You are currently browsing the category archive for the 'mistrzowie kompetencji' category.
No przyznajcie, czy te zdjęcia chemtrails nie są dużo lepsze niż zdjęcia Astromarii? Ale czego się spodziewać po kimś, kto nie umie obsłużyć czegoś tak idiotoopornego jak Picasa… [cytat: Picasa co jakiś czas robi mi bałagan w zdjęciach, więc jeśli znowu połowa zniknie lub jeśli są ułożone nie po kolei, to przepraszam, ale to nie moja wina]
Można, a nawet należy klikać. Proszę też zwrócić uwagę, że na części zdjęć widać trails oraz lecący samolot, który ich nie wytwarza. Szczególnie na ostatnim – dwa wysoko lecące samoloty, jeden zostawia trail, drugi nie! Ha – gdyby to były contrails, zostawiałyby je oba samoloty, czyż nie? Chem, QED ;-)
42+0=90 ?
Wiadomo, że sędzia Laurence J. Rittenband, który prowadził tę sprawę, oszukiwał – wysłał Polańskiego na 90-dniową obserwację do więzienia w Chino, sugerując (prokuratorowi i obrońcy), że po tym terminie wyda wyrok w zawieszeniu, lecz gdy Polańskiego wypuszczono zza krat po 42 dniach, znów chciał go tam posłać.
http://wyborcza.pl/1,75248,7249356,Scigany_i_pozadany_Roman_P_.html
Co do astrologii, to słyszałam od astrologa po specjalnym kursie, że jest to całkiem poważna dziedzina.
Autor: Moon. Tak, ta Moon od dyskusji o szczepionkach.
Nawiasem mówiąc, w świetle popisów Moon w owej szczepionkowej dyskusji, tudzież popisów w jej własnej notce – tej, pod którą przypisała powagę astrologii, dzisiejsza deklaracja Moon: Zainteresowanie takimi rzeczami pozostało mi z liceum (klasa matematyczno-fizyczna) wystawia polskiemu szkolnictwu EPIC FAIL.
Ważne, żeby były efektowne, a po co sens?
Sekretarz (po polsku minister) transportu USA, Ray LaHood, o pilotach lotu Northwest Airlines 188 – tych, co to się zagapili w laptopy (podobno) i minęli docelowe lotnisko o marne 150 mil:
You can’t have pilots sitting in front of a laptop when they’re supposed to be flying a plane at 30- or 40,000 feet in the air with over a hundred passengers on board. That would be like a bus driver sitting with a laptop going 65 miles an hour down the road.
Nie, to nie byłoby tak samo. Samolot na autopilocie radzi sobie całkiem dobrze sam, i nie trzeba – jak w autobusie – kręcić co chwila kierownicą. Lot Helios Airways 522 leciał bez problemu ponad przez dwie godziny po tym, jak obaj piloci stracili przytomność. Rozbił się dopiero gdy skończyło się paliwo. I nawet w wyjątkowo tłocznej przestrzeni powietrznej USA samolotowi pilotowanemu przez entuzjastów laptopów nie groziło raczej zderzenie z innym – kontrola lotów wiedziała, gdzie kto jest, i w razie czego mogłaby skierować ów inny samolot na niekolizyjny kurs. Nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie wydarłby się TCAS, odrywając (oby!) pilotów od laptopów. Jak również ostrzegając pilotów drugiej maszyny.
To wszystko minister transportu powinien wiedzieć. A nawet gdyby nie wiedział, powinien chyba – jako osoba piastująca poważne było nie było stanowisko – dysponować umiejętnością rozumowania. I skojarzyć fakt następujący: piloci lotu 188 byli oderwani od rzeczywistości, zapewne zatopieni w swoich laptopach, przez ponad godzinę. Nic się nikomu nie stało. Czy równie zatopionemu w latopie kierowcy autobusu pędzącego 65 mil na godzinę udałoby się jechać bez wypadku dłużej niż 30 sekund?
Jeszcze dodatek.
Uzupełnienie do poprzedniej notki w kwestii „i załogi”: z tekstu w Washigton Post wynika, to co od początku przypuszczałem, tylko nie miałem potwierdzenia.
Owa „załoga” ze stwierdzenia „kapitan i załoga” użytego na gazeta.pl to był po prostu pierwszy oficer, czy inaczej drugi pilot. Personel pokładowy zdaje się w ogóle nie wiedział, że coś się dzieje. No i oczywiście nie brał udziału w (rzekomej?) dyskusji, przez którą piloci zapomnieli o całym świecie.
…co za różnica.
Pracownikom portalu gazeta.pl jak zwykle gratulujemy kompetencji i umiejętności czytania w obcym języku przy opracowywaniu wiadomości. (screenshot na wypadek gdyby poprawili).
Samolot z San Diego do Minneapolis nie wylądował na lotnisku do którego leciał. [...] Samolot minął lotnisko i dopiero po kolejnych 16 minutach wylądował. 240 km od lotniska, na którym miał pierwotnie zakończyć lot.
Porównajmy:
The MSP center controller reestablished communications with the crew at 8:14 pm and reportedly stated that the crew had become distracted and had overflown MSP, and requested to return to MSP. [MSP czyli Minneapolis - mdm]
Flight 188, carrying 147 passengers, landed safely at Minneapolis after contact was resumed.
Flight 188 landed safely in Minneapolis just after 9 p.m.
A tutaj trasa lotu z FlightAware. Jak widać, wylądował tak jak miał w KMSP. Czyli w Minneapolis.
I jeszcze takie drobiazgi:
Maszyna była wtedy na wysokości 37 tysięcy stóp nad ziemią. Owszem, 37 000 się zgadza. Ale na takich wysokościach wysokość lotu podaje się jako poziom lotu (flight level, FL), czyli w odniesieniu do standardowego ciśnienia atmosferycznego, a nie w odniesieniu do ziemi (AGL). Patrz też AMSL.
Kapitan i załoga tłumaczą, że gorąco dyskutowali. A kapitan nie jest członkiem załogi?
Świetny artykuł o szczepionkach: o skuteczności, o efektach ubocznych, o strachu. A także o racjonalizmie, metodzie naukowej i złudnym poczuciu kontroli nad własnym życiem.
Kilka ciekawszych wyimków podaję poniżej, ale bardzo proszę kliknąć i przeczytać całość.
Artykuł ważny nie tylko w temacie szczepionek; każe mi się coraz więcej zastanawiać czy jednak Internet, oferujący na wyciągnięcie ręki niby wiedzę, ale często powierzchowną, często jej pozory, a często bezczelne kłamstwa i mętne urojenia na wiedzę ucharakteryzowane, pozwalający każdemu poczuć się ekspertem, nie wprowadzi naszej cywilizacji – w nowe wieki ciemne.
Wyimki (podkreślenia moje):
[Ruch przeciwszczepionkowy] is also, ironically, a product of the era of instant communication and easy access to information. The doubters and deniers are empowered by the Internet (online, nobody knows you’re not a doctor) and helped by the mainstream media, which has an interest in pumping up bad science to create a “debate” where there should be none.
In certain parts of the US, vaccination rates have dropped so low that occurrences of some children’s diseases are approaching pre-vaccine levels for the first time ever. [...] In the June issue of the journal Pediatrics, Jason Glanz, an epidemiologist at Kaiser’s Institute for Health Research, revealed that the number of reported pertussis cases jumped from 1,000 in 1976 to 26,000 in 2004. A disease that vaccines made rare, in other words, is making a comeback.
The suggestion that pharmaceutical companies make vaccines hoping to pocket huge profits is ludicrous to Offit. Vaccines, after all, are given once or twice or three times in a lifetime. Diabetes drugs, neurological drugs, Lipitor, Viagra, even Rogaine — stuff that a large number of people use every day — that’s where the money is.
That’s not to say vaccines aren’t profitable: RotaTeq costs a little under $4 a dose to make, according to Offit. Merck has sold a total of more than 24 million doses in the US, most for $69.59 a pop — a 17-fold markup. Not bad, but pharmaceutical companies do sell a lot of vaccines at cost to the developing world and in some cases give them away. Merck committed $75 million in 2006 to vaccinate all children born in Nicaragua for three years. In 2008, Merck’s revenue from RotaTeq was $665 million. Meanwhile, a blockbuster drug like Pfizer’s Lipitor is a $12 billion-a-year business.
According to science journalist Michael Specter, author of the new book “Denialism: How Irrational Thinking Hinders Scientific Progress, Harms the Planet and Threatens Our Lives”, the controversy surrounding vaccine safety has made lack of expertise a requirement when choosing members of prominent advisory panels on the issue. “It’s shocking,” Specter says. “We live in a country where it’s actually a detriment to be an expert about something.” When expertise is diminished to such an extent, irrationality and fear can run amok.
[T]he study found that the risk of contracting the disease was lower if you were completely unvaccinated and living in a highly vaccinated community than if you were completely vaccinated and living in a relatively unvaccinated community. Why? Because vaccines don’t always take. What does that mean? You can’t minimize your individual risk unless your herd, your friends and neighbors, also buy in. Herd immunity!!!! – mdm
Jeden z ostatnich postów w uratowanej przeze mnie spod nożyc Moon dyskusji o szczepionkach, autorstwa Moon zresztą, dotyczył homeopatii. Od złych szczepionek do dobrej homeopatii prosta droga, nieprawdaż? Czytamy w owym poście:
I nie mam wysokiego mniemania o stanie współczesnej nauki. Choćby dlatego, że jeszcze nie udowodniła mechanizmu działania leków homeopatycznych. A te leki jednak działają. Biorą je miliony ludzi na świecie, i ja też, i wszyscy są zadowoleni z wyjątkowych skutków terapii, nieporównywalnych do skutków terapii lekami alopatycznymi. A nie allopatycznymi? – mdm. EDIT: Jednak alo – patrz komentarze.
Z ostatnim fragmentem, że skutki terapii homeopatycznej są nieporównywalne do skutków terapii prawdziwej, czy jak ją zwą homeopatycy i alternatywiści, „allopatycznej” – jestem w stanie się nawet +/- zgodzić. Porównać je oczywiście można, czemu nie. Tyle, że z porównania wynika, iż skutki terapii „allopatycznej” są często jak najbardziej pomyślne (niżej podpisany przykładem), zaś homeopatycznej po prostu żadne. Pisano o tym już wiele, rzucę tylko świeżym dość linkiem do asmoasmo. Warto przeczytać tę notkę, zajrzeć pod linki.
Więc już nawet nie zapytam homeopatyków, twierdzących, że „homeopatia leczy tanio, szybko i skutecznie” (astromaria): gdzie są dowody, kontrolowane, poprawnie przeprowadzone próby kliniczne pokazujące bez wątpliwości owo „szybko i skutecznie”. Nie będę się rozwodził, że medycyna alternatywna – a więc i homeopatia – nie jest bynajmniej pozbawiana przez allopatyczny establiszment szans na wykazanie swej skuteczności. Wspomnę tylko, że amerykańskie Narodowe Instytuty Zdrowia (NIH), najważniejsza, ale nie jedyna agencja rządu amerykańskiego finansująca badania biomedyczne, ma w swoim składzie National Center for Complementary and Alternative Medicine (NCCAM od 1999 roku, a w latach 1991-1999 pod inną nazwą). Że w sumie NIH (przypominam, nie jedyna agencja rządu amerykańskiego płacąca na biomedycynę) wydaje rocznie 300 mln dolarów na badania nad medycyną alternatywną. Z tego ponad 1/3 idzie przez NCCAM – czyli prawie 2/3 przez inne, tradycyjne, „allopatyczne” instytuty. Czyli, dla porównania, NIH wydaje na medycynę alternatywną kwotę równą niemal 1/5 wszystkich pieniędzy, jakie na całą naukę – wszystko, od fizyki subatomowej po Mieszka I – wydaje Polska. I gdzie są tego wyniki, gdzie zwycięska ofensywa wspaniałych leków naturalnych i terapii alternatywnych, zmiatająca w pył trujące i drogie leki allopatyczne, chemiczne, syntetyczne? (Ćśśś… ta ofensywa jest tutaj)
Ale zapytam o jedną kwestię, która ostatnio zaczęła mnie nurtować. Jak wiadomo, dzięki wielokrotnym rozcieńczaniom preparaty homeopatyczne zawierają bądź znikome ilości substancji „czynnej” (czy może: uważanej za czynną), bądź nie zawierają jej wcale. Homeopatycy twierdzą jednak, iż wielokrotne rozpuszczania i wstrząsania powodują, że woda nabywa i zachowuje „pamięć” owej substancji. Pomińmy, ze nikt takiej pamięci nie wykazał. A kiedy wydawało się, że wykazali, dokładne badania kontrolne pokazały, że ulegli myśleniu życzeniowemu, brakowi procedur kontrolnych, nieznajomości statystyki i bałaganowi w laboratorium. A może też ulegli finansowaniu przez producenta leków homeopatycznych?
Załóżmy jednak przez chwilę, choć umysł się wzdraga, że cząsteczki wątroby i serca kaczki piżmowej, rozcieńczane i rozcieńczane tak, że stanowiłyby 10 do potęgi -400 roztworu (na nienaukowe: zero, przecinek, 397 zer, jeden procenta – czyli:
0,000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000001%*), jakiś trwały ślad na wodzie pozostawiają. I że dzięki rzeczonemu śladowi woda ta uleczy pacjenta z przeziębienia czy grypy. Woda, lecznicza woda, woda niosąca moc serca kaczki dla poratowania chorych. Woda.
Tylko dlaczego oscillococcinum to suche cukrowe kuleczki?
*Dodajmy, że jedna cząsteczka wody stanowi 3 razy 10 do potęgi -23 mililitra tejże wody. Statystycznie rzecz biorąc, w mililitrze ostatecznego wodnego „roztworu” homeopatyku oscillococcinum substancja „czynna” jest zawarta w ilości 3.35 razy 10 do potęgi -378 mniejszej od jednej cząsteczki wody. Czyli stanowiłaby ilość równą
0,000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000000000000000000
00000000000000000000000000000000000000000335 % jednej cząsteczki wody. Stanowiłaby, bo materia ma budowę atomową i cząsteczkową, więc serca ani wątroby kaczki tam najzwyczajniej nie ma.
Stan Nowy Jork nakazał pracownikom swojej służby zdrowia zaszczepić się przeciw grypie H1N1.
Rozsądny krok, zważywszy, że, jak podaje CDC, epidemia narasta:
- Visits to doctors for influenza-like illness (ILI) continued to increase in the United States, and overall, are higher than levels expected for this time of the year.
- Total influenza hospitalization rates for laboratory-confirmed influenza are higher than expected for this time of year for adults and children. And for children 5-17 and adults 18-49 years of age, hospitalization rates from April – October 2009 exceed average flu season rates (for October through April).
- The proportion of deaths attributed to pneumonia and influenza (P&I) based on the 122 Cities Report has increased and now exceeds what is normally expected at this time of year. In addition, 19 flu-related pediatric deaths were reported this week; 16 of these deaths were confirmed 2009 H1N1 and 3 were unsubtyped influenza A and likely to be 2009 H1N1. A total of 76 laboratory confirmed 2009 H1N1 pediatric deaths have been reported to CDC since April.
[z materiału datowanego October 09, 2009, 4:00 PM ET]
Pielęgniarka Suzanne Field (i kilka innych osób) zwróciła się do sądu federalnego z pozwem o natychmiastowe zawieszenie nakazu szczepień.
Czekamy na pozew przeciwko nakazowi mycia rąk i zmieniania rękawiczek między pacjentami.
Na pewnym forum w dyskusji o szczepionkach przeciw grypie (a jakże!) zlinkowano pewną jutubkę. Telewizja Fox (ta sama) porusza jakże istotną kwestię szczepień przeciw grypie H1N1. Zaproszony ekspert, Dr Ken Holtorf, mówi, że większy niepokój budzi w nim sama szczepionka niż „świńska grypa”. Prowadzący porusza oczywiście kwestię thimerosalu (wychodząc wprawdzie od adjuwantów, o których mówi dr Holtorf, ale nie bądźmy zbyt drobiazgowi). Dr Holtorf omawia związek thimerosalu z autyzmem, mówiąc, że wykazano, iż powoduje autyzm u dzieci z dysfunkcją mitochondriów (szukałem, nie znalazłem…), że u innych (jeśli dobrze wysłuchałem) związek jest „controversial, though highly implicated” (define ‘highly’, please; podaj jakieś wiarygodne źródła); wyraża także troskę o osoby z dysfunkcją bariery krew-mózg lub te, u których jest ona nierozwinięta – dzieci, kobiety w ciąży (jak rozumiem, jest to nazwa inkubatora, bo to przecież nie ciężarna ma nierozwiniętą barierę krew-mózg). Panowie pomijają nieistotny wszakże fakt, że – podobnie jak w przypadku zwykłej grypy – tylko niektóre dostępne preparaty szczepionki przeciw H1N1 będą zawierać thimerosal. Więc można go uniknąć, jeśli już ktoś się go obawia.
Wreszcie, zapytany, czy podałby tę szczepionkę swoim dzieciom, dr Holdorf mówi „Zdecydowanie nie”.
Myślę, że należy z powagą pochylić się nad ostrzeżeniem dr. Holdorfa, i głęboko przemyśleć, czy rzeczywiście warto aplikować sobie i swoim dzieciom tę szczepionkę. Ja swoim dzieciom na pewno jej nie podam*.
Pamiętajmy, że dr. Holdorf to nie byle kto, to ekspert w dziedzinie chorób zakaźnych, a najwyraźniej również w dziedzinie chorób neurologicznych. Dowodzi tego nie tylko przedstawienie go przez telewizor jako eksperta, ale i bujny dorobek naukowy.
Dorobek. Ups: całe dwie (tak, dwie. Raz, dwa. Koniec.) publikacje, obie to przeglądówki, jedna w czasopiśmie dość słabym, druga w marnym. Och, i jedna jest o hormonalnej terapii zastępczej (HTZ) w ogóle, a druga o HTZ przy użyciu hormonów „bioidentycznych”. Związek HTZ z chorobami zakaźnymi jakoś memu prostemu umysłowi umyka.
* z braku tychże, oczywiście.








