Miski do mleka

Masajowie uważają, iż mycie wodą naczyń do mleka daje mleku przykry zapach; dlatego myją te naczynia w krowim moczu. Za Kopalińskim

Spotkanie z Oyczyzną

Polska zachęca do powrotu Polaków, którzy wyjechali za granicę. Jednym z mechanizmów jest podatkowa „ulga na powrót”, zwana abolicją podatkową. Krótko mówiąc, kto mając rezydencję podatkową w Polsce pracował w kraju, z którym Polska podpisała pewien (niekorzystny) typ umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, musiał nad Wisłę wysłać spore podatki.

Nikogo by to oczywiście w Polsce nie obeszło, gdyby nie miliony Polaków pracujących ostatnio w Wielkiej Brytanii, kraju, z którym umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania była niekorzystna. By zapewnić sobie wdzięczność polityczną tego sporego elektoratu, Donald załatwił im wstecznie zmianę zasad na takie, jakby umowa była korzystna. Ci, co nie zapłacili, mają być rozgrzeszeni, ci co zapłacili, mają dostać zwrot. Najpierw miało to dotyczyć tylko Wielkiej Brytanii i bodajże Irlandii, ale ktoś naszym profesjonalnym politykom przypomniał, że istnieje Art. 32 Konstytucji, więc inne kraje też się załapały. W tym USA.

W tym ja. Musiałem przeto wypełnić stosowne formularze i złożyć je do polskiego Urzędu Skarbowego. Ministerstwo Finansów nakazuje albo nadać je listem poleconym na polskiej poczcie, albo złożyć „w polskim urzędzie konsularnym”. Do najbliższej polskiej poczty mam koło 7 tysięcy kilometrów w linii prostej, został więc konsulat.

Żeby się upewnić, napisałem e-maila do konsulatu, pytając gdzie, kiedy, jak zaadresować kopertę z dokumentami, itd. Na marginesie, konsulat ma nader profesjonalnie wygladający adres e-mail: polconsul.dc@pewien.amerykański.komercyjny.dostawca.internetu. Hm.

Osoba o dziwnym imieniu Wydział i rzadkim nazwisku Konsularny odpisała, żeby złożyć w „naszym urzędzie”. Hm. To chyba w konsulacie, nie?

Sprawdziłem jeszcze, gdzie się konsulat znajduje, ucieszyłem się, że w ładnej okolicy Waszyngtonu, bliskiej memu sercu, bo mieszkałem kilka razy na tej samej ulicy w bardzo przytulnym hoteliku. I sprawdziłem godziny przyjęć interesantów. 9-13 cztery dni w tygodniu, 13-16 piąty dzień. Hm. Nie dopieszczamy rodaków pracujących nine-to-five.

Niebrzydki willowy budyneczek. Polska flaga. Ataszat wojskowy z tej strony, konsulat z tamtej. No to trzeba zaparkować. Zaparkować? Ups. Nie ma nawet jednego miejsca parkingowego dla interesantów. Hm.

Są wprawdzie miejsca zarezerwowane dla konsulatu. Można nawet spróbować skorzystać. Cóż, kiedy nadjechał pan z kartką „Embassy of Poland” – a więc pracownik ambasady chyba – i zażądał na migi miejsca dla siebie. Na migi, bo nie połapał się, że może po polsku, a po angielsku jakoś mu chyba nie szło. Pracownikowi ambasady.

Wchodzę do konsulatu. Nieduże pomieszczenie, lekko odrapane, gabloty z wzorami podań wizowych, broszurki o Polsce, kilka reklamówek i wizytówek: a to gymu, a to prawników, a to handlarza nieruchomościami. Znaczy, endorsed by Polish embassy? Hm.

Parę miejsc do siedzenia, niski stolik z przyczepionym łańcuszkiem. Chyba był tu kiedyś przymocowany długopis. Mam nadzieję, że nie widelec.

Szeroki wybór aktualnej i treściwej polskiej prasy dla oczekujących interesantów: jeden „Nowy Dziennik” (sprzed miesiąca, pismo polonijne), jedna „Polityka” (sprzed półtora miesiąca) i stosik weekendowych amerykańskich wydań „Super Expressu” (aktualnych). Hm.

W ścianie okienko, nad okienkiem orzeł. Trochę z boku, ale wszak „symetria jest estetyką głupców”, jak powiedział Le Corbusier/Hłasko/Picasso/Witkacy, a może ktoś inny.

Pusto.

Cisza.

Po paru minutach w okienku pojawia się pani. Wyłuszczam sprawę: przyniosłem podatkowe formularze abolicyjne, proszę je ode mnie wziąć. Gdyby pani była Manuelem, rzekłaby „Qué?”. Ale że nie była, zrobiła tylko odpowiednią minę. Wygłosiłem więc litanię tłumaczącą: Polska zwraca podatek zagranicznym, PITy, abolicja, trzeba złożyć do szóstego lutego, ministerstwo każe na polskiej poczcie lub konsulacie, napisałem do państwa maila, dostałem odpowiedź, proszę to ode mnie wziąć. „To ja zapytam”. Znika.

Wraca po kilku minutach. „Muszę zapytać konsula, a konsul rozmawia przez telefon, proszę zaczekać”. Znika.

Kolejne minuty, wraca z facetem w garniturku, musi konsul albo co (nie żeby ktokolwiek się przedstawił, o nie). Facet pyta „ale jaka abolicja”. Hm. Konsul, a nie wie? Pewnie czytania polskiej prasy nie ma w zakresie obowiązków.

Więc ja buch znowu litanię: abolicja, PITy, ministerstwo, poczta, konsulat, mail, odpowiedź, proszę wziąć. Dotłumaczam parę spraw. Znikają oboje.

Po kolejnych paru minutach wraca pani i mówi, że już teraz wie, że może to ode mnie wziąć. Chwała FSM. I że mi wystawi pokwitowanie z pieczątką ambasady. „Będę wdzięczny”. A w myśli: „Pewnie że wystaw, nie wychodzę stąd bez pokwitowania. Przecież wyraźnie nie macie pojęcia o co chodzi. Więc jak nie wystawicie pokwitowania, to po moim wyjściu zrzucicie moje papiery za biurko, żeby nie musieć się nimi zajmować. A ja mam termin do dotrzymania.”

Zniknęła. Do tej chwili upłynęło 25 minut od momentu, kiedy wkroczyłem do konsulatu. I żeby nie było niedomówień, interesant był tam słownie jeden. Ja.

Pokwitowanie dostałem – wydrukowane marną atramentówką, justowanie przez wstawianie całych dodatkowych spacji jak w latach 80-tych, papier ze znakiem wodnym – ale bynajmniej nie ambasady, Polski, czy MSZ, tylko, jeśli dobrze odczytałem, „Agile”. Marka papieru?

I wreszcie największa atrakcja owego niezapomnianego poranka: wypisanie czterolinijkowego pokwitowania, wydrukowanie go, przystawienie pieczątki i machnięcie parafy zajęło konsulatowi trzydzieści minut.

„Ulga na powrót” miała zachęcać do powrotu do Polski. Cóż… no, thanks. A dodatkowe kopie formularzy na wszelki wypadek wyślę wprost do Urzędu Skarbowego pocztą.

Jeszcze jedna uwaga. Pod waszyngtoński konsulat podpadają, wg. strony konsulatu, liczne stany i terytoria: „[…] Florida, Georgia, Kentucky, […] West Virginia, Puerto Rico, American Virgin Islands and other US oversees territories” (pisownia słowa „overseas” oryginalna). Myślę, że polscy podatnicy z Florydy, Puerto Rico, a zwłaszcza Guam, są niesłychanie szczęśliwi mając do wyboru jechać do Waszyngtonu lub na polską pocztę. Może mogą wysłać formularze do Waszyngtonu pocztą, ale jakoś mam wrażenie, że mogłyby spaść za jakieś biurko.

Reklamy

6 responses to “Spotkanie z Oyczyzną

  1. Jurgi 31.1.2009, sobota o 18:26:06

    Widelec! Ha-ha, roześmiałem się, ale po przeczytaniu stwierdzam, że może jednak widelec. Może trzeba było pani w okienki dać kilogram kiełbasy. Podwawelskiej.

  2. miasto-masa-maszyna 31.1.2009, sobota o 20:03:49

    A nie mogłeś po prostu wysłać normalnym ichnim (znaczy hamerykańskim) poleconym?

    Z drugiej strony – ja jak 3 lata temu wysłałem ajnszrajbniętym brifem ostatniego polskiego PIT-a to zwrotu podatku po prostu nie dostałem. I chuj. Jakbym to ja nie wysłał/nie zapłacił/nie stawił się to by mi do dzisiaj karne odsetki naliczyli i na granicy pewnie aresztowali. A oni to mają w dupie. Ze skutkiem takim, że ostatnio jak w Bolandzie jakąś wierszówkę mi chcieli wypłacić to się zrzekłem, zasilając przy okazji konto pajacyka. Przynajmniej na obiad dla głodnych dzieci pójdzie a nie na marmury w kolejnym ZUS-ie w jakimś Mącikale Dolnym.

    No i oczywiście żadnemu polskiemu urzędowi nie przejdzie przez gardło (czy przez co tam przechodzi urzędowi korespondencja) wysłanie mi powiadomienia/zawiadomienia/czego tam do Berlina. Nie ma takiego miasta. Jest Lądek. Lądek Zdrój. Nawet Idea, której wisiałem podówczas pieniądze, nie potrafiła. Przerastało ich możliwości techniczne. Ale już bank – to co innego. Wyciągi z konta, z kart, ze wszystkiego, przesyłają z pocałowaniem w rękę i za free. Co jest o tyle zabawne, że Dojcze Bank każe sobie za to płacić. Ot paradoksy :-)

  3. miskidomleka 31.1.2009, sobota o 23:33:35

    3m: proszę czytać notkę przed skomentowaniem ;-). Normalnie bym wysłał poleconym z amerykańskiej poczty, ale skoro znalazłem informację (o której pisałem w notce) z Ministerstwa Finansów, że ma być albo polska poczta albo konsulat, to chciałem się postarać, żeby nie było, że nie dopełniłem formalności.

    Polski bank przysyła mi papiery bez kłopotów, w każdym razie coś przysyła, bardzo tego nie oglądam, mam od tego Internet. Jedna instytucja której co jakiś czas coś tam wpłacam przysyła mi informację ile się należy, ale dociera ona do mnie parę tygodni po terminie wpłaty. Nie stać ich na lotniczą? Na szczęście można zadzwonić przed terminem i powiedzą.

    Sporothrix: Szukałem, nie znalazłem! A Ty i owszem – znowu. Chyba się do Ciebie muszę zapisać na kursy obsługi Internetu… Więc nie marka papieru, tylko drukarz, u którego zamówili papier z nagłówkiem. Bo to na pewno to, napis Agile na tej stronie wygląda identycznie jak w znaku wodnym.

  4. evita_duarte 1.2.2009, Niedziela o 13:36:24

    W sumie to chciałam coś napisać, ale ręcemi opadły i tak wiszą. Może tylko tyle, że ja też nie dizękuję za powrót do Polski.

  5. miasto-maßa-maszyna 3.2.2009, wtorek o 11:22:43

    3m: proszę czytać notkę przed skomentowaniem ;-)

    Jakoś mi umkło.

%d blogerów lubi to: