Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Category Archives: podniebiennie

Ciacho pod cudzym imieniem

Od jakiegoś czasu w moim supermarkecie brakuje lubianego przez mnie żytniego chleba. Ten chleb to nic specjalnego, po prostu dość zwykły chleb z odrobiną kminku, ale na tle większości amerykańskich wypieków wyróżnia się bardzo pozytywnie, i nawet ciut na piekarniczą nostalgię za ojczyzną pomaga. Nie ja jeden go lubię – kartka z ceną na półce świadczy, że brakuje go nie dlatego, że sklep zrezygnował. Po prostu inni wykupują cały nakład zanim w lenistwie swym dotoczę się do sklepu.

Dziś więc spróbowałem kupić alternatywę: coś, co na oko przypominało chleb podobnego typu. Nazywało się Irish soda bread. W domu czekała mnie jednak bardzo ciekawa niespodzianka. Możliwa tylko dlatego, że chodząc po supermarkecie w przeciwieństwie do niektórych ;-) nie wczytuję się szczegółowo w składniki produktów na etykietkach. Chlebek okazał się być słodkim, zawierać rodzynki, i smakować bajkowo. Raczej jak ciasto – ale nie przesłodzone, jak wiele amerykańskich, tylko lekkie i subtelne. Pół bochenka jakoś się szybko gdzieś zapodziało…

A risercz internetowy wykazał, że supermarket kłamie ;-). Towarzystwo Ocalenia Irlandzkiego Chleba Sodowego donosi, że jak ma rodzynki, to nie to. Vateva, nazwa „ciasto kolejowe” podoba mi się nawet bardziej…

Reklamy

Photoshop w zupie

Trzy kwartały temu Wojciech Orliński zadał na swoim blogu zagadkę.

Jaki polski rzeczownik pozbawiony jest angielskiego odpowiednika, a jednocześnie jest na tyle przydatny, że [Michael Kandel, amerykański tłumacz dzieł Lema] używa go w prywatnych rozmowach z własną małżonką.

Zagadka okazała się niespodziewanie trudna. Naciskany przez zgadujących, Orliński uściślał.

Ten rzeczownik nie ma żadnego odpowiednika [w angielskim].

Dla ułatwienia dodam, że odpowiednik nie istnieje w ogóle. Nie to, że archaiczny, rzadki czy „to nie zupełnie to samo”. Nie ma go wcale, a jednak przeciętna rodzina tak z raz na tydzień to musi powiedzieć.

„rosół” (…) „kiełbasa” – dobrze kombinujesz, ale chodzi o całkowity brak odpowiednika, a nie o „mają coś o podobnym znaczeniu”.

[równoważne wyrażenie] jest taką dość toporną peryfrazą – nawet nie jest to jakiś popularna zbitka typu „fax machine”.

Nikt w końcu nie zgadł, choć niektórzy byli blisko („rosół”!). Rozwiązaniem zagadki okazała się „włoszczyzna”.

Poniższe zdjęcie nie zostało wykonane w amerykańskim supermarkecie, jest wyłącznie wynikiem żmudnego fotoszopienia.

soup greens
Zaś następujące linki produktem imaginacji.

Przekombinowane paskudztwo

Jak to w ogóle wygląda, gdzie ci jurorzy mieli oczy? Niezależnie od tego, której z gazet udało się nie pomylić zdjęcia, nie da się na to patrzeć

A wuzetka taka urodziwa

Moja kuchnia jest seksistowska

Okap nad kuchenką jest trochę głupi – byłoby sensownie odprowadzić wyziewy znad kuchenki poza dom. Lub choć gdzieś do góry. Okap wydmuchuje je do przodu. Wprost w moje czoło. Nie jestem żadnym koszykarzem, ale od większości kobiet jestem wyższy. Widać zdaniem projektantów tylko kobiety stoją przy garach.

Do Hiszpanii?

Bush w ostatnich dniach prezydentury podłożył następcy (i mieszkańcom, a zwłaszcza mieszkankom USA) świnię. Nawiedzona lekarka czy aptekarz będą mogli odmówić czego zechcą, bo ich czajniczek do herbaty takiej procedury nie lubi. I gucio będzie im można za taką odmowę zrobić.

 A nawet nie tylko lekarka czy aptekarz: „[the rule] offers protection to anyone with a „reasonable” connection to objectionable care — including ultrasound technicians, nurses aides, secretaries and even janitors who might have to clean equipment used in procedures they deem objectionable.” Inny kwiatek: „The rule could also protect workers who object to certain types of end-of-life care or to withdrawing care, or even perhaps providing care to unmarried people or gay men and lesbians.”

W Polsce też fajnie: Gowin, katolicki (jakżeby inaczej) filozof i publicysta pisze ustawę „bioetyczną” – próbuje jednocześnie wyjść na rozsądnego i polizać pośladki biskupom, pewnie żeby Tuskowi pomogli wygrać wybory. I oczywiście ani jedno ani drugie mu nie wychodzi (nie dziwota, sprzeczność jest oczywista), bo do ustawy wstawia zbrodniczo ideologiczne kretynizmy (parę Wybiórczych ;-) linków: 1, 2, 3, 4, 5 – zgroza!, 6 – formalne uniemożliwienie uzyskania odszkodowania za złamanie innej ustawy), a biskupi i tak go pewnie zelżą za prawne zezwolenie na in vitro. W końcu wg. biskupów czajniczek do herbaty uważa, że in vitro to aborcja, i że Every Sperm is Sacred i jeśli takowy zostanie uroniony gdzie indziej niż w małżeńsko pobłogosławionej pochwie, będzie to obraza boska i cywilizacja śmierci naturalnie. Może znajdzie się taki, co w Gowina rzuci butem – ale co to zmieni? On i tak pójdzie w ślady Dablju i ku chwale boskiej nawyrządza krzywd.

Więc może trzymać się z daleka od takich świątobliwych palantów i przenieść się do Hiszpanii? Miły klimat. Boskie jedzenie!  Nieziemską żem jadł kuropatwę w Toledo, cudnie rozpływającą się w ustach, w jakimś bardzo chyba prostym cebulowym, ale wielce aromatycznym i współgrającym sosie.  No i tapas – małe apetyczne dziełka kuchenne. Parę dni temu szef zabrał całą ekipę na nieco spóźniony doroczny wspólny obiad. Każdy zamówił parę tapas, a potem nastąpiło wielkie krążenie talerzy i skubanie, jeśli mnie pamięć nie myli, między innymi: Pinchitos de Cantimpalitos a la Plancha, Patatas Bravas, Tapa de Bistek a la Plancha, Alcachofas con Jamón, Calamares Fritos con Alioli, Vieiras y Gambon Gratinada con Salsa de Limón oraz Brocheta de Pollo al Ajillo con Salsa Picante de Pimiento. W sumie świetne jedzenie. A do tego Hiszpanie najwyraźniej pokazali Gowinom, Bushom i im podobnym środkowy palec. Skutecznie, jak można wywnioskować z histerycznych reakcji. Dobry kraj.

%d blogerów lubi to: