Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Propaganda głupoty

Dzieła Katarzyny Bosackiej, publikowane w internetowych „Wysokich Obcasach”, zdarzało mi się już krytykować – wielokrotnie w komentarzach pod samymi tekstami, a nawet na blogu. Dziś, pozytywnie nastrojony ciepłą, upalną nieomal niedzielą, przytaczam kilka nowych owoców tego niezrównanego pióra (fajna mi wyszła metafora botaniczno-zoologiczna, nie?). Owoców opublikowanych pod tytułem Wielkanocne zakupy z głową.  

Na początku warto podkreślić wybitną, jak to w „Wysokich Obcasach”, uczciwość. Tym razem nie ma już recyklingu starych tekstów, za to mamy, zapożyczoną z bratniego eDziecka, kryptoreklamę. Pani Katarzyna Bosacka napisała (przepraszam, firmuje swoim nazwiskiem, autorzy w takich wypadkach lubią wypierać się odpowiedzialności i zwalać wszystko na redakcję) tekst, zupełnie przypadkiem zaczynający się akapitem wspominającym książkę autorstwa pewnej Katarzyny Bosackiej i Małgorzaty Kozłowskiej-Wojciechowskiej. Przy czym nazwisko drugiej autorki z akapitu jakoś wypadło, można je znaleźć powiększając zdjęcie okładki książki. Które to zdjęcie jest zamieszczone przy tekście również przypadkiem, przecież tekst nie jest żadną reklamą, reklama zgodnie z art. 36 prawa prasowego byłaby wyraźnie oznakowana, nieprawdaż?  

Tak na stronie: jeśli kogoś zastanowiło, skąd pani Bosacka wzięła do niedawnego wywiadu ekspertkę o zadziwiająco zgodnych z własnymi poglądach i obsesjach:  

paluszki krabowe nie z krabów (czy naprawdę wydawało jej się, że jest inaczej?),  

W ciągu roku [Polak zjada średnio] – 70 kg mięsa i tylko 6,5 kg ryb. A powinno być odwrotnie. Więcej drobiu, zdrowej, niedocenianej dziczyzny, a najlepiej, gdyby dominowały ryby. I nie chodzi tu o jakieś teorie, tylko o twarde fakty medyczne. Światowa Organizacja Zdrowia uznała kilka lat temu, że konserwanty – azotany i azotyny – którymi szpikowane są wędliny, mogą zwiększać ryzyko nowotworów – rozumowanie bez zarzutu, prawda? Tylko skąd ukryte założenie, że mięso jest tym samym co wędliny? Mięs świeżych o ile mi wiadomo nie traktuje się azotanami ani azotynami?  

maggi, ulubiona przyprawa do rosołu, to czysta chemia z glutaminianem sodu i solą w roli głównej. Jej pierwowzór naturalny to lubczyk – zioło o intensywnym zapachu – ach, złowroga chemia. W dodatku czysta (w odróżnieniu od brudnej – lepszej może?). A zioło lubczyk, zdaniem utytułowanej profesorsko ekspertki, chemii żadnej nie zawiera, nieprawdaż?  

niech zwróci uwagę, że nazwisko ekspertki brzmi… Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska. Tak, to współautorka książki pani Bosackiej.  

To skoro już wiemy who is who, wróćmy do Wielkanocy i głowy Katarzyny Bosackiej. Ciekawsze fragmenty:  

  • Nie sugeruj się ceną – często niska cena równa się gorsza jakość. Dalej: Kupuj drożej, ale mniej. A jeszcze kawałek dalej: Uważaj na ceny, zwykłe, ohydne, niezdrowe w smaku pieczywo tostowe może kosztować nawet kilkanaście złotych za kilogram!

Pani Katarzyno, skonfundowała mnie Pani. By żyć i jeść zgodnie z Pani zaleceniami, mam więc w końcu kupować drogo czy tanio?  

I co to u licha znaczy „niezdrowe w smaku”?

  • Tradycyjnie najgorszym epitetem jest słowo „chemiczny”:

…o ile w składzie nie ma ani jednego chemicznego składnika, a tylko mąka żytnia, naturalny zakwas, woda i sól.
Wędlina z supermarketu za kilka złotych ma w sobie na pewno więcej wody i chemii niż ta za kilkadziesiąt.
Olej (oliwa) jest naturalnym konserwantem. Jeśli zastąpi się go wodą, by zmniejszyć w majonezie ilość kalorii, trzeba coś dodać. A co? najczęściej konserwanty, zagęstniki i inne chemiczne dodatki.
[wędliny] są w chemicznym, plastikowym flaku.  

Oczywiście, mąka żytnia, zakwas, sól, mięso, olej, czy flak naturalny czyli jelito – nie mają w sobie nic chemicznego. Są antychemiczne, metachemiczne, transchemiczne, brud czystej chemii nie ma do nich dostępu. Są szlachetne, niczym hel czy neon nie wchodzą niemal w związki chemiczne. Składają się wyłącznie z fizyki i ciała astralnego.

  • Jeśli [chleb] ma cos coś więcej – np. zakwaszacz (E 322, E 330), polepszacz (E 471, E 300) – znaczy, że nie jest prawdziwy.

Jak najbardziej. Złowroga chemia w postaci trucizn takich jak kwasek cytrynowy (E 330) czy witamina C (E 300) to śmierć dla chleba.  

  • Radosne jechanie po bandzie:

Owszem, chleb prawdziwy będzie droższy, ale także zdrowszy i jedna kromka bardziej cię nasyci niż cztery kromki chleba oszukanego.

Rozumiem, że pani Bosacka dysponuje wynikami badań porównawczych, w których wyznaczono ów czynnik 4?  

Jeśli nie masz możliwości kupienia chleba na prawdziwym zakwasie wybieraj chociaż ten żytni – jest o niebo zdrowszy od pszennego.

Czynnik „o niebo” też został wyznaczony doświadczalnie?  

  •  Dobry jest ten fragmencik:  

Im mniej składników w produkcie, tym lepiej.  

Genialne! Nie ma znaczenia, że na większość produktów żywnościowych składają się mniej lub bardziej przetworzone rośliny lub zwierzęta. Więc nawet jeśli na liście składników jest zaledwie kilka pozycji (powiedzmy: groszek, woda; albo: mięso z kurczaka; albo: mąka żytnia, naturalny zakwas, woda, sól), to rzeczywista liczba składników (związków chemicznych!) idzie zapewne w dziesiątki tysięcy, i jest niewyobrażalnie większa od liczby składników jakiegoś złowrogiego napoju składającego się z wody, CO2, cukru, sztucznego barwnika, sztucznego aromatu, i konserwantu.

Nie ma też znaczenia, że konwencje podawania składników bywają różne. Pamiętam, że na opakowaniach polskiej bułki tartej widywałem informację „Skład: bułka”, co oczywiście gwarantuje, że zawierała mniej składników, lub była zdrowsza od szczegółowo opisanej amerykańskiej bułki tartej. 

  • Ale wszystko przebija następująca porada:

Jeśli [produkt] ma w sobie składniki, których nie jesteś w stanie wymówić, ani sobie wyobrazić, odłóż go z powrotem na półkę.

Tak! Szkodliwość składnika jest wprost proporcjonalna do zawiłości nazwy! Nie ma więc co udzielać porad w rodzaju: „jeśli masz wątpliwości co do składnika, przeczytaj choćby w wiki czym jest, i czy jest szkodliwy, czy neutralny, czy wręcz dobroczynny.” Nie, łamiesz język, łamiesz głowę – znaczy trucizna. Jesteś głupi, głupim pozostań.

Szanowna Pani Bosacka, proszę przyjąć poradę dla Pani i dla pani towarzyszy broni* w walce z chemią w żywności. Dopóki czytając etykiety będziecie napotykać nazwy, których nie jesteście w stanie wymówić**, których desygnatów nie umiecie sobie wyobrazić ani ocenić ich znaczenia dla wartości produktu, odłóżcie pióra i klawiatury na półkę, i idźcie kury szczać prowadzać. Ściółkowo i ekologicznie.

P.S. W temacie bezpieczeństwa żywności zareklamuję tekst o podstawowych pojęciach i zasadach konserwacji żywności.

 

* Czy pracuje jeszcze z Panią w firmie owa osoba, która kiedyś chwaliła jedne soki za zawartość witaminy C, jednocześnie ganiąc inne za zawartość „chemii” w postaci kwasu L-askorbinowego [czy ktoś ma może zachowany link, kopię, lub nazwisko autorki tego pięknego tekstu? Byłbym wdzięczny]? A słynna Anna Zawadzka, która narzekała, że producenci podają zawartość tłuszczu w maśle jako 73%, ale nie dodają informacji, czy to na 100 gramów, czy na co innego [tekst poprawiony, ale ślad został w komentarzach]?

** Czy zauważa Pani różnicę między moimi słowami „nazwy, których nie jesteście w stanie wymówić” a Pani słowami „składniki, których nie jesteś w stanie wymówić”? Czy Pani, osoba zawodowo parająca się piórem, może wyjaśnić mi znaczenie zwrotu „wymówić składnik”?

Reklamy

15 responses to “Propaganda głupoty

  1. kwik 4.4.2010, Niedziela o 20:55:34

    No ale są tam też myśli proste i naprawdę uderzająco mądre. Np: Wędlina po kilku dniach nie nadaje się do jedzenia.

  2. Gammon No.82 5.4.2010, poniedziałek o 4:28:07

    @kwik
    „Wędlina po kilku dniach nie nadaje się do jedzenia.”

    Też mogłaby dodać: po kilku dniach CZEGO?

  3. kwik 5.4.2010, poniedziałek o 5:52:11

    Bo wyrwałem z kontekstu: „Nie kupuj na zapas. Wędlina po kilku dniach nie nadaje się do jedzenia. Kupuj raczej w kawałkach niż w plasterkach, taka wolniej się psuje.”

    A więc chodzi o robienie domowych zapasów i dni trzymania w domu. Najbezpieczniej zjeść wędlinę już w sklepie. Można przyjść całą rodziną.

  4. saunterer 5.4.2010, poniedziałek o 6:43:39

    No tak, wszystko to śmieszne i nawet zabawne, jeśli to w żenujący sposób opisać. Tylko, czy pod tym wszystkim nie czai się ziarno prawdy? Pomijając oczywiście zagadnienie chemiczny-naturalny, bo ciężko tu polemizować, chemia tak jak i fizyka (10/10 za ten żart) same w sobie nie są jakoś szczególnie złowrogie, ale czy nie jest prawdą, że do żywności dodaje się substancje chemiczne (jako konserwanty, aromaty, barwniki, wzmacniacze smaku i zapachu) które nam po prostu szkodzą – bo normy nie nadążają za odkryciami, bo lobbing, bo cokolwiek?

  5. sykofanta 5.4.2010, poniedziałek o 7:11:00

    Och! Piękny tekst pani Bosackiej. Zresztą jej książkowa towarzyszka broni, Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska, pisuje dla GW i już niejednokrotnie wprowadziła mnie w konsternację. Pani ta jest dr hab. nauk medycznych, pracuje m.in. w Instytucie Żywności i Żywienia i nie ma najmniejszego pojęcia o technologii produkcji żywności. Wyraża się zawsze nieprecyzyjnie i lubi doszukiwać się „czystej chemii”.

    W komentowanym artykule mnie się bardzo podobał fragment:
    Chleb nie powinien mieć dodatku mąki sojowej, która to tzw. naturalny polepszacz, który wpływa na wybielenie mąki i pozwala dodawać do ciasta więcej wody, co zwiększa objętość oraz miękkość chleba.

    Autorka nie pomyślała nawet o tym, że ten naturalny polepszacz polepsza nie tylko wygląd chleba, ale również jego wartości odżywcze. Mąka sojowa obok mąki owsianej, jęczmiennej, kukurydzianej, ryżowej klasyfikowana jest to mąk o niskiej wartości wypiekowej, ale bardzo wysokiej wartości odżywczej (mąka owsiana ma zdaje się w ogóle najwyższą wartość spośród mąk powstałych z polskich zbóż). Pani Bosackiej nie przyszło do głowy, że dodatek innej niż żytnia czy pszenna mąki może mieć na celu podniesienie wartości odżywczej chleba, a nie trucie konsumenta.

    Pani Bosackiej polecam reklamowany już na moim blogu tekst z „Wiedzy i Życia” o dodatkach do żywności, bo bardzo mało wie na ten temat. Wszystkie dodatki mają określone przepisami prawa limity i nie wolno ich dodawać więcej. Limity te mają ogromną granicę bezpieczeństwa (bada się toksyczność na zwierzętach, ustala najniższą nietoksyczną dawkę dla zwierząt, a następnie dzieli jeszcze przez 100 dla pewności). Dlatego żadna substancja dodawana do żywności według aktualnego stanu wiedzy nie jest szkodliwa dla organizmu człowieka (chyba, że występuje nadwrażliwość na dany składnik, czyli alergia).

    Strasznie mnie ostatnio irytuje ta propaganda „natury”. Jak niektórym się tak natury zachciewa, to podwijać rękawy i na wieś kartofle kopać. Swoje, oczywiście, naturalnie bez nawozów uprawiane.

  6. sykofanta 5.4.2010, poniedziałek o 7:20:22

    @ saunterer

    Polecam zapoznanie się z Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 18 września 2008 r. w sprawie dozwolonych substancji dodatkowych. Możesz tam zobaczyć, jakie dawki poszczególnych substancji dodatkowych są dozwolone dla każdego z produktów. Należy też zaznaczyć, że jeśli nie istnieje w tym rozporządzeniu określona dla danego dodatku norma dla jakiejś kategorii produktu, a my chcemy w takim produkcie ów dodatek umieścić, musimy starać się o pozwolenie na to, starając się wykazać niezbędność użycia danego dodatku. Oczywiście, że są nieuczciwi producenci, ale popadając w paranoję, na pewno nie ukrócimy ich działalności.

  7. saunterer 5.4.2010, poniedziałek o 7:38:46

    Naiwne pytanie – innymi słowy, człowiekowi który odżywia się jedząc zwykłe jedzenie, takie z potocznie rozumianą „chemią” nie grozi w związku z tym nic szczególnego? Czy np. ustawodawcy rozważyli kumulowanie się ilości tych związków (co do których nie ma wątpliwości, że dużych ilościach mogą szkodzić, tak?) w wyniku spożywania nie jednego produktu a dziesiątków zawierających je produktów?

    I czy mieliśmy możliwość sprawdzenia długofalowych skutków przyswajania takich bezpiecznych ilości, także w połączeniu z innymi związkami? Co w związku z tym, że niekiedy środki skreśla się z listy w związku z nowymi badaniami, które pokazują, że jednak szkodzą bardziej niż wcześniej sądzono?

    Pytam, bo odnoszę wrażenie, że ogólne przesłanie jest takie, że nic nam nie grozi jedząc żywność z takimi dodatkami i w ogóle better living through chemistry a nie znam się, lecz wydaje mi się, że to bardzo ryzykowne stwierdzenie.

  8. sykofanta 5.4.2010, poniedziałek o 8:47:54

    @ saunterer

    Zagadnienia toksykologii żywności są dość skomplikowane. Tak jak pisałem przyjęte dawki są ustalone zgodnie z obecnym stanem wiedzy. Niestety nie tylko syntetyczne dodatki mogą kiedyś okazać się groźne, ale również żywność bez dodatków może się taka okazać i niejednokrotnie się okazuje.

    Zasadniczo oczywiste jest, że najlepiej (z szeroko rozumianych względów zdrowotnych, także np. uwzględniając problem otyłości) jest jeść żywność nieskoprzetworzoną. Niemniej przepisy częściowo uwzględniają wielkość spożycia. Dlatego np. w naszym kraju dopuszczona ilość dodatku jakiegoś spulchniacza lub emulgatora w ciasteczkach ryżowych będzie większa niż w Chinach czy Japonii, gdzie spodziewane spożycie takiego produktu jest większe.

    Ponadto, jak już pisałem, dawki te ustalane są na podstawie badań na zwierzętach, gdzie bierze się pod uwagę najwyższą dawkę substancji nie powodującą żadnych zmian w organizmie zwierzęcia przez całe jego życie, a następnie dzieli się ją jeszcze przez 100 (czyli znacznie obniża, jest to margines bezpieczeństwa). Ze względu na czasami zasadnicze różnice w metabolizmie rozmaitych substancji w ciałach zwierząt i ludzi uwzględnia się też wszelkie doniesienia epidemiologiczne odnośnie danej substancji z całego świata.

    Nie oznacza to nadal, że można żywić się wyłącznie pasztetem z puszki i oranżadą. We wszystkim ważny jest zdrowy rozsądek. Nie warto jednak sieć paniki, że jak wypiję kolę, to mnie szlag trafi, albo jak zjem glutaminian sodu, to mam przesrane, bo nowotwory i bezpłodność. Coś takiego raczej nie będzie miało miejsca.

    Obecnie EFSA rozpoczęła przegląd wszystkich dodatków do żywności dopuszczonych w Europie. W grupie najwyższego ryzyka, a więc tej, która będzie rewidowana jako pierwsza, są właśnie azotany i azotyny. Może więc się zdarzyć, że za rok lub dwa substancje te zostaną wycofane z obrotu. Nie będzie to jednak wcale równoznaczne z tym, że były jawnie szkodliwe, a raczej będzie oznaczało zwiększenie marginesu bezpieczeństwa.

  9. miskidomleka 5.4.2010, poniedziałek o 12:37:53

    @Sykofanta

    Dzięki za wszystkie fachowe uwagi. Nie ukrywam, liczyłem na twój udział w dyskusji :-)

    Zainteresowała mnie twoja uwaga o możliwym wycofaniu azotanów i azotynów. Jak sobie poradzi wędliniarstwo? Czy wędlinę da się zrobić bez nich?

    Kiedyś próbowałem wyguglac więcej co w tym temacie robią „ekologiści”, i wyszło mi, że „zamiast” azotynów stosują środki naturalne, bodajże sok z selera. Który, oczywiście, zawiera azotyny – czyli wychodzi na to samo poza złudną „naturalnością”.

  10. sykofanta 5.4.2010, poniedziałek o 14:11:12

    @ Miski

    To nie jest tak, że wycofają na pewno. Istnieje taka możliwość, ale muszę jeszcze poczytać na ten temat gdzieś na WHO może. Po prostu azotany i azotyny zostały zakwalifikowane do pierwszej, niezwłocznie potrzebującej weryfikacji grupy dodatków. Oznacza to tylko tyle, że nikt (może poza producentami, którym to zwisa) nie jest za bardzo zadowolony z ich obecności w żywności. Postaram się zdobyć informacje o postępach prac EFSA oraz o możliwości produkcji wędlin bez nich.

  11. Pingback: I Ty możesz zostać mikrobiologiem! – cz.1 « figulacha z makulachem

  12. saunterer 5.4.2010, poniedziałek o 16:28:56

    Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź!

  13. Shigella 27.8.2010, piątek o 17:05:05

    Azotany i azotyny znajduja sie nie tylko w wedlinach, ale i w swiezym miesie; to one zapewniaja rozowa albo czerwona barwe miesa, pozadana przez konsumentow.
    Najczesciej uzywa sie do peklowania saletry potasowej.

    Kiedys ponoc robiono w Polsce eksperyment z niepeklowaniem, ale szarawego miesa nikt nie chcial kupic i sie wycofano.
    Jejku, ale ja dziwne rzeczy pamietam ze studiow ;))

  14. Shigella 27.8.2010, piątek o 17:17:43

    Przypomnaialo mi sie jeszcze (niech ktos mnie poprawi, jesli sie myle), ze azotyny sa bardzo szkodliwe dla malych dzieci.
    Dzieciece organizmy nie potrafia ladnie zmetabolizowac azotynow i niemowlak potrafi sie zgrabnie zapeklowac (azotyny lacza sie z hemoglobina, uniemozliwiajac oddychanie).
    Cos mi sie kojarzy, ze za PRL nakarmiono dzieci marchewka nawozona bez umiaru i bylo kilka zgonow.

  15. Shigella 27.8.2010, piątek o 18:50:11

    Zaczelam studiowac artykul o kielbasie.
    „No właśnie, bo jest silna konkurencja i mocny rynek. Gdyby tam polscy masaże napychali kiełbasy soją albo tzw. MOM – mięsem oddzielanym mechanicznie, czyli mieszaniną chrząstek, ścięgien i zmielonych kości, która w świetle prawa mięsem wcale nie jest – toby pies z kulawą nogą takich wędlin nie kupił”

    Uczono mnie na studiach, ze MOM to masa odkostniona miesna, czyli resztki miesa zeskrobane z gnatow po rozbiorze tuszy/tuszki. No ale co ja tam prosty technolog zywnosci wiem.

    „Światowa Organizacja Zdrowia uznała kilka lat temu, że konserwanty – azotany i azotyny – którymi szpikowane są wędliny, mogą zwiększać ryzyko nowotworów. Problem w tym, że nie ma czym ich zastąpić, a zepsute mięso grozi śmiertelnym zatruciem jadem kiełbasianym. Ponadto czerwone mięso niszczy DNA komórek wyściełających nasz układ pokarmowy”
    Podle mojej wiedzy saletra jest po to, coby scierw rozowiutki byl, bo jakby saletra chronila przed botulina, to by ja dodawano tez i do konserw warzywnych (to juz lepiej zakwaszac, bo Clostridium Botulinum jadowite sie czyni bodaj przy pH>4,5).
    Niszczenie DNA mnie zaciekawilo.
    Przyznam, ze nie jestem wielbicielka wedlin wysokowydajnych. Kiedy przejrzalam sklad „wedzonych udek kurzecych” czym predzej je odlozylam, bo uznalam, ze lista skladnikow 2X5 cm, czcionka 5pt to pewna przesada.
    No ale co ja tam prosty technolog zywnosci wiem.

    „Nawet maggi, ulubiona przyprawa do rosołu, to czysta chemia z glutaminianem sodu i solą w roli głównej.”
    Oj ze niby bialko mleka (kazeina konkretnie) po hydrolizie i zobojetnieniu to takie zlo? A slyszalam panoczku, ze NaCl to w wodzie morskiej znalezli, no ale co ja tam prosty technolog zywnosci wiem.

    „np. na chleb prądnicki, którego receptura pochodzi z XIV wieku, a który regularnie gościł na stołach królewskich, np. podczas obiadów czwartkowych.”
    Czy mi sie wydaje, ze Pradnik to pod Krakowem i ze w XVIII w podroz Krakow/Warszawa trwala kilka dni?
    Fakt faktem, ze pieczywo bez polepszaczy dluzej pozostaje swieze i bardziej mi smakuje. Od dwoch lat pieke chleb w domu, wiec mam material porownawczy.

%d blogerów lubi to: