You are currently browsing the category archive for the 'struktury natury' category.

Znów leniwie, czyli tylko link. Ale sprawa jest droga memu sercu, bo ostatnio na pewnym forum biję oświaty kagańcem w szczękę klimatycznego denializmu. Spostrzegłem też, że Biokompost się tematem zajął, więc może komu się przyda:

77 odpowiedzi klimatycznym denialistom

Im zimniej (i wietrzniej?), tym grubszej. W Chicago.

grubsze

(zdjęcie do kliknięcia)

Świetny artykuł o szczepionkach: o skuteczności, o efektach ubocznych, o strachu. A także o racjonalizmie, metodzie naukowej i złudnym poczuciu kontroli nad własnym życiem.

Kilka ciekawszych wyimków podaję poniżej, ale bardzo proszę kliknąć i przeczytać całość.

Artykuł ważny nie tylko w temacie szczepionek; każe mi się coraz więcej zastanawiać czy jednak Internet, oferujący na wyciągnięcie ręki niby wiedzę, ale często powierzchowną, często jej pozory, a często bezczelne kłamstwa i mętne urojenia na wiedzę ucharakteryzowane, pozwalający każdemu poczuć się ekspertem, nie wprowadzi naszej cywilizacji – w nowe wieki ciemne.

 

Wyimki (podkreślenia moje):

 

[Ruch przeciwszczepionkowy] is also, ironically, a product of the era of instant communication and easy access to information. The doubters and deniers are empowered by the Internet (online, nobody knows you’re not a doctor) and helped by the mainstream media, which has an interest in pumping up bad science to create a “debate” where there should be none.

 

In certain parts of the US, vaccination rates have dropped so low that occurrences of some children’s diseases are approaching pre-vaccine levels for the first time ever. [...] In the June issue of the journal Pediatrics, Jason Glanz, an epidemiologist at Kaiser’s Institute for Health Research, revealed that the number of reported pertussis cases jumped from 1,000 in 1976 to 26,000 in 2004. A disease that vaccines made rare, in other words, is making a comeback.

 

The suggestion that pharmaceutical companies make vaccines hoping to pocket huge profits is ludicrous to Offit. Vaccines, after all, are given once or twice or three times in a lifetime. Diabetes drugs, neurological drugs, Lipitor, Viagra, even Rogaine — stuff that a large number of people use every day — that’s where the money is.

That’s not to say vaccines aren’t profitable: RotaTeq costs a little under $4 a dose to make, according to Offit. Merck has sold a total of more than 24 million doses in the US, most for $69.59 a pop — a 17-fold markup. Not bad, but pharmaceutical companies do sell a lot of vaccines at cost to the developing world and in some cases give them away. Merck committed $75 million in 2006 to vaccinate all children born in Nicaragua for three years. In 2008, Merck’s revenue from RotaTeq was $665 million. Meanwhile, a blockbuster drug like Pfizer’s Lipitor is a $12 billion-a-year business.

 

According to science journalist Michael Specter, author of the new book “Denialism: How Irrational Thinking Hinders Scientific Progress, Harms the Planet and Threatens Our Lives”, the controversy surrounding vaccine safety has made lack of expertise a requirement when choosing members of prominent advisory panels on the issue. “It’s shocking,” Specter says. “We live in a country where it’s actually a detriment to be an expert about something.” When expertise is diminished to such an extent, irrationality and fear can run amok.

 

[T]he study found that the risk of contracting the disease was lower if you were completely unvaccinated and living in a highly vaccinated community than if you were completely vaccinated and living in a relatively unvaccinated community. Why? Because vaccines don’t always take. What does that mean? You can’t minimize your individual risk unless your herd, your friends and neighbors, also buy in.   Herd immunity!!!! – mdm

Jeden z ostatnich postów w uratowanej przeze mnie spod nożyc Moon dyskusji o szczepionkach, autorstwa Moon zresztą, dotyczył homeopatii. Od złych szczepionek do dobrej homeopatii prosta droga, nieprawdaż? Czytamy w owym poście:

I nie mam wysokiego mniemania o stanie współczesnej nauki. Choćby dlatego, że jeszcze nie udowodniła mechanizmu działania leków homeopatycznych. A te leki jednak działają. Biorą je miliony ludzi na świecie, i ja też, i wszyscy są zadowoleni z wyjątkowych skutków terapii, nieporównywalnych do skutków terapii lekami alopatycznymi. A nie allopatycznymi? – mdm. EDIT: Jednak alo – patrz komentarze.

Z ostatnim fragmentem, że skutki terapii homeopatycznej są nieporównywalne do skutków terapii prawdziwej, czy jak ją zwą homeopatycy i alternatywiści, „allopatycznej” – jestem w stanie się nawet +/- zgodzić. Porównać je oczywiście można, czemu nie. Tyle, że z porównania wynika, iż skutki terapii „allopatycznej” są często jak najbardziej pomyślne (niżej podpisany przykładem), zaś homeopatycznej po prostu żadne. Pisano o tym już wiele, rzucę tylko świeżym dość linkiem do asmoasmo. Warto przeczytać tę notkę, zajrzeć pod linki.

Więc już nawet nie zapytam homeopatyków, twierdzących, że „homeopatia leczy tanio, szybko i skutecznie” (astromaria): gdzie są dowody, kontrolowane, poprawnie przeprowadzone próby kliniczne pokazujące bez wątpliwości owo „szybko i skutecznie”. Nie będę się rozwodził, że medycyna alternatywna – a więc i homeopatia – nie jest bynajmniej pozbawiana przez allopatyczny establiszment szans na wykazanie swej skuteczności. Wspomnę tylko, że amerykańskie Narodowe Instytuty Zdrowia (NIH), najważniejsza, ale nie jedyna agencja rządu amerykańskiego finansująca badania biomedyczne, ma w swoim składzie National Center for Complementary and Alternative Medicine (NCCAM od 1999 roku, a w latach 1991-1999 pod inną nazwą). Że w sumie NIH (przypominam, nie jedyna agencja rządu amerykańskiego płacąca na biomedycynę) wydaje rocznie 300 mln dolarów na badania nad medycyną alternatywną. Z tego ponad 1/3 idzie przez NCCAM – czyli prawie 2/3 przez inne, tradycyjne, „allopatyczne” instytuty. Czyli, dla porównania, NIH wydaje na medycynę alternatywną kwotę równą niemal 1/5 wszystkich pieniędzy, jakie na całą naukę – wszystko, od fizyki subatomowej po Mieszka I – wydaje Polska. I gdzie są tego wyniki, gdzie zwycięska ofensywa wspaniałych leków naturalnych i terapii alternatywnych, zmiatająca w pył trujące i drogie leki allopatyczne, chemiczne, syntetyczne? (Ćśśś… ta ofensywa jest tutaj)

Ale zapytam o jedną kwestię, która ostatnio zaczęła mnie nurtować. Jak wiadomo, dzięki wielokrotnym rozcieńczaniom preparaty homeopatyczne zawierają bądź znikome ilości substancji „czynnej” (czy może: uważanej za czynną), bądź nie zawierają jej wcale. Homeopatycy twierdzą jednak, iż wielokrotne rozpuszczania i wstrząsania powodują, że woda nabywa i zachowuje „pamięć” owej substancji. Pomińmy, ze nikt takiej pamięci nie wykazał. A kiedy wydawało się, że wykazali, dokładne badania kontrolne pokazały, że ulegli myśleniu życzeniowemu, brakowi procedur kontrolnych, nieznajomości statystyki i bałaganowi w laboratorium. A może też ulegli finansowaniu przez producenta leków homeopatycznych?

Załóżmy jednak przez chwilę, choć umysł się wzdraga, że cząsteczki wątroby i serca kaczki piżmowej, rozcieńczane i rozcieńczane tak, że stanowiłyby 10 do potęgi -400 roztworu (na nienaukowe: zero, przecinek, 397 zer, jeden procenta – czyli:
0,000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000001%*), jakiś trwały ślad na wodzie pozostawiają. I że dzięki rzeczonemu śladowi woda ta uleczy pacjenta z przeziębienia czy grypy. Woda, lecznicza woda, woda niosąca moc serca kaczki dla poratowania chorych. Woda.

Tylko dlaczego oscillococcinum to suche cukrowe kuleczki?

 

 

*Dodajmy, że jedna cząsteczka wody stanowi 3 razy 10 do potęgi -23 mililitra tejże wody. Statystycznie rzecz biorąc, w mililitrze ostatecznego wodnego „roztworu” homeopatyku oscillococcinum substancja „czynna” jest zawarta w ilości 3.35 razy 10 do potęgi -378 mniejszej od jednej cząsteczki wody. Czyli stanowiłaby ilość równą
0,000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000335 % jednej cząsteczki wody. Stanowiłaby, bo materia ma budowę atomową i cząsteczkową, więc serca ani wątroby kaczki tam najzwyczajniej nie ma.

Na pewnym forum w dyskusji o szczepionkach przeciw grypie (a jakże!) zlinkowano pewną jutubkę. Telewizja Fox (ta sama) porusza jakże istotną kwestię szczepień przeciw grypie H1N1. Zaproszony ekspert, Dr Ken Holtorf, mówi, że większy niepokój budzi w nim sama szczepionka niż „świńska grypa”. Prowadzący porusza oczywiście kwestię thimerosalu (wychodząc wprawdzie od adjuwantów, o których mówi dr Holtorf, ale nie bądźmy zbyt drobiazgowi). Dr Holtorf omawia związek thimerosalu z autyzmem, mówiąc, że wykazano, iż powoduje autyzm u dzieci z dysfunkcją mitochondriów (szukałem, nie znalazłem…), że u innych (jeśli dobrze wysłuchałem) związek jest „controversial, though highly implicated” (define ‘highly’, please; podaj jakieś wiarygodne źródła); wyraża także troskę o osoby z dysfunkcją bariery krew-mózg lub te, u których jest ona nierozwinięta – dzieci, kobiety w ciąży (jak rozumiem, jest to nazwa inkubatora, bo to przecież nie ciężarna ma nierozwiniętą barierę krew-mózg). Panowie pomijają nieistotny wszakże fakt, że – podobnie jak w przypadku zwykłej grypy – tylko niektóre dostępne preparaty szczepionki przeciw H1N1 będą zawierać thimerosal. Więc można go uniknąć, jeśli już ktoś się go obawia.

Wreszcie, zapytany, czy podałby tę szczepionkę swoim dzieciom, dr Holdorf mówi „Zdecydowanie nie”.

Myślę, że należy z powagą pochylić się nad ostrzeżeniem dr. Holdorfa, i głęboko przemyśleć, czy rzeczywiście warto aplikować sobie i swoim dzieciom tę szczepionkę. Ja swoim dzieciom na pewno jej nie podam*.

Pamiętajmy, że dr. Holdorf to nie byle kto, to ekspert w dziedzinie chorób zakaźnych, a najwyraźniej również w dziedzinie chorób neurologicznych. Dowodzi tego nie tylko przedstawienie go przez telewizor jako eksperta, ale i bujny dorobek naukowy.

Dorobek. Ups: całe dwie (tak, dwie. Raz, dwa. Koniec.) publikacje, obie to przeglądówki, jedna w czasopiśmie dość słabym, druga w marnym. Och, i jedna jest o hormonalnej terapii zastępczej (HTZ) w ogóle, a druga o HTZ przy użyciu hormonów „bioidentycznych”.  Związek HTZ z chorobami zakaźnymi jakoś memu prostemu umysłowi umyka.

 

* z braku tychże, oczywiście.

Miałem ostatnio wątpliwą przyjemność uczestniczyć w dyskusji o szczepionkach na pewnym blogu. Blogu, którego autorka, (jak i wspierające ją koleżanki) jest szczepionek przeciwniczką. Niżej podpisany oraz Ztrewq (autor bloga Biokompost) podjęli dyskusję, atakując i zbijając argumenty Moon (czyli autorki owego bloga). Która posuwała się do sugerowania, że niewielkie ilości chlorku sodu (!) zawarte w szczepionce mogą być szkodliwe (!), a na pytanie w jaki sposób, opowiadała, że „syntetyczny” chlorek sodu jest szkodliwy w odróżnieniu od „naturalnego”. Spytana znów w jaki sposób, odwołała się do chiralności (chlorku sodu!) oraz do teorii strun (!) oraz „fraktalnej struktury”(!) chlorku sodu, czymkolwiek by miała być. Krótko mówiąc, nauka na najwyższym poziomie.  Przełomowych odkryć tego rodzaju było więcej, interlokutorzy proponowali nawet Moon zgłoszenie się po nagrodę Nobla. Wszak takie rewelacje nie mogą być ukryte przed światem.

Moon chwiała się dość długo między nastrojem dyskursywnym a cenzorskim, to blokując niesprzyjające komentarze, to przepuszczając je. W końcu jednak, może z podpuszczenia bojowych koleżanek („dyskutowanie z betonem umysłowym jest wyłącznie stratą czasu i energii, szkoda nerwów, ja pogoniłam to całe towarzystwo z mojego bloga”) postanowiła dać odpór „zrytym łbom” i „psycholstwu”, i wykasowała liczącą ponad 80 komentarzy dyskusję.

Uważam jednak, że takie fajerwerki ludzkiej myśli nie powinny być usunięte z dorobku ludzkości. Tuż przed użyciem wielkich nożyc (czy może raczej zrobieniem die Bücherverbrennung) przez Moon, zastosowałem Ctrl+A i Ctrl+C, a następnie ku nauce i/lub uciesze czytelników tego bloga, Ctrl+V.

Ostrzegam, dyskusja jest długa (i lekko przez mnie przeformatowana dla poprawy czytelności – mam nadzieję, że udało mi się zachować strukturę). Co mocniejsze fragmenty pozwoliłem sobie podkolorować na czerwono. Zachęcam jednak do przeczytania całości. Podaję też link do miejsca, gdzie dyskusja była, zastanówcie się jednak przed kliknięciem, czy na pewno chcecie nabijać statystyki tej osobie.

Aha, jako ciekawostkę dodam, że mimo ciągłego zastrzegania się, że nie chce ze mną rozmawiać, Moon prowadziła ze mną długą (do tej chwili 52 listy) dyskusję emailem, zarówno przed jak i po skasowaniu dyskusji z bloga. Niestety, nie pozwoliła mi zacytować owej wymiany listów, a szkoda, było tam wiele smaczków. Dość powiedzieć, że w ramach, ekhm, polemiki, zostałem nazwany „kimś z bandy szaleńca Barta” oraz „prawdopodobnie gejem”.
Read the rest of this entry »

Po 15 latach pracy opublikowano rekonstrukcję małpo-ludki (dosłownie) sprzed 4,4 mln lat.

She was a transitional figure, almost a hybrid — a tree creature who could carry food in her arms as she explored the woodland floor on two legs.

Some of the characteristics of the animal’s skeleton are said to echo features seen in very ancient apes; others presage traits seen in later, more human-like species.

Częstym błędem w myśleniu o ewolucji jest przekonanie, że współczesny gatunek (tu – szympans) jest przodkiem innego współczesnego gatunku (tu – człowieka). Nie, mieli tylko wspólnego przodka, i obie linie mogły się zmienić (i zwykle zmieniły się) w porównaniu z owym wspólnym przodkiem. Polecam zwrócić uwagę na następujący fragment:

The new research on Ardi suggests that this [last common] ancestor [of humans and chimpanzees] didn’t look nearly as much like a modern chimpanzee as had been previously suspected. Rather, the ancestor would have looked more like Ardi. This suggests that chimpanzees, far from being time machines for visiting the distant past, have themselves evolved significantly, including developing such skills as suspending from branches and knuckle-walking.

 

A przy okazji pochylmy głowy i podziękujmy Stwórcy za zakopanie na etiopskiej pustyni tych kości, stworzonych specjalnie by sprawdzić naszą wiarę w Stworzenie…

Gdy słoninki ludzie nie wywieszą, możesz przekąsić… gackiem na zimno.

 Krajobraz po uczcie niemal jak u Goyi.

 

Informację z BBC przepisała jak zwykle wyborcza.pl. Skrócili i wykastrowali – gdzie zdjęcie, gdzie dane odkrywców, gdzie ciekawe informacje: o możliwym wykrywaniu przyszłej potrawy uchem, o tym, że być może sikora uczy się nowego obyczaju gastronomicznego od innej sikory, o rozmiarze nietoperza względem sikorki.

Ale błędów stosunkowo mało: łacińskie nazwy gatunkowe piszemy kursywą; to jest pierwszy udokumentowany przypadek polowania (a nie pożywiania się – znany wcześniej przykład pożywiania się jest wspomniany nawet w tym samym artykule BBC ) ptaków śpiewających na nietoperze; w doświadczeniu preferencyjnym sikorki od nietoperzy wolały boczek i ziarna słonecznika – o owocach i owadach (tak po polsku, nie „insektach”) była mowa w innym kontekście. Jak na wiodący polski dziennik prawie dobrze.

czyli zabawa tłem i światłem.

Proszę klikać na miniaturki, urosną!


wazka1

 

wazka3

Zdjęcia mają w nazwach plików słowo „ważka”, co jest błędem. Szczegóły w komentarzach :-) 

Simcha Lev-Yadun, Gadi Katzir i Gidi Ne‘eman opisali pustynny rabarbar, który sam się podlewa. Niezwykle inteligentnie zaprojektowany! ;-)

Nietypowo wielkie jak na pustynną roślinę liście okryte hydrofobową kutykulą* i ukształtowane w sposób przypominający system górskich dolin rozpościerają się na ziemi na kilkadziesiąt centymetrów, wyłapują wodę z rzadkich deszczy i kierują w stronę korzenia. Zysk wody jest mniej więcej szesnastokrotny „przenosząc” rabarbar z potwornie suchej pustyni Negev w normalny klimat śródziemnomorski.

Doniosło o tym BBC, ale z sentymentu do czasopism o niemieckich tytułach zlinkuję też pierwszą stronę oryginału z Naturwissenschaften. Ciekawym i posiadającym dostęp polecam również przyjrzenie się całości – autorzy podchodzą do tematu dość wnikliwie, z mierzeniem stopnia nawilżenia gleby po symulowanym deszczu włącznie.

 

*The smooth upper leaf surface is covered with a shiny, hydrophobic, waxy cuticle, possibly enhancing the plant’s water harvesting efficiency due to a ”lotus leaf effect” (Barthlott and Neinhuis 1997), which results in efficient water runoff even at extremely low rainfall intensities. Consequently, water is expected to flow along the veins to the leaf’s base where it might irrigate the root. Lev-Yadun et al. (2009). Rheum palaestinum (desert rhubarb), a self-irrigating desert plant. Naturwissenschaften 96: 393-397.

I spostrzegła, że na ścianach rynny miernika nie pozostał nawet ślad wilgoci po spłynięciu wody. Woda odchodziła z owych ścian, jakby nie było siły adhezyjnej. Znalazła ostateczny klucz do fremeńskiej techniki w tym prostym fakcie: oni byli perfekcjonistami. Frank Herbert, Diuna (tłum. Marek Marszał), Phantom Press International, Gdańsk 1992.