tutaj (tak, na Florydzie mają ładniejszą pogodę, lepsze aparaty fotograficzne, i więcej szczęścia ;-) )

Wojskowe myślenie, a raczej jego BRAC

Amerykańskie wojsko stara się ogólnie rzec biorąc nadążać, i elastycznie dopasowywać się do nowych wyzwań, zadań i przekonań. Częścią owego nadążania jest proces BRAC (Base Realignment and Closure), czyli przerzucania baz i personelu z miejsca na miejsce. Proces ten jest planowany niezwykle starannie, i bardzo wnikliwie poszukuje się optymalnych rozwiązań.

Na przykład niedaleko mnie jest baza wojskowa Fort Belvoir. Wiem o tym dobrze, bo kiedyś na szosie przebiegającej przez jej teren dostałem od wojakopolicjanta mandat za przekroczenie dozwolonej prędkości. W Fort Belvoir w tej chwili zatrudnionych jest 22 tysiące osób. BRAC dołoży 14 tysięcy. Część z nich zapewne będzie mieszkać na terenie fortu (który jest, jak wiele „fortów”, po prostu miasteczkiem), a część nie. Ci co nie, będą dojeżdżać do pracy. Którędy? Zatłoczoną szosą US 1, zatłoczoną autostradą I-95, albo praktycznie niestniejącą tam komunikacją publiczną. Bo o przedłużeniu zawczasu niebieskiej linii metra do fortu mówiło się, i na mówieniu się skończyło.

Ale Fort Belvoir to nie wszystko.  Parę tysięcy pracowników wojska ma być przerzuconych z rozmaitych budynków głównie w okolicy Pentagonu i Crystal City (trzy stacje metra pod nosem) nie do fortu. Dokąd? Wojsko niesłychanie starannie rozpatrzyło trzy lokalizacje.

1. Obszar obecnych magazynów General Services Administration w Springfield. Rzut beretem do stacji metra i kolejki podmiejskiej. Jakby zrobili nową dróżkę byłoby 5 minut marszu, obecnymi dookoła góra 15 minut. W razie czego autostrady I-95, I-495 i I-395 też bliziutko.

2. Victory Center w Alexandrii. Rzut beretem do stacji metra, 10 minut marszu. W razie czego I-95/495 tuż obok.

3. Mark Center w innym miejscu Alexandrii. Do najbliższej stacji metra, jakby kto chciał piechotą, też dziesięć minut marszu… a nie, ciut żem się omylił. Godzina dziesięć. Sześć kilometrów! Wiecznie zatłoczona  I-395 pod nosem… jako praktycznie jedyna opcja.

Zgadnijcie, którą z lokalizacji wybrało po głębokim namyśle wojsko?

Osoby, które odpowiedziały 1 lub 2 zasługują na karne wysłanie na rok do woja, by lepiej pojęły, jak myśli ta organizacja. Bo nowy wojskowy biurowiec na 6400 pracowników już w Mark Center stoi. Jak widać poniżej, stoi razem z codziennym korkiem na I-395, zdjęcia oczywiście jeszcze przed zaludnieniem budynku, więc korek przynajmniej pełznie. (sorry za jakość ale obiektyw nie ma wycieraczek)

 

(A tak Mark Center wyglądało jako życie poczęte)

Ale zaraz, może nic do śmiacia, wojsko przecież myśli strategicznie, nie zapomina o krytycznych względach bezpieczeństwa! Wszak po skasowaniu przez niejakiego McVeigha budynku federalnego w Oklahoma City za pomocą ciężarówki z nawozami sztucznymi i innymi pomysłowo zastosowanymi substancjami, oraz po wyczynach domorosłych pilotów we wrześniu 2011 roku, wojsko pilnuje by terrorystom nie stwarzać okazji. Ot, na przykład droga stanowa nr 110 w Wirginii zwykła przebiegać niemal pod oknami Pentagonu. A gdyby tam ktoś zaparkował nawozy sztuczne? Drogę więc od Pentagonu odsunięto:

Nie może więc być wątpliwości! Wojsko dlatego tylko naraziło swoich pracowników i okolicznych mieszkańców na jeszcze większe korki na I-395 w okolicach Mark Center by im (tym pierwszym naturalnie, kto by myślał o drugich) zapewnić bezpieczeństwo, tylko tam można było ich łatwo uchronić przed oklahomskim horrorem.

Osoby, które zgodziły się z powyższym akapitem zasługują na karne wysłanie na kolejny rok do woja, by lepiej pojęły, jak myśli ta organizacja. Bo okazuje się, że nowy McVeigh nie miałby specjalnych problemów ze skasowaniem Mark Center. Przebadanie możliwych skutków zastosowania bomb o rozmiarach dotychczas używanych przez bad guys doprowadziło do następujących budujących wniosków:

Several of the studies show the Mark Center would essentially be wiped out. Some scenarios show almost the entire 6,400-worker facility bathed in red, indicating areas with: „Many serious injuries and many fatalities in outer offices. Wall and window debris in these areas will be thrown toward interiors and will cause moderate to severe injuries with potential fatalities in inner offices.”

Cóż, zawsze można spróbować przesunąć biegnącą niemal u stóp budynku I-395 i kilka sąsiednich ulic…

Polifem

Z cyklu „wizyty wirginijskiej entomofauny” – Antheraea polyphemus, z pawicowatych. Dziewczynka.
 
 
Usiadła sobie na ścianie.

 
 
Miły pyszczek, czyż nie?

 
 
„Oczy” na skrzydłach jak ze złotej folii.

 
 
Malutka była, widać rękę misek.

 
 
Naprawdę tycia.

 
 
Poprzednie odcinki cyklu: mrówkolew? (w każdym razie jakaś sieciarka), księżycówka, ważka.

Fix It Again, Tony

powraca do USA.

Karmnik dla ssaków

Niedaleko mojego domu jakiś poczciwy człowiek zamontował karmniki. Dla ptasząt zapewne.

Czasem nawet ptaszęta przylecą i coś tam sobie dziubną.

Dużo jednak  nie nadzióbią, bo karmnik wzięły w posiadanie ssaki, i bezceremonialnie wyżerają ziarno.

Trudno uniknąć upuszczenia ziaren na ziemię. W czym problem jednak, ssaki pożrą i to, co na ziemię spadło.

Skrzykną znajomych.

Ptaki przypatrują się z boku, czasem skubną jakieś ostatki.

Lecz próżne ich nadzieje na obfite resztki, bo do uczty dołączają znajomi o większej przepustowości.

 I wszystkie ssaki wsuwają ptasią paszę w pełnej komitywie.

Neocortex, FTW!

Wygibasy wokół homo(?)cycków

Na wystawę Gauguin: Maker of Myth waszyngtońska National Gallery of Art wypożyczyła od nowojorskiego Metropolitan Museum of Art Dwie Tahitanki Gauguina. Wypożyczyła i powiesiła.

Pierwszego kwietnia do National Gallery przybyła Susan Burns. Przybyła, zobaczyła, i postanowiła zwyciężyć. Najpierw próbowała ściągnąć obraz ze ściany, a gdy ten stawił opór, zaatakowała go pięściami. Też bezskutecznie, bo był za pleksiszybką. Chwilę później została obezwładniona przez strażnika. Motyw? Zacytujmy panią Burns: This is evil oraz I feel that Gauguin is evil. He has nudity, and it is bad for the children. He had two women in the painting, and it’s very homosexual. Może bardziej chodziło o to homosexual, bo jak zauważyła Petula Dvorak z Washington Post, golizny nie brak zarówno w National Gallery (choćby tu, tu, tu i tu), jak i w innych, uczęszczanych przez szkolne wycieczki miejscach Waszyngtonu. Ot, chociażby fontanna Dwór Neptuna przed Biblioteką Kongresu, trzech panów full frontal plus dwa razy Szał Podkowińskiego.

Ale, proszę Państwa, ten wyczyn jednej osoby, zapewne niezrównoważonej (podobno twierdziła, że jest z CIA i ma radio w głowie), to dopiero początek. Wyczyn stał się newsem, news trzeba pokazać w telewizji, a telewizja w USlandii ma zasady. I jakie wygibasy między cyckami Gauguina a owymi zasadami niektóre telewizje wyczyniały, już nie będę przepisywał, tylko wkleję niżej kluczowe ekranostrzały, i polecę rozkoszny tekst, z którego się o wygibasach dowiedziałem. Zwracam uwagę na fragment o otwarciu Olimpiady 2004, o którym to otwarciu więcej też tu.

%d blogerów lubi to: