Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Category Archives: z kraju i ze świata

Najświętsze wyprzedają!

Skandal!

Dobro narodowe, wrak historycznego polskiego samolotu, uratowanego dzięki włosom Jana Pawła Wielkiego, trafi na obczyznę. Może jeszcze trzeba go było ruskim sprzedać!!!

Swoją drogą, ciekawe kiedy wreszcie będzie raport. Kiedy się dowiemy czy należało w ogóle kontynuować lot po problemach z hydrauliką po starcie. I czy załoga nie powinna była wcisnąć tego bezpiecznika zanim wzięli się za lądowanie na brzuchu narażając siebie i pasażerów, i niszcząc samolot.

Co dalej?

SOPA i PIPA umarły, przynajmniej na razie. Walka z ACTA trwa, hakerzy wymachują siusiakami, portale zarabiają kliki ekscytując publikę samoodświeżającymi się listami padłych stron rządowych. Pewnie i ACTA zdechnie.

Ale co dalej? SOPA, PIPA, ACTA dawały rządom narzędzia pozwalające dość uznaniowo blokować rzekomo kradnące własność intelektualną kawałki internetu, co w praktyce pozwoliłoby pod dowolnie wybranym pozorem cenzurować internetową wolność wypowiedzi. W sporze właściciel praw autorskich vs. rzekomy ich naruszyciel ułatwiały życie pierwszym, a utrudniały drugim. Więc protestom trudno odmówić przynajmniej pewnej słuszności.

Z drugiej strony narzędzia owe miały (przynajmniej w PRowej teorii) służyć ochronie praw intelektualnych. Nawet jeśli wierzyć, że za protestami stało przede wszystkim szlachetne wolnościowe oburzenie, a nie „jejku, nie będzie torrentów/gigadownloadów, będę musiał zapłacić za (lub poczekać na) kolejny odcinek serialu, nową piosenkę, film, siódme nagranie trzeciego koncertu Rachmaninowa”, to w tej kąpieli jest dziecko. Słusznie ktoś powiedział, a ja nawet przekleiłem na FB „It’s not the job of the government to protect the profit margins of media companies as their businesses change and evolve”. Aleczy nie  jest zadaniem rządu chronienie praw twórców? A zmieniajaca się i ewoluująca rzeczywistość technologiczna uderza nie tylko w zyski Big Mediarmy, ale i samych twórców.

OK, chyba uderza, bo z tego co czytałem, trudno jest ocenić, na ile straty są rzeczywiste, a na ile wyimaginowane. W końcu mimo piractwa wytwórnie płytowe i filmowe jakoś nie padają jak muchy, prawda? Są tacy, którzy twierdzą, że piractwo jest na rękę twórcom (i BM), bo reklamuje ich wytwory, a odbiorcy, którym się „reklama” spodobała, w końcu i tak (z sympatii do twórców? poczucia przyzwoitości?) zapłacą. Ale są i takie głosy (część @zza kałuży zwłaszcza).

Jeśli nawet piractwo obecnie nie urywa zbyt wiele zysku twórcom/BM, czy tak zostanie? Które z czynników powodujących, że ludzie ciągle kupują filmy, muzykę, godzą się na oglądanie przerywanych reklamami seriali w TV zamiast zajumać je z netu, są trwałe, a które rozwój technologii usunie?

Śmiem twierdzić, że usunie wiele. Bo ludzie oglądają serial w TV, nie na komputerze, z przyzwyczajenia – bo seriale zawsze oglądało się w TV. Bo dla wielu włożenie płyty do domowego czy samochodowego odtwarzacza jest wciąż naturalniejsze niż obsługa plejlist. Bo ściągnięcie nielegalnego odcinka wymaga czasem trochę tajemniczej wiedzy, posługiwania się dziwnymi słowami w rodzaju torrent, chodzenia po podejrzanie wyglądających stronach internetowych. Jednak z czasem, postępem i osiągnięciami będzie się to zmieniać. Będzie się rozpowszechniać odzwyczajenie od TV i przyzwyczajenie do komputera (lub ich wystarczająca integracja), plejlisty już są coraz łatwiejsze do obsługi i same się przenoszą miedzy urządzeniami, a ściąganie nielegali coraz częściej sprowadza się do jednego klika na jakimś forum. Szybsze łącza tylko pomagają. Co zostanie? Sankcje, DRM i przyzwoitość.

Czy można liczyć na czystą przyzwoitość? Chciałbym wierzyć że tak, ale pamiętam skąd się w Polsce brało gry komputerowe w latach 80-ych. Pamiętam warszawski DIGITAL z Alej Jerozolimskich, gdzie za drobną opłatą można było otrzymać na kasecie kopię dowolnie wybranej płyty CD z zasobów sklepu. Sądzę, że zawsze znajdzie się racjonalizacja – oryginał jest za drogi, muszę spróbować zanim kupię (a potem „zapomnę” kupić), większość zysku biorą firmy, nie twórcy, więc w zasadzie nie okradam twórców tylko chciwe firmy…

DRM? Ma paskudną opinię, nigdy chyba nie powstał model który nie byłby w jakiś sposób uciążliwy dla legalnego użytkownika. I, ponieważ między urządzeniem a człowiekiem musi się pojawić odkodowany sygnał analogowy (dopóki nie zaczniemy słuchać/oglądać implantami domózgowymi), można obejść każdy DRM.

Czy więc zostają tylko sankcje? Jeśli tak, to jak stworzyć narzędzia jednocześnie skuteczne i wybiórcze, takie które uderzą w piractwo jednocześnie oszczędzając wolność słowa – skoro technologicznie nie ma różnicy między serwerem na którym leży ukradzione video Lady Gagi a tym, na którym leży polityczny manifest zmieniający losy świata? A w ogóle jest to ten sam serwer, a nawet manifest jest na tym samym video, odczytany między zwrotką a refrenem? Wybiórczość sankcji wymaga wnikliwych badań, a to – w skali internetu – byłoby zaporowo kosztowne.

Zauważmy na stronie, że wprawdzie, jak pisałem wyżej, SOPA etc. „w sporze właściciel praw autorskich vs. rzekomy ich naruszyciel ułatwiały życie pierwszym, a utrudniały drugim” – jednak technologia – dostępność kopiowania i masowego rozpowszechniania – od dłuższego czasu ułatwia życie drugim, a utrudnia pierwszym.

A może w ogóle machnąć ręką, koniec z ochroną praw twórców? Skoro już te darmozjady nie chcą się wziąć za coś produktywnego, za solidną robotę przy tokarce (albo w banku ;-) ), niech robią na tyle dobrą kóltórę, by ludzie płacili im z własnej ochoty, bez żadnego przymusu. Mają natchnienie do szarpania drutów czy pstrykania w klawiaturę, nie mają natchnienia do przykręcania śrubek – ich problem.

W końcu już teraz prawa intelektualne są mniej warte od praw własności. Gdy ktoś zbuduje sobie dom, założy firmę, nie nacjonalizuje się ich 70 lat po śmierci ktosia.

Więc, co dalej?

Arytmetyka niemieckiej biedy

Bieda w Zagłębiu Ruhry, grzmi Bartosz Wieliński! Wg europejskich kryteriów, niemal co ósmy mieszkaniec żyje tam w biedzie!

Taki szczególnie biedny region Niemiec, bo przecież w 80-mln Niemczech w biedzie żyje (tylko?) 12 mln.

Dla ułatwienia, „co ósmy” to 12,5%. 12 mln z 80 mln to 15%.

O co szło?

Zanim ktoś zarzuci, że nie mam prawa komentować czy oceniać 11-listopadowych rozrób – bo mnie tam nie było, bo siedzę za oceanem i nic przecież z PL nie rozumiem, bo nie mam dostępu do faktów, tylko do spaczonych doniesień medialnych, odpowiadam: bzdura. Istotą zdarzeń w Warszawie nie jest to, kto naprawdę pierwszy napluł na kogo, i jaką narodowo śliną. Istotą jest to, co poszło w świat. To, jaką opinię o kolorowych czy narodowych wyrobi sobie oglądacz czy czytacz z oddali. Co tam się rzeczywiście działo, w zasadzie nie ma znaczenia – bo to nie rzeczywistość trafia do opinii publicznej, i opinię opinii kształtuje, czyni to imydż.

Zresztą rzeczywistość jest po prostu niedostępna. Że w mediach jej nie ma, to oczywiste – porównanie “sprawozdań na żywo” Rzepy i GW było niesłychanie zabawne. Ale i relacje uczestników wydarzeń tak naprawdę nie mają zbyt dużej wartości, bo przecież podlegają rozmaitym cognitive biases. Wiadomo wszak, że oplucie ich przez nas to usprawiedliwiona samoobrona wsparta słusznością ideologiczną, i przecież to tylko niewinne oplucie, nie róbmy wideł. A oplucie nas przez nich to brutalny bezpardonowy atak za pomocą niebezpiecznego narzędzia, atak nie tylko na nas, ale i na najświętsze wartości cywilizacji, potwierdzający ich niższość moralną i wszelką inną.

Wracając więc do imydżu, pozostaje dla mnie zagadką, pokazanie jakiego imydżu było intencją organizatorów blokady, jakie miało być jej przesłanie dla opinii publicznej?  Przemyślałem kilka możliwych wytłumaczeń.

Może wcale nie było przesłania, może nie była to forma dialogu (czy nawet monologu) z kimkolwiek z zewnątrz, może demonstracja była najzwyczajniejszą ekspresją radości z niepodległości, całkiem niezależną od narodowców. Pewne fakty jednak temu przeczą. Demonstracja bez wątpienia była blokadą – ustawioną na konfrontację z marszem narodowców, i nie zmienia tego podobno wcześniejsze jej zgłoszenie. Od początku przecież reklamowano ją jako “blokadę”, a jej usytuowanie, świetnie widoczne tutaj – w miejscu nijakim, zdefiniowanym wyłącznie przez “w poprzek ulicy”, jej ustawienie od ściany do ściany, nieomal w barykadę – nie budzi chyba wątpliwości co do celu. Zresztą, nawet gdyby cel był jedynie wewnętrzny, jakaś myśl o tym, co sobie pomyślą inni, o wynikającym imydżu, powinna być obecna.

Czy była więc demonstracja próbą dialogu z narodowcami, dialogu potencjalnie nawracającego? Nie mogła być, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie rozpoczyna dialogu od zachowania konfrontacyjnego. Nawracanie ogniem i mieczem, siarką i żelazem wyszło raczej z mody, a konfrontacja prędzej zrodzi usztywnienie postaw i eskalację sporu, niż przemyślenie i nawrócenie, Przypomina mi się historyjka z młodości. Liceum zaczynałem za komunistycznego reżimu, i było to liceum o tradycjach anty. To u nas maturę zdawała najbardziej znana (po żoliborskim księdzu, oczywiście) ofiara śmiertelna reżimu w latach 80-ych. Dla zrównoważenia licealnych tradycji, za moich czasów ster szkoły dzierżyła pani o poglądach twardych i jak najbardziej zgodnych z władzą. Gdy zaczęły świtać jutrzenki, grupa zaangażowanych uczniów, pragnąc zapewne załapać się na późny styropian, udała się do dyrekcji domagając się zezwolenia na założenie niezależnego – ale nie podziemnego – czasopisma szkolnego. Konfrontacja z dyrektorką miała oczywisty cel narobienia szumu, fajowej eskalacji, zostania męczennikami może, przynajmniej poprzez obniżenie stopnia z zachowania. Niestety dyrektorka natychmiast wyraziła zgodę –  i już nikomu nie chciało się zakładać niezależnego pisma. Tyle jeśli chodzi o skuteczność podejścia konfrontacyjnego i unikającego konfrontacji.

Więc może nie chodziło o dialog i nawracanie, może tylko szło o demonstrację własnej słuszności i niesłuszności narodowców, demonstrację skierowaną nie do nich, lecz do opinii publicznej. To atrakcyjna hipoteza. Narodowca – zakutego łba nawrócić się może już nie da, ale pokażmy innym co za nim stoi, a co stoi za nami. Niech zobaczą kto jest po której stronie mocy, i wesprą przyzwoitszych.

Co więc stoi za kim? Narodowiec chce odebrać rozmaite prawa ludziom, których nie lubi (lub ich nie dać, jeśli ich jeszcze nie mają). Narodowiec dąży do fizycznej konfrontacji, do rozróby, do kibolskiej ustawki. A jakie piękne działania “Kolorowa” przeciwstawiła owym narodowym paskudztwom? Hm. Postawiła na drodze narodowego marszu narodowców blokadę – akt fizycznej konfrontacji z marszem, stworzyła okazję do rozróby, ustawiła ustawkę. I podkreślała konieczność zablokowania marszu narodowców – czyli odebrania im jednego z podstawowych praw. Coś tu nie gra, z przeciwstawienia zrobiło się naśladownictwo.

Następne pytanie nasuwające się w ramach tej samej hipotezy przekazu do opinii publicznej, to jakiego efektu publicystycznego “Kolorowa” się spodziewała? Czy telewizja miała pokazać moc nieustraszonych lewicowców, bez trudu odpierających ataki słabych, nielicznych narodowców? A więc podkreślić siłę (fizyczną) lewicy, lewicy która potrafi skutecznie stawić czoła hordom kiboli – ale jednocześnie wpisuje się w poetykę polityki prowadzonej poprzez kibolską ustawkę? Czy może pożądaną ilustracją 11 listopada, ilustracją, która, powtarzana we wszystkich mediach, miałaby się wryć w zbiorową pamięć, miał może być film pokazujący drobną lewaczkę bitą bejzbolami przez pluton dwumetrowych kiboli? Prowokowanie takich zdarzeń nie jest specjalnie sympatyczne, zwłaszcza dla drobnej lewaczki, ale efekt skierowania społecznej niechęci na narodowców byłby nie do przecenienia. Ot, Realpolitik. Ciekawe, czy taka intencja leżała gdzieś u podstaw pomysłu na Kolorową blokadę, może jako możliwy “też w sumie pożyteczny dla sprawy wynik”, jeśli nie wynik najbardziej pożądany.  Nieprzypadkowe wydaje się tu postawienie przez MP Kolorowej blokady w jednym szeregu z ikonicznym studentem stojącym przed czołgami na placu Tiananmen. [Na stronie: zważywszy, że notka MP krytykowała media za symetryczne traktowanie obu stron 11-listopadowego konfliktu, poziom hipokryzji uznaję za ROTFLowy. Polska 2011, Chiny 1989, 100% symetrii].

Podsumowując, żadna z moich prób odczytania intencji organizatorów kolorowej nie dała wyniku spójnego z faktami, bądź z wartościami, jakich wyznawania spodziewałbym się po lewicy. Może więc źle postrzegam lewicę? A może – i jest to myśl dosyć przerażąjąca, zważywszy na olbrzymią potrzebę istnienia w Polsce skutecznej, mądrej i naprawdę lewicowej lewicy – nie było tam żadnej sensownej intencji? Tylko bezmyślne “zbierzmy się do kupy i będzie super”?

Niestety, ostateczny wynik blokady skłania mnie do przyjęcia tej ostatniej hipotezy. Że nikt nie pomyślał. Bo nawet pomijając gigantyczną wtopę PRową jaką byli Niemcy bijący (naprawdę czy medialnie) Polaków w Warszawie w Dzień Niepodległości, blokada skończyła się symetryzacją obu stron w nawet stosunkowo przyjaznych lewicy mediach, i Kolorowa weszła (czy została wstawiona) w rolę awanturniczego lewaka uczestniczącego w zdarzeniach, w których pali się samochodu i demoluje miasta. Może należało lepiej przemyśleć taktykę.

Wisiorek to pryszcz

Wszyscy już chyba obejrzeli, obgadali, wyśmiali, zajęli się czym innym, ale ja nie mogę, musi mi się ulać. Muszę o prezydencyjnym filmie od Bagińskiego. Pal sześć „zajumany” wisiorek, gufsy są wszędzie. Ale prezydencyjne dzieło sztuki audiowizualnej mną wstrząsnęło, i dalej trzęsie, i to z co najmniej trzech powodów.

Po pierwsze pod względem estetycznym. Już od Katedry wiem, że Bagiński to kiczarz, Historia Polski to potwierdziła, ale tu mamy nowe szczyty.

Banalna pseudorealistyczna konwencja, jak z gry komputerowej, w której postacie niby mają wyglądać jak żywi ludzie, ale ciągle gigaherców i megazłotych nie starcza, by zrobić ich wiernie. A z drugiej strony zabrakło talentu i odwagi, by narysować ciekawe postaci nierealistyczne. I wyszły sztuczne lalki, urodziwe jak komiksy Polcha.

Po co w ogóle robić sztucznych komputerowych ludzi, jeśli się ich sztuczności nie wykorzystuje? Zaletą CGI postaci jest możliwość zrobienia ich od pały, przerysowanych, dziwacznych Gollumów, albo morfowania ich w co innego, albo innych takich cudeniek. Skoro scenarzysta nic takiego nie zaproponował, po co było w ogóle odpalać komputery? Nie lepiej wynająć tancerkę i tancerza, i najwyżej wkleić ich w komputerową scenerię?

Która to sceneria jest też banalna do bólu, nudny placyk otoczony nudnymi korpobudynkami. Z nudną małą architekturą, którą chyba projektował nie architekt, lecz inżynier (z całym szacunkiem), i to w 10 minut, i żeby było prosto i technologicznie. „Uroda” „bohaterów” – szkoda gadać, śliski smętny barbizm pachnący Photoshop Disasters. I efekty specjalne jak z fimu SF klasy D, jejku jej, przesuwają się bloki betonu same z siebie, chroboczą niczym wrota do Morii czy inne drzwi do National Treasure, i o rany wiszą w powietrzu. Do tego żadnej choćby ciut-ciut oryginalniejszej gry światłem, cieniem, ujęciami, ruchem wirtualnej kamery. Ot, ktoś przeczytał pierwszy rozdział Filmowanie for dummies, starego wydania zresztą.

A muzyka? Bardziej miałkiego, bardziej niesłyszalnego, bardziej nijakiego muzaka nie dało się znaleźć? Na FSM, są chyba jeszcze w Rzeczypospolitej kompozytorzy lepsi niż pan Skorupa, nie można było zamówić czegoś, co by miało jakikolwiek charakter, co by się chociaż dało zapamiętać?

Po drugie, z racji przesłania, którego nie ma. Znaczy, może ja jestem niekumaty, proszę pomóc w komentarzach, ale doprawdy nie jestem w stanie doszukać się w tym filmie myśli nijakiej, w szczególności myśli w jakikolwiek sposób wiążącej się z prezydencją. Jak się już robi taką agitpropkę (pytanie nadrzędne, którym notkę powinienem był zacząć i skończyć bez nudzenia pomiędzy, brzmi „po co w ogóle ten film?”, ale zostawmy to), to może by tak zasygnalizować jakieś przyświecające idee, priorytety, zadania, itepeitede? Patrzę z oddali, mało może kumam co tam na Starym Kontynencie, ale chyba jakieś ważne sprawy się dzieją? Bo ja wiem, multikulti czy nie multikulti, jak radzić sobie z Grecjami, rozszerzać czy nie rozszerzać, może jakaś polityka energetyczna, globalne ocieplenie, czy redukcja CO2 (he, he, tego tematu chyba Polska woli nie poruszać). Bo koncept filmu – jeśli taki miał on być – „nie martwmy się niczym, lepiej przetańczyć całą noc, światło nam zżółknie, i dzięki temu będziemy szczęśliwsi” – to jest koncept na poziomie gimnazjum. Wczesnych klas.

Ach, jedną myśl chyba dostrzegłem, i może udało mi się ją pojąć. Pod koniec filmu jakoweś pudełka ustawiają się w pustym miejscu między biurowcami i zmieniają się w strukturę czy budynek z wzorkami jak z bluzki faceta-Polaka. Czy ma to znaczyć „Polska zajmie swoje miejsce w Europie”? Jeśli tak (tak, zgadłem!), to WTF, czy się komuś dekady nie pomyliły? Toż to hasło na połowę lat 90 zeszłego stulecia. Proszpaństwa, helou, Polska weszła do UE siedem lat temu z okładem, dzieci wtedy rodzone do szkół już poszły!

Po trzecie, z racji przesłania, które jest. Które, jak sądzę, nie jest chyba przesłaniem intencjonalnym, raczej projekcją uprzedzeń twórców. Nie podejmuję się zważyć, co gorsze.

Widzę w tym filmie bardzo szczególną wizję Europy – jako sterylnego miasta zamieszkałego wyłącznie przez młodych, białych, jasnowłosych, błękitnookich, smukłych heteryków, gdzie tylko dobrze zbudowany mężczyzna przyniesie szczęście wiotkiej (ale oczywiście cycatej) kobiecie. Kobiecie, która, gdy jakiś facet ni stąd ni zowąd obłapia ją od tyłu, zamiast mu przywalić za bezczelność i wezwać policję, jest zachwycona i omdlewa w jego ramionach. (Sporothrix słusznie wskazała mi paralelę: pamiętacie tych Polaków, co to klepali Angielki po pupach, a potem byli zdziwieni, że jest problem, przecież to komplement?). Na tym tle tekst pani Piechnik od Bagińskiego, tłumaczącej mętnie problem wisiorka słowami „kobieta, jak wiadomo, nigdy nie jest logiczna i spójna wewnętrznie” jakby nawet nie dziwi.

Czy ja mogę poprosić polską prezydencję, premiera Tuska, ministra Sikorskiego, wszystkich patriotów i ludzi dobrej woli, żeby tego gniota nigdzie poza Polską nie pokazywać?

Koniec ględzenia, a jak kto chce zrozumieć o co naprawdę w filmie chodzi, niech idzie do Sporothrix.

Oj, Antoś…

Kapitan Protasiuk nie próbował lądować. Kapitan Protasiuk próbował wyrwać się ze śmiertelnej pułapki

Oczywiście, że próbował. Tyle, że a) próbował za późno i nieudolnie, b) wyrwać się z pułapki, którą sam na siebie i setkę osób zastawił.

 

Kontrolerzy systematycznie przekazywali fałszywe informacje co do wysokości, na której jest samolot

A załoga samolotu oczywiście nie posiadała własnych informacji co do wysokości, nawigator nie podawał wysokości, GPWS nie wrzeszczał „Pull up, Terrain ahead”. Wcale a wcale.

 

Kontroler lotu jest człowiekiem najwyższego zaufania dla pilota. To są jego oczy i uszy, to jest ktoś kto sprowadza go za rękę w trudnych warunkach. Tej ręce każdy pilot ufa bezgranicznie.

Tak, własnej ręce pilot pewnie ufa. Kontrolerowi też – ale na pewno nie bezgranicznie.

Proszę sobie obejrzeć poniższe, i zobaczyć jak w 2:20 zaufanie pilota do kontrolera okazuje się mieć granice. I słusznie.

 

Cytaty z Antosia za gazeta.pl

%d bloggers like this: