You are currently browsing the category archive for the 'od autora' category.
http://www.skeptic.com/eskeptic/09-09-23#feature
Solidne! Proszę rozpowszechniać!
Anonimowość w internecie. Szum się wokół niej zrobił przy okazji sprawy Kataryny. Nietrudno było wtedy (i nie tylko wtedy) napotkać opinie silnie przeciwne anonimowości, czy może raczej używaniu pseudonimów zamiast nazwisk (to nie to samo!) w internecie. Ot, na przykład:
kiedy ktos wglasza poglady, aspiruje do tworzenia opinii publicznej (to wyrazenie moze troche na wyrost), to zachowanie anonimowosci podwaza w jakis sposob wiarygodnosc. czyzby popularny bloger wstydzil sie swych pogladow? albo nie mial odwagi glosic ich pod swym nazwiskiem?
kilerr u 3m („kilerr” – więc sam pod pseudonimem, ale jednak nie całkiem, bo dwa kliki od nazwiska)
W demokracji odwaga cywilna wymaga, by własne poglądy i opinie wygłaszać z otwartą przyłbicą. To podstawowy warunek wiarygodności i szacunku, którego tak domagają się ukryci za pseudonimami blogerzy.
uważam, że anonimowość nie ma nic wspólnego z wolnością słowa i wyklucza anonima ze sfery poważnej dyskusji
oraz
Wyobraźmy sobie teraz, że pod gazetowymi artykułami dziennikarze zaczynają podpisywać się pseudonimami. Publikując komentarze, teksty śledcze, ujawniając afery, nie firmują tego własnym nazwiskiem a redakcje oświadczają, że wara wszystkim od tożsamości autora. Taka sytuacja jest dopuszczalna tylko w kraju totalitarnym
Wojciech Czuchnowski w wyborcza.pl – stąd i stąd
Polemizowałem z antypseudonimowcami m.in. tak (u 3m):
w świecie “realnym” (który od “wirtualnego” w dziedzinie publicystyki się nie istotnie nie różni) anonimowość publicysty się zdarza. I tu, i tu, niektórzy przyjmują sobie nom de plume, i poprzez działalność pod tymże stają się rozpoznawalni. Pseudonim staje się – na danym polu – ważniejszy od nazwiska. Niepodpisywanie się nazwiskiem staje się oczywiste.
oraz (na Niedowiary, polemizując z twierdzeniem o immanentnej efemeryczności pseudonimu)
Osoba, która dłuzej funkcjonowała pod nickiem, niejako budowała jego rozpoznawalność i prestiż, nie porzuci go pochopnie, lub przynajmniej zostawi zwykle tropy do starej osobowości. Jak Pawian przy drodze. Osoba, która załozyła bloga, nabluzgała komu się da, i po 3 tygodniach założyła innego pod innym nickiem, chyba jest w ogóle mało warta uwagi?
Co ważniejsze, często pseudonim/nick jest lepiej rozpoznawany niż nazwisko. Nawet nie odwołując się do Bolesława Prusa ;-), tak było chyba ze słynną Kataryną właśnie, czyz nie?
Dziś jeszcze jeden argument za anonimowością, czy może raczej za pseudonimowością, a nawet za mnożeniem osobowości internetowych. Argument zbijający zacytowane powyżej słowa Czuchnowskiego o tym, co by było gdyby dziennikarze podpisywali się pseudonimami – z których, jak rozumiem, Czuchnowski wyprowadza, że niedziennikarze też powinni zawsze podpisać się nazwiskiem.
Otóż Czuchnowski gubi pewną różnicę. Niedziennikarz ma zazwyczaj inne życie zawodowe, inną karierę poza swoją „publicystyką” – blogową czy forumową. Niedziennikarzowi może najzwyczajniej zaszkodzić powiązanie jego nazwiska z taką czy inną działalnością sieciową, nawet niewinną. CNN ostrzega: twoja przeszłość internetowa (ta powiązana z nazwiskiem, naturalnie) zostanie przesiana i przeanalizowana przez potencjalnego pracodawcę. I chodzi nie tylko o działalność nielegalną. Nie chodzi nawet – co samo w sobie jest oburzające – o wyrażone gdzieś poglądy polityczne czy (anty)religijne. Nie chodzi też o sytuację, gdy nadmierna rozrywkowość może komuś kłócić się z powagą zawodu – co też moim zdaniem jest naruszeniem prawa do prywatności. Ale nawet travel tips, book reviews and online gaming advice might not paint the picture of a “nose to the grindstone” kind of person.
Przepraszam wchodzących przez RSS za zakłócenia. Moje eksperymenty z mapą odwiedzających nie wiem czemu zaowocowały postem z takąż mapą, który następnie usunąłem. Ale w RSS się ostał.
… i może już ostatni. Tu i ówdzie rozmaici polemizowali z moją notką o wodowaniu na rzece Hudson, jak również z argumentacją przedstawioną pod notką na blogu „Salon Nowojorski”. Jednym z argumentów przeciwko mojej notce, a za „cudownością” wodowania, był rzekomy „szum robiony przez ekspertów”. Oczywiście, autor tego sformułowania mylił się (nie w tym jeno), szum był robiony przez media, którym do ekspertów zwykle baaardzo daleko.
Dziś z przyjemnością linkuję notkę eksperta, zawodowego pilota pasażerskich odrzutowców, autora książki o lotnictwie pasażerskim, felietonisty Salon.com (felietony na temat, łatwo zgadnąć, lotnictwa pasażerskiego) – Patricka Smitha. Notkę, która w większości punktów jest zbieżna z moimi wywodami przedstawionymi na tym blogu i na Salonie Nowojorskim.
Wczoraj niedziela, szukałem sobie czegoś do poczytania. Może jakieś blogi? Nic z tego, marazm, blogerstwo odpoczywa, z rzadka ktoś kapnie notką.
A dziś Google Reader wita mnie trudną to przeliczenia liczbą nowych notek. Tydzień pracy się zaczął, blogerstwo poszło do roboty, blogosfera odżyła!
(Od razu wyjaśniam, ja mam dzisiaj wolne!)
Slatkin dostawał rocznie ponad milion. Dolarów. Eschenbach półtora do dwóch ze sporym hakiem.
A to przecież nie największe tuzy. Eschenbacha z Filadelfii zdaje się niemal wyrzucili. Waszyngton jako zsyłka?
Nie raz słyszałem narzekania - i sam narzekałem – że demokracja partyjna jest pakietowa. Chciałoby się móc zagłosować na partię czy kandydata, których poglądy (przynajmniej deklarowane, ale zgodność deklaracji z późniejszymi działaniami w polityce to zagadnienie oddzielne i banalne) są pod każdym, lub przynajmniej pod wieloma względami zgodne z moimi. Niestety względów jest wiele, partii mało (w niektórych demokracjach dwie), i z moimi poglądami zgodne są deklaracje jednej partii w jednej dziedzinie, innej w innej dziedzinie, jeszcze inne w jeszcze innej.
Może więc należałoby przebudować system, na przykład tak. Niezorganizowani w partie kandydaci deklarują poglądy w dużej liczbie zagadnień, przypisując im wartości liczbowe. Np. zgoda na off-shore drilling w USA: 2 punkty w skali 0-10. Tę samą listę zagadnień umieszcza się na karcie wyborczej, i głosujący znów podaje wartości liczbowe zgodnie ze swoimi przekonaniami. Przypisując zagadnieniom wagi zgodnie z własnym poczuciem istotności tychże. Z pewnością dałoby się stworzyć algorytm maksymalizujący dopasowanie reprezentacji parlamentarnej (prezydenckiej, burmistrzowskiej czy jakiejkolwiek innej) do poglądów wyborców. W ten sposób głosowałoby się na zagadnienia, problemy – a nie na ludzi, na ich zdolności oratorskie i umiejętność ułożenia grzywki. Zbędne byłyby reklamy wyborcze – ileż oszczędności. Potrzebne byłyby zabezpieczenia przed wyliczeniem przez grupę kandydatów (czyli partię) profilu wyborcy zgodnego z nimi i reklamowanie go swoim wyznawcom. Wszystko do załatwienia. Można by nawet włączyć IQ kandydata jako niezależny od woli wyborców czynnik modyfikujący – to by z pewnością pomogło polityce.
A myśl ta się mi nasunęła, gdy szukałem dobrej i niedrogiej karty dźwiękowej 24/96 stereo posiadającej wyjście na słuchawki i na głośniki aktywne, przy czym każde z tych wyjść powinno mieć osobną regulację głośności gałką na urządzeniu. Okazuje się, że te proste w sumie wymagania są spełnione dopiero w kartach mających również na pokładzie – a więc i w cenie – niepotrzebne mi wzmacniacze mikrofonowe z Phantom Power, złącza cyfrowe, czy złacza MIDI, jak Tascam US-144 czy E-MU 0404. Cholerne pakiety.
Masajskie naczynia, o których pisał Kopaliński, to nie miski lecz tykwy. Zazwyczaj wydłużone. Ale „miski do mleka” ładniej mi brzmi niż „naczynia…” czy nawet „tykwy…”. I skrót przywołuje dobre wspomnienia.


