You are currently browsing the category archive for the 'o i wokół muzyki' category.
Co ja mówię, ERY!
Dzisiaj wyszła wersja 1.0 odtwarzacza audio foobar2000. Po siedmiu latach (bez jednego miesiąca) istnienia, dziecko Petera Pawlowskiego straciło jedną ze swoich wyróżniających cech, czyli numer wersji utrzymywany w postaci 0.x. Utrzymywany, zaznaczam, mimo bycia od dawna dojrzałym, efektywnym i niezawodnym programem, lepiej się sprawującym niż niejeden 8.0 czy 13.0. Poprzednia wersja miała numer 0.9.6.9, i ciągle (dla kolekcjonerów?) jest do ściągnięcia, dopóki 1.0 pozostaje w fazie beta.
W sumie jest to krok nominalny: moim zdaniem zmiany, przynajmniej te widoczne dla użytkownika, od 0.9.6.9 do 1.0 są mniej istotne, niż na przykład od ostatniej podwersji wersji 0.8 do pierwszej podwersji 0.9.
Lista zmian na stronie foobar2000, więcej szczegółow na forum. Najwyraźniej nie została wprowadzona funkcjonalność, której mi osobiście brakuje – dostępność stanu przełącznika Stop after current jako zmiennej do użycia w skryptach formatowania tytułów. Może się kiedyś doczekam.
Tak czy owak, mimo powyższego braku, polecam foobara wszystkim, którzy mają ochotę na leciutki, zgrabny, niesłychanie uniwersalny (czyta formatów jak mrówków), funkcjonalny (konwersje formatów zawsze pod ręką), napisany ze starannością i dbałością o jakość dźwięku (nie ma obsuwów jak brak gapless playback przy odtwarzaniu przez ASIO w odtwarzaczu Media Monkey), rozszerzalny (każdy może napisać komponent) i dopasowywalny do potrzeb i upodobań użytkownika odtwarzacz audio pod Windows. Inne cenione, choć nieużywane przeze mnie funkcjonalności, to ReplayGain, czy samoaktualizująca się biblioteka muzyki. Polecam do tego stopnia, że na lewą kolumnę zawędrował minibannerek reklamowy.
Komentarz na YouTube:
Моцарт-рулез на века!!!
Kto przewidzi, jak będzie wyglądał język internetu za 20 lat?
Na marginiesie: stobaksov komentował uwerturę do Wesela Figara poprowadzoną przez niezmiernie rozradowanego Levine’a. Jeśli już uwertura wprowadziła go w taki nastrój, co się musiało dziać 4 akty później!
Do stosu jeszcze droga daleka, ale pierwszy krok zrobiony…
(uzupełnienie do niedawnej notki)
Są w tym wywiadzie rzeczy budzące moje wątpliwości. Jak choćby:
moim autorytetem jest cały czas Jan Paweł II. Dla mnie to był anioł zesłany, człowiek, który był niewiarygodną postacią
Czy osoba o wiadomych dokonaniach w dziedzinie zapobiegania epidemii AIDS w Afryce, za której rządów działy się takie rzeczy, itd. itp. (listę wątpliwych zasług JP2 znamy), to zaiste anioł?
Są momenty, hm, zabawne (o potencjalnym duecie z Edytą Górniak):
A poza tym, ja jestem altem, ona jest sopranem, byśmy się męczyły.
Jakby to powiedzieć – to się naprawdę daje zrobić…
Są niekiepskie cięte riposty, jak do wypowiedzi Hołdysa na stronie 7.
I jest rzecz niesłychanie ważna.
Gorąco Dodzie dziękuję za wyrażenie trzeźwej opinii o Biblii, za odwagę zauważenia (nawet, jeśli w ciut nadefektowny sposób), że niekoniecznie została ona napisana przez ludzi z definicji godnych zaufania i – szczególnie – za deklarację zaufania do nauki:
Pytanie: Czyli bardziej wierzysz, mówiąc w cudzysłowie, w dinozaury niż w Biblię?
Doda: Wierzę w to, co nam przyniosła matka Ziemia i co odkryto podczas wykopalisk. Są na to dowody i ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła…
Co się dzieje z Polską, że osobą pozwalającą sobie na wprowadzenie takiego sensownego sposobu myślenia do sfery publicznej, odważającą się podkreślić zaufanie do dowodów naukowych, może być tylko popkulturowa skandalistka?
Co się dzieje z tym krajem, jeśli reakcją jest natychmiast doniesienie do prokuratury o obrażenie uczuć religijnych (oczywiście!), w dodatku wniesione przez Nowaka– i to nie Nowaka-od-Rydzyka tylko Nowaka-od-sekt?
Zaraz, od sekt? No, ale jest i wyjaśnienie tej zagadki: Nowak wziął na celownik Dodę dopiero teraz, gdy jej partnerem życiowym został lider zespołu Behemoth.
I mamy drugie dno. W Polsce jak widać jest nie do pomyślenia, by kobieta miała własne poglądy. Jak nawet jakieś ma, to wzięła je od faceta.
To samo sugeruje w Rzepie Semka:
Wystarczyło parę miesięcy ognistego romansu Dody z Nergalem – wokalistą grupy “Behemoth” – i już znana piosenkarka wypowiada się w “behemotowy” sposób. [...] No cóż. Potwierdza się stare przysłowie – Kto z kim przestaje takim się staje.
Semka, dodajmy, jako rasowy prawicowy publicysta, nie tylko nie wierzy w samodzielne kobiece myślenie, ale podpiera się prawdziwymi, solidnymi autorytetami. W tym konkretnym wypadku: „Superexpressem”.
Edit 12. sierpnia: ciąg dalszy.
Od jakiegoś czasu na jutubie wisi Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę w wykonaniu niby Niemca, ale według wiki po troszku Węgra, Christopha von Dohnányi. Jak ktoś preferuje ruchome kolorowe obrazki i przyzwoity dźwięk, proszę sobie posłuchać:
1. Andante tranquillo
2. Allegro
3. Adagio
4. Allegro molto
A dziś wpadł mi w ekran — i w ucho — nowszy upload, choć starsze nagranie. Tym razem cały Węgier, Ferenc Fricsay (Fricsay Ferenc raczej, jeśli szanować narodowość). Proszę państwa, jest stare — tak stare, że aż mono. Dół dudni paskudnie, glissanda na kotłach ledwie słychać. Ale — mimo to — wolę* Ferenca od Christopha, wolę to strukturalniejsze i bardziej majestatyczne wzrastanie pierwszej części i dramatyczniej nieuniknione jej zanikanie. Wolę bardziej nerwowe, frenetyczne Allegro, wolę bliższe scenom horrorowo cmentarnym Adagio. Nawet w czwartej części, co do której mam pewne wątpliwości, czy w ogóle jest w utworze potrzebna, chyba postawię rozpędzonego Fricsaya wyżej. Może Orkiestra Radia Północnoniemieckiego nie sięga tam, gdzie sięgali ich koledzy z Orkiestry Symfonicznej Rozgłośni Sektora Amerykańskiego. Może rzekoma „magia” koncertu na żywo czasem okazuje się niezbyt magiczna, i nie wytrzymuje konkurencji z w teorii przemózgowionym, a w praktyce znacznie bardziej emocjonującym nagraniem studyjnym. A może po prostu co dwóch Węgrów, to nie jeden i ćwierć.
Wersja Fricsaya:
1. Andante tranquillo
2. Allegro
3. Adagio
4. Allegro molto
* Jak wielokrotnie opisywano, odczucia zgłaszane przez różnych słuchaczy po wysłuchaniu tego samego utworu bywają bardzo różne. Ba, oceny tego samego wykonania także — to ostatnie zdarza się również temu samemu słuchaczowi, gdy słucha ponownie po pewnym czasie. Na przykład niżej podpisanemu, ale również osobom bardziej fachowym, jak to wyszło na jaw chociażby przy okazji afery Joyce Hatto. Przeto opinie sprzeczne z moimi tym bardziej zapraszam zgłaszać w komentarzach :-).
PS. Linki dałem w HQ (von Dohnányi) i HD (Fricsay) — jeśli to dla czyjegoś łącza za wiele, proszę sobie zmienić właściwym guzikiem lub wykasować „$fmt=liczba” z końca linku.
Panie Prezydencie. Znajdź Pan sobie jakiś cichy Sulejówek, i niańcz wnuki lepiej. Zamiast po raz kolejny podczepiać się pod idiotyzmy.
Nawiasem mówiąc, pogratulować „wiary”, którą taki koncert jest w stanie „podważyć”.
A symfonie Chopina i opery Brahmsa?
Kilka uwag na temat, nad którym jakoś nigdy się nie zastanowiłem: dlaczego sztuka współczesna jest znacznie powszechniej znana, lepiej odbierana i sprzedaje się lepiej niż współczesna muzyka poważna?
Odpowiedzi pod linkiem nie znajdziecie, ale to nie dziwne – tam jest w zasadzie reklama książki David Stubbsa Fear of Music – Why People Get Rothko But Don’t Get Stockhausen, więc odpowiedzi może należy szukać w książce. Ja bym chyba stawiał na problem czasu i napoju: zupełnie nawet niezrozumiały i nieprzemawiający obraz czy rzeźbę można sobie szybko obejrzeć, pokiwać głową, i pójść gdzie indziej. Na piwo. Zaś obcowanie z niezrozumiałą muzyką wymaga jednak wysiedzenia kilku czy kilkudziesięciu minut przy nieprzemawiających hałasach. Zwykle bez piwa.
Może dlatego, jak możecie posłuchać pod powyższym linkiem, Gabriel Prokofiev (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) organizuje „koncerty” współczesnej poważki w luźniejszej atmosferze nocnego klubu pod zwodniczym szyldem „Non-Classical”. Poza tym do posłuchania kilka króciutkich fragmentów niezrozumiałych i nieprzemawiających hałasów.
Polskie portale przekleiły (z tłumaczeniem) notkę Marka Sweda z Los Angeles Times o Zimermanie. Podpisując ją odpowiednio asz, PAP i PAP, Pko – przy czym nie jest jasne, w jaki merytoryczny sposób asz i Pko przyczynili się do publikacji. Ale ja nie o tym.
Załóżmy, ciut ryzykownie, że doniesienia prasowe są ścisłe, i że Zimerman rzeczywiście powiedział, co napisano. Jeśli tak, to chyba IPN powinien go ścignąć za zbrodnię przeciw narodowi polskiemu – napędzanie Polish jokes.
Wiem - artysta. Jest ponad szczegóły, mieszka wieży z kości słoniowej, wzlatuje w rajską dziedzinę ułudy. Ale skoro już zdecydował się wypowiedzieć na tematy aktualnie aktualne, mógłby wpierw przyjrzeć się rzeczywistości, którą krytykuje, i którą postanowił oprotestować odmawiając występów w USA.
I na przykład spostrzec, że od trzech miesięcy w Stanach Zjednoczonych rządzi nowa administracja, która do władzy doszła na obietnicach zmian w stosunku do poczynań poprzedników, którzy to właśnie poprzednicy wysyłali armię USA tu i ówdzie. Nikt nie wie, czy nowa administracja będzie się zachowywać inaczej, ale jak na razie deklaruje, że i owszem. Przeto krytykowanie USA, że są krajem, którego armia chce kontrolować cały świat, jest w obecnej chwili ciut nie na czasie.
Protestowanie przeciw istnieniu obozu internowania w Guantanamo, gdy trzy miesiące temu został wydany nakaz zamknięcia tegoż, też słabo świadczy o orientacji protestującego.
Nie bardzo rozumiem co autor chciał powiedzieć przez „Get your hands off of my country”, jak rozumiem, „off of Poland”. Czy USA najechały ostatnio Polskę? Mam ostatnio mało czasu, ale staram się przynajmniej z nagłówkami wiadomości zapoznawać, więc chyba nie przegapiłbym… Jeśli pianiście nie podoba się projekt założenia amerykańskiej bazy rakietowej w Polsce, to ma do tego pełne prawo - ale wszak tę bazę USA proponują, a polskie rządy nie mają nic przeciwko – wręcz przeciwnie. Chyba wypadałoby w ramach protestu raczej odmówić gry w Polsce?
I wreszcie: kiedy Zimerman podpisał kontrakt na ów koncert w Los Angeles, i inne koncerty, które ostatnio dawał (lub, w sąsiednim powiecie, odwoływał z powodu choroby) w USA? Dwa, trzy, cztery lata temu? Znaczy, w samym środku buszyzmu? I wtedy jakoś Guantanamo nie przeszkadzało?
Mam wielką sympatię do „Uprowadzenia z seraju”, opery bez głębi, bez większego sensu (nawet jak na operę), bez oryginalnej intrygi. Opery, która nie jest tak naprawdę o Turkach, o zakochanych, o szlachetności, o wierności – jest o śpiewaniu. Przez śpiewanie, ze śpiewaniem, w śpiewaniu. Tak jak „Cyrulik”, którego „Uprowadzenie” przypomina pod wieloma względami - ale przede wszystkim koncentracją na śpiewie, cieszeniem się śpiewem, rozkoszowaniem się śpiewem. Furda sens, górą koloratura.
Dziś, nie zdzierżyłem zbyt długiego czytania arcynudnych przepisów na uszczknięcie obamowego stimulusa i zacząłem szukać w Jutubie czegoś odświeżającego. I trafiłem na tę wersję (tu niby lepsza jakość, obraz lepszy i stereo, ale dźwięk gorzej trzeszczy) pieśni i duetu Osmina i Belmonta „Wer ein Liebchen hat gefunden”. Jakość okropna nawet jak na Jutuba, wykonanie nie rzuca mnie na kolana, ale rozbawiła mnie modyfikacja wskazówki scenicznej „Osmin mit einer Leiter, welche er an einen Baum vor der Tür des Palastes lehnt, hinaufsteigt und Feigen abnimmt”. Zrywanie fig z drzewa zmieniło się w…


