Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Tag Archives: gazety

Arytmetyka niemieckiej biedy

Bieda w Zagłębiu Ruhry, grzmi Bartosz Wieliński! Wg europejskich kryteriów, niemal co ósmy mieszkaniec żyje tam w biedzie!

Taki szczególnie biedny region Niemiec, bo przecież w 80-mln Niemczech w biedzie żyje (tylko?) 12 mln.

Dla ułatwienia, „co ósmy” to 12,5%. 12 mln z 80 mln to 15%.

Aj em, ju ar…

Niechże ta noteczka będzie skromnym uzupełnieniem notki Pawiana.

Bo znajomość polskatrudnajęzyk powinna być obowiązkowa, ale pewnej grupie zawodowej, podgrupie dziennikarzy, dołożyłbym jeszcze jedno wymaganie. Korespondentom zagranicznym mianowicie. Niechże poznają podstawy języka kraju, z którego korespondują. Zwłaszcza, gdy język ten nie jest kosmicznie egzotyczny, gdy kursy, podręczniki, nauczycieli łatwo znaleźć. Na przykład, gdy jest to angielski.

Piję tu do Mariusza Zawadzkiego, korespondenta GW w USA. Który napisał (nudny jak zwykle) felieton o dość pretensjonalnym tytule „To nie jest kraj dla czarnych ludzi”. I w felietonie donosi:

Przecież polityczna poprawność zakazuje nazywać czarnych czarnymi (są Afroamerykanami).

Panie Mariuszu. Niechże Pan poprosi centralę, skoro nie zadbali przed wyjazdem, żeby przysłali jakieś proste podręczniki, niech się Pan trochę doszkoli. Niech się Michnik wykosztuje, bo przecież wstyd żeby Pan Korespondent tak ani be ani me. Filmy niech Pan edukacyjne poogląda:

A i ja postaram się pomóc. Lekcja pierwsza:

Czarny – black. Wymawiamy blak.

A teraz proszę przećwiczyć przykłady użycia w tekście:

Przećwiczywszy, proszę łaskawie zaprzestać opowieści, jak to poprawność polityczna nie pozwala o czarnych mówić czarni.

Alicja do pięt nie dorasta

[Alicja] zgubić potrafiła wszystko, a jako osiągnięcie szczytowe wystąpił pręt od firanek z salonu, długości sześć metrów. Nie jest to przedmiot, mieszczący się wszędzie. Nie tylko Alicja, ale także wszyscy goście przeszukiwali cały dom i ogród, bez rezultatu. Gdzie, na litość boską, na tak, bądź co bądź, ograniczonej przestrzeni mogło się podziać sztywne sześciometrowe* żelastwo, jest nie do pojęcia i nikt nie mógł tej zguby zrozumieć. Pręt jednakże przepadł i już. Nie odnalazł się do tej pory.

[Joanna Chmielewska, Autobiografia]

Przy okazji świętowania stulecia Konstytucji USA, pani Deihm (do historii przeszła pod nazwiskiem Charles F. Deihm, a więc, jak sądzę, nazwiskiem i imieniem poległego w wojnie secesyjnej męża), wpadła na pomysł. Nie całkiem nowy, gdyż koncept zamurowywania pamiątek w fundamentach, czy innych częściach budynków, by kiedyś potomni je wydobyli i uczynili z nimi… nie wiem co, był już znany. Pani Deihm przypisuje się jednak modyfikację i odświeżenie tegoż konceptu: niech potomni pamiątki wydobędą (i nie wiem co uczynią), nie kiedy im przyjdzie ochota, lecz dokładnie za 100 lat.

Pani Deihm wzięła przeto solidny sejf, nazwała go Sejfem Stulecia, włożyła doń wiele interesujących i wiekopomnych przedmiotów, i wystawiła na Wystawie Stulecia w Filadelfii. Zwiedzający wpisywali się do księgi pamiątkowej, która po Wystawie również trafiła do Sejfu. Następnie pomysłowa wdowa objechała piękny USiański kraj, zbierając zdjęcia i autografy ówczesnych celebrytów. Dołączyła je do wiekopomnych przedmiotów. Do pióra i kałamarza podarowanych przez Longfellowa. Do listy płac rządu federalnego. Serwisu do herbaty. Listu od prezydenta Hayesa. Zegarka. Oraz książki propagującej wstrzemięźliwość od trunków wyskokowych.

Wreszcie, 22. lutego 1879 roku, pani Deihm sprezentowała Sejf Kongresowi USA, wyrażając chęć, by w roku 1976, gdy Najważniejszemu Dokumentowi stukną dwie setki, sejf otworzył ówczesny prezydent (i nie wiem, co z zawartością uczynił). Kongres na to rzekł: „Eeeee…. Nie!”. Znaczy, Izba Reprezentantów chciała wziąć, ale nie chciał Senat.

Proszę zgadnąć, co się dzieje z podarunkiem dla Kongresu USA, którego Kongres nie przyjął? Wola przedstawicieli narodu jest święta, więc Sejf Stulecia wylądował na Kapitolu. Czyli, jakby kto nie pamiętał, w siedzibie Kongresu USA. I został uroczyście przyjęty i zamknięty w reprezentacyjnym Statuary Hall, w obecności prezydenta i wiceprezydenta. Wola przedstawicieli narodu świętą jest.

Wkrótce Sejf przeniesiono w inne miejsce na Kapitolu, przeleżał tam do 1958 roku, kiedy to przerzucono go do składziku. Tymczasem zbliżało się Dwustulecie, i komuś się prezent pani Deihm przypomniał. Wyciągnęli go ze składziku, włamali się (klucze zdążyły się zapodziać), i włączyli do programu obchodów. Ktoś zauważył jednak, że formalnościom nie stało się zadość – Kongres nigdy nie przyjął Sejfu, nie jest więc jego prawnym właścicielem. To zaniedbanie Kongres szybciutko nadrobił, i odpowiednią uchwałą połączonych sił Izby Reprezentantów i Senatu oficjalnie prezent wziąć raczył, a łaskawej ofiarodawczyni uroczyście podziękował. Po 95 latach. Bardzo się na pewno ucieszyła.

W 1976 roku prezydent Ford otworzył Sejf Stulecia, co z zawartością uczynił, dokładnie nie wiadomo, i wszyscy byli zadowoleni.

Pomysł pani Deihm okazał się zaraźliwy, i „kapsuły czasu”, jak je zaczęto nazywać, były powszechnie wmurowywane w rozmaite budynki przy wszelakich okazjach. Oczywistą okazją było samo Dwustulecie, kiedy to pogrzebano mnóstwo pamiątkowych pudeł. Za piękny symbol ciągłości historycznej, czy czegoś podobnego o szumnej nazwie, należy uznać, że prezydent Ford, w tym samym tygodniu, w którym otwierał pudło pani Deihm, złożył swój podpis na jednym z Pergaminów Ponownego Poświęcenia, jak sobie pozwalam przetłumaczyć Rededication Scroll.

PPP były częścią przedsięwzięcia o nazwie Bicentennial Wagon Train. Każdy był opatrzony wielkim napisem Pledge of Rededication, pod nim widniała deklaracja podpisujących, że ideałom Ojców Założycieli będą wierni, następnie stosowny wyimek z Deklaracji Niepodległości, i miejsce na 24 podpisy. Albo na 12. Washington Post podaje 24, natomiast na kopii, jaką widziałem (w Washington Post, oczywiście) było miejsce na podpisów 12. Nawiasem mówiąc, piękne pergaminy upamiętniające wyzwolenie spod brytyjskiej niewoli sprezentowała Amerykanom Enyclopaedia Britannica.

Z siedmiu miejsc na północy, południu i zachodzie Stanów Zjednoczonych wyruszyły owe Wagon Trains – karawany powozów, jakby wyjętych z westernów. Kierowały się na wschodnie wybrzeże, odtwarzając historyczny rozwój Stanów. Jak łatwo zauważyć, odtwarzając w odwrotnym kierunku, co zapewne budziło interesujące myśli w głowach Indian. Celem ostatecznym była Valley Forge w Pensylwanii, miejsce ważne, tu bowiem podczas wojny rewolucyjnej, na przełomie 1777 i 1778 roku, armia Waszyngtona chorowała na czerwonkę, żółtaczkę, dur brzuszny i zapalenie płuc.

Powozy wiozły PPP, a ludzie je podpisywali. Popularność akcji przerosła wszelkie oczekiwania. Przygotowano sześćdziesiąt powozów, z inicjatywy oddolnej dołączyło do nich dwieście następnych. Przygotowano 200 tysięcy PPP, skończyły się w ciągu tygodnia. Jak łatwo się domyśleć, podpisane PPP miały trafić do kolejnej kapsuły czasu i przeleżeć w niej 100 lat. Wówczas potomni kapsułę otworzą, podpisy wyjmą i… nie wiem, co uczynią.

Ta niewiedza mało przeszkadzała Amerykanom, na PPP złożono 22 miliony podpisów. 10% populacji zadeklarowało wierność. Jak łatwo policzyć, około miliona (albo dwóch milionów) podpisanych PPP trafiło do Valley Forge. Washington Post estymuje, że gdyby te wszystkie kartki ułożyć w jeden stos, byłby on niesłychanie wysoki. Miałby jakoby 65 metrów (mnie wychodzi bliżej 100 metrów, albo 200).

Jak się skończyło to budujące przedsięwzięcie? Prezydent Ford podpisał swój PPP 4. lipca 1976 roku (dokument nosi datę 3. lipca, komuś się pokićkało). Tego samego dnia podpisał również ustawę tworzącą Narodowy Park Valley Forge, przeniósł więc chwalebny obowiązek zarządzania tym drogim każdemu Amerykaninowi miejscem ze stanu Pensylwania na rząd federalny. I czy to z powodu komplikacji związanych z przejęciem, czy to z powodu czyjegoś nadmiernego przejęcia się uroczystością, cały milion (a może dwa) PPP, 4 i pół tony (a może 9 ton) papieru, wszystkie pracowicie kaligrafowane podpisy, najzwyczajniej w świecie zginęły. I nikt ich od tej pory nie widział.

* sześć metrów w Autobiografii, we Wszystko czerwone ten sam pręt miał ich „przeszło trzy”.

Liczymy antybiotyki

Drogą pozwu sądowego rozmaite organizacje próbują zmusić FDA, by zakazała lub ograniczyła stosowanie antybiotyków u zdrowych zwierząt hodowlanych. Podobno zwierzęta trzymane na antybiotykach są zdrowsze i szybciej rosną, więc przemysł mięsny bardzo to lubi. Sprzeciw z kolei bierze się zapewne po części z ogólnego strachu przed „nienaturalnością” i skutkami dodawania „chemikaliów” do czegokolwiek. A po części z przypuszczalnej roli tych antybiotyków w narastaniu oporności bakterii chorobotwórczych na antybiotyki. Ciekawy tekst o wątpliwym sensie (a raczej niemożliwości) kierowania się przypuszczalnymi skutkami w rozmaitych regulacjach linkował dopiero co Nameste. Ale ja nie o tym chcę, ani o sporze o antybiotyki w hodowli.

Tekst w Washington Post, z którego wziąłem powyższą informację, zawiera takie zdanie:

About 80 percent of the antibiotics used in the United States are consumed by farm animals.

Zdanie pozbawione jakiegokolwiek komentarza, czy punktu odniesienia. Ale liczba wygląda poważnie, prawda? Aż 80%, czyli tylko 20% zużywają ludzie. Spróbowałem poszukać punktu odniesienia i ocenić masę zwierząt hodowlanych żyjących w USA. Masę, bo antybiotyki dawkuje się w odniesieniu do masy ciała.

Było niełatwo, bo masy poszczególnych gatunków były podane dla zwierząt gotowych do uboju, a one przecież rosną, czyli przez znaczną część życia są mniejsze. Poza tym nie udało mi się znaleźć pogłowia kur i indyków, a tylko liczbę kur i indyków zabijanych w ciągu roku. To nie to samo, bo brojler żyje stosunkowo krótko (ale nioska rok lub dłużej). Porobiłem trochę założeń, mam nadzieję, że nie były tragicznie niesłuszne. Wyszło mi, że krowy, świnie, kury i indyki (inne zwierzęta pominąłem) w USA ważą około 28 miliardów ton. A ludzie, oceniłem, 16 miliardów. Czyli z całej ludzko-zwierzętohodowlanej populacji, zwierzęta stanowiłyby około 63%. No to chyba owo 80% nie wygląda już tak dramatycznie…

Polacy dokonują przełomu w fizyce

Znaczy, po przeleceniu czterech metrów w przezroczystym ośrodku światło się automagicznie zatrzymuje? Ginie? Rozsypuje? Jak? Niestety wizualizacja nie zdradza sekretu…

Wygibasy wokół homo(?)cycków

Na wystawę Gauguin: Maker of Myth waszyngtońska National Gallery of Art wypożyczyła od nowojorskiego Metropolitan Museum of Art Dwie Tahitanki Gauguina. Wypożyczyła i powiesiła.

Pierwszego kwietnia do National Gallery przybyła Susan Burns. Przybyła, zobaczyła, i postanowiła zwyciężyć. Najpierw próbowała ściągnąć obraz ze ściany, a gdy ten stawił opór, zaatakowała go pięściami. Też bezskutecznie, bo był za pleksiszybką. Chwilę później została obezwładniona przez strażnika. Motyw? Zacytujmy panią Burns: This is evil oraz I feel that Gauguin is evil. He has nudity, and it is bad for the children. He had two women in the painting, and it’s very homosexual. Może bardziej chodziło o to homosexual, bo jak zauważyła Petula Dvorak z Washington Post, golizny nie brak zarówno w National Gallery (choćby tu, tu, tu i tu), jak i w innych, uczęszczanych przez szkolne wycieczki miejscach Waszyngtonu. Ot, chociażby fontanna Dwór Neptuna przed Biblioteką Kongresu, trzech panów full frontal plus dwa razy Szał Podkowińskiego.

Ale, proszę Państwa, ten wyczyn jednej osoby, zapewne niezrównoważonej (podobno twierdziła, że jest z CIA i ma radio w głowie), to dopiero początek. Wyczyn stał się newsem, news trzeba pokazać w telewizji, a telewizja w USlandii ma zasady. I jakie wygibasy między cyckami Gauguina a owymi zasadami niektóre telewizje wyczyniały, już nie będę przepisywał, tylko wkleję niżej kluczowe ekranostrzały, i polecę rozkoszny tekst, z którego się o wygibasach dowiedziałem. Zwracam uwagę na fragment o otwarciu Olimpiady 2004, o którym to otwarciu więcej też tu.

%d bloggers like this: