You are currently browsing the category archive for the 'czytane' category.

Zbadać – pikuś. Opisać – drobnostka. Wydać –  kaszka z mleczkiem.

Tylko żeby ktoś to chciał potem czytać…

Gazeta Wyborcza opisuje niemiecki film „Czarno na białym”, w którym biały dziennikarz Günter Wallraff daje się wizażystce przemalować  na czarno, jeździ po Niemczech, i doświadcza na sobie rasizmu krajanów.

„Eksperyment” dość efektowny. Czy szczególnie sensowny, czy uczący nas czegoś – inna sprawa; w artykule Wyborczej Piotr Buras streszcza rozmaite zarzuty i komentarze pod jego adresem. 

Ale szkoda, że Buras nie zauważa, że Wallraff nie był pierwszy. Podobny „eksperyment” przeprowadził już kiedyś biały Teksańczyk John Howard Griffin. Nie dość, że podszedł do zmiany koloru skóry bardziej na serio (duże dawki metoksalenu i naświetlanie ultrafioletem po 15 godzin dziennie), to zrobił to w 1959 roku w Luizjanie, Georgii, Alabamie i Missisipi.

Chciałem ostatnio wypożyczyć i przeczytać książkę Griffina „Black Like Me”, ale okazuje się, że w dwóch najbliższych mi bibliotekach publicznych jest dostępna tylko jako niewygodny wszak audiobook. Przypadek li to jedynie, czy przypomnienie, że Wirginia, to wprawdzie nie Deep, ale jednak South?

 

Jakoś mi w tym temacie ostatnio dwu-członowe posty wychodzą.

Ale właśnie w RSS wkoczył nowy felieton Patricka Smitha, z następującymi słowy o locie 188:

I am more than a bit dismayed by the intense media focus on this story. There was no catastrophe. There was no near catastrophe. The plane was temporarily off-course during high-altitude cruise flight, under ATC watch above non-mountainous terrain. The crew made an embarrassing mistake, and will be punished accordingly, while the rest of us who fly for a living will draw important if obvious lessons. It was a comparatively minor event that has received far more attention than it deserves.

Więc powyższym cytatem uzupełniam poprzednika.

Przeczytałem niedawno książkę. Była okropna:

  • straszna cegła, ponad 800 stron;
  • powoli się dzieje;
  • styl narracji jest okropny: nie dość, że w czasie teraźniejszym, to jeszcze narrator czasem w afektowany sposób zwraca się do czytelnika, brr;
  • szczegółowa w opisach, ale często mało wnoszących cokolwiek do akcji lub czegokolwiek;
  • postaci nie są ani szczególnie sympatyczne, ani lotne, ani w ogóle budzące jakieś pozytywne uczucia;
  • główna bohaterka jest kurtyzaną, ale nie kształtną kobietą o nieskazitelnej urodzie żeby się czytelnik mógł pooblizywać, tylko chuderlactwem, i to z chorobą dermatologiczną(!);
  • nikomu w sumie nic nie wychodzi tak jak by chcieli;
  • parę wątków denerwująco pozostaje nie do końca lub nawet zupełnie niewyjaśnionych – w tym los głównej bohaterki.

No i kurczę nie mogłem przestać czytać.

Michel Faber, Szkarłatny płatek i biały.

BBC opisuje konferencję sceptyków i racjonalistów w Londynie. Cytują Bena Goldacre, autora wartej uwagi strony internetowej Bad Science, który czyni niesłychanie prawdziwą i jednocześnie smutną uwagę:

Mainstream media has repeatedly shown itself to be worse than useless in reporting science and health in many, many fields.

Nic dodać, nic ująć. Przykładów nawet na tym blogu było niemało.

 

Ach, i korzystając z okazji, zlinkuję z Bad Science zbiór zasad zatytułowany „Jak czytać artykuły o zdrowiu i opiece zdrowotnej”.

Poniewczasie, bo Magdalena Środa wypowiedziała się w środę, a ja się odnoszę dopiero w sobotę (dla wielu w niedzielę).

Poniewczasie, bo komentarzy już o tem niemało: młody fizyk, miasto-maßa-maszyna, ~/.Trash.

Po Środzie, gdyż felietonistka miała na tyle, hm, słabszy dzień, że wprost nie można się po niej nie przejechać :-).

A po mojemu, bo chcę zwrócić uwagę na co innego niż zlinkowani komentatorzy. Którzy naśmiewają się ze Środy za to, że energetykę jądrową nazwała męską (i przeto złą), bo, w domyśle, z męskimi gonadami jej się skojarzyła. Moim zdaniem nie w tym jednak tkwi istota (by nie rzec – jądro) problemu z felietonem Środy. Feministyczne doszukiwanie się męskiego dążenia do władzy w (pozornie?) niezwiązanych z płcią faktach może owszem śmieszyć lub złościć, bywa przesadne – choć chyba zasługuje na odrobinę refleksji. Bo chciałoby się, by, na przykład, rozmaite Tuski decydowały o czymkolwiek, włączając energetykę, na podstawie rzetelnej wiedzy i rachunku ekono- i ekologicznego. Jednak ile w tych decyzjach jest rozsądku, a ile właśnie dążenia do exegi monumentum swej męskiej władczości? Ale zostawmy to na boku, bo ze Środą jest poważniejszy problem.

Mówiąc krótko, nie ma ona racji. Nie ma racji, protestując przeciwko energetyce jądrowej.

Nie ma racji twierdząc, że stopień długofalowego zagrożenia [ze strony energetyki jądrowej] jest znacznie większy [niż ze strony energetyki węglowej]. Poprawnie zbudowana elektrownia jądrowa jest niesłychanie bezpieczna. Czernobyl nie jest tu argumentem – trzeba pamiętać, że tamtejszy reaktor był źle zaprojektowany, w sytuacji awaryjnej (wzrostu temperatury rdzenia) w tym typie reaktora pojawiają się dodatnie sprzężenia zwrotne i sytuacja stosunkowo łatwo wymyka się spod kontroli. Reaktory innych typów w podobnej sytuacji uległyby samoistnemu przygaszeniu i nie doszłoby do katastrofy. Ocena bezpieczeństwa ewentualnej polskiej elektrowni jądrowej nie powinna być więc dokonywana na podstawie tego, co stało się w obiekcie z przyczyn ideologicznych źle zaprojektowanym i źle obsługiwanym. Polska elektrownia z racji swobodnego (nie ideologicznego) wyboru bezpiecznego typu reaktora, jak i z racji najzwyczajniejszego postępu technicznego, byłaby nieporównanie bezpieczniejsza niż czernobylska.

Co więcej, nawet katastrofa czernobylska, największy wypadek radiacyjny w historii ludzkości, zabiła bezpośrednio kilkadziesiąt osób. Jak to się ma do śmiertelności powodowanej przez energetykę węglową, w tym przez kopalnictwo? Oczywiście, uran też trzeba wydobyć, i są przy tym na pewno ofiary (jak przy każdej działalności), ale jak się ich liczebność ma do ofiar górnictwa węglowego? Jak niebagatelne z pewnością zniszczenia poczernobylskie czy wzrost zachorowań na raka tarczycy (nb. jednego z najłatwiej wyleczalnych) mają do zniszczeń i chorób wywołanych emisjami z elektrowni węglowych? Te drugie, bardziej rozproszone, są pewnie mniej zauważalne, mniej medialne od pierwszych – ale czy mniej godne uwagi? Słowa Środy o „niebezpiecznych atomach” to przynosząca wstyd osobie o jej pozycji paskudna demagogia.

Tak, odpady z elektrowni jądrowych są problemem – jednak ich stosunkowo niewielka ilość ułatwia znalezienie sensownych rozwiązań. Hałdy kopalniane, pyły z elektrowni, gazy –wszystkie produkowane w ogromnych ilościach – czynią energetykę węglową znacznie bardziej uciążliwą dla środowiska niż atomowa. Również pod względem radiacyjnym: population exposure from operation of 1000-MWe nuclear and coal-fired power plants amounts to 490 person-rem/year for coal plants and 4.8 person-rem/year for nuclear plants. Thus, the population effective dose equivalent from coal plants is 100 times that from nuclear plants. For the complete nuclear fuel cycle, from mining to reactor operation to waste disposal, the radiation dose is cited as 136 person-rem/year; the equivalent dose for coal use, from mining to power plant operation to waste disposal, is not listed in this report and is probably unknown. (podkr. mdm)

Są również marną półprawdą słowa Środy, iż złoża [uranu] są małe i starczą na kilkadziesiąt lat. Na tyle starczą złoża znane i obecne technologie energetycznego wykorzystania uranu. Geologowie jednak nie zasypiają gruszek w popiele i są w stanie oszacować złoża jeszcze nieodkryte. Te mogą dostarczyć uranu na kilkaset lat, a usprawnienie technologii energetycznych jeszcze bardziej przedłuży ten czas. Nie mówiąc już o tym, że elektrownie uranowe, oparte na zjawisku rozszczepiania jąder atomowych, potrzebne będą do czasu opanowania energetyki termojądrowej, której bezpieczeństwo, nieuciążliwość dla środowiska, i dostępność paliwa są znacznie lepsze niż energetyki rozszczepialnej. Trudno sobie wyobrazić, by synteza jądrowa do celów energetycznych nie została opanowana w ciągu najbliższych kilkudziesięciu, może 100 lat.

Wreszcie, chwalebne są nawoływania autorki do oszczędności energii (samoograniczania) i do korzystania ze jej źródeł alternatywnych. Chwalebne, ale pięknoduchowskie. Oszczędność, jeśli nie mamy wrócić do jaskiń, wymaga przede wszystkim postępu technologicznego, zwiększenia efektywności produkcji, przesyłu i zużycia energii. Postęp taki wymaga pieniędzy, i co ważniejsze, czasu. Kosztownego i czasochłonnego postępu wymaga też doprowadzenie przynajmniej niektórych alternatywnych źródeł energii do kosztów i efektywności umożliwiających ich stosowanie na szeroką skalę.

W tej chwili mamy do wyboru ciągnąć na paliwach kopalnych, produkując CO2 i popioły, zabijąc ludzi i zwierzęta (katastrofy tankowców!) przy wydobyciu, transporcie i dystrybucji gigantycznych ilości węgla, ropy i gazu, doprowadzając do szkód górniczych i niszcząc wielkie obszary ziemi (kopalnie odkrywkowe!). Albo, (słowami Środy) by przyszłym pokoleniom pozostawić Ziemię co najmniej taką, jaką ją odziedziczyliśmy, ale przede wszystkim o to, by nie traktować jej jako przedmiotu eksploatacji i wyzysku, ale jako żywy organizm, który ma wartość samą w sobie – używać czystej, bezpiecznej i ograniczonej w skali oddziaływania na środowisko energetyki jądrowej.

P.S. Więcej demagogii przynoszącej wstyd osobie formatu i pozycji Środy: opisywanie Ziemi jako żywego organizmu to afektowana przenośnia mająca korzenie w leżącej na pograniczu nauki i ideologii hipotezie Gai. Demagogią jest także stawianie wartości Ziemi „samej w sobie” przeciw „przedmiotowi eksloatacji i wyzysku”. Ziemia to cenne środowisko umożliwiające życie ludziom, i przede wszystkim dla ludzi powinniśmy dbać o Ziemię. Jeśli zaczniemy dbać o nią dla niej samej, najlepszym rozwiązaniem będzie die Endlösung der Menschenfrage. Человечество – вздор, человечество – ноль?

Ciekawy głos w dyskusji o „chamstwie w internecie” zapoczątkowanej niesławnymi pojękiwaniami Jacka Żakowskiego.

Dygresja. Parę razy już mówiłem i pisałem, ale nie pamiętam, czy u siebie na blogu, więc przepraszam za ewentualną powtórkę: istnieje w polskiej sferze publicznej koncept (ucieleśniony, naturalnie) „autorytetu”. Jest to zwykle mężczyzna w nieco podeszłym wieku – a przynajmniej o powierzchowności nieco podeszłej, ale koniecznie fotogenicznej w sposób budzący nieokreślony respekt. Autorytet lubi stawiać diagnozy, często zdradzając przy tem nieznajomość istoty, głębokości, lub szerokości diagnozowanego zjawiska, i popadając w pars pro toto. Swoje najzupełniej prywatne poglądy wygłasza tonem i w sposób taki, jakby były bezdyskusyjnymi uniwersalnymi prawdami. Nie zważając na ich niezgodność, powiedzmy, z Konstytucją, wyprowadzenie z błędnej diagnozy, czy nieprzystawanie to potrzeb, poglądów czy obyczajów maluczkich, którym chce przewodzić. Przykładem może być Kościół Katolicki ;-).  Żakowski najwyraźniej zaczyna celować w rolę autorytetu. Zapuścił siwą brodę (fotogeniczny respekt) i nawołuje do cenzorskiego zwalczania „chamstwa w internecie”, przy czym ani internetu, ani chamstwa w nim najwyraźniej zbyt dobrze nie rozumie. I oczywiście nie zważa na niezgodność i nieprzystawanie, jak wyżej.

Wracając do ciekawego głosu, autorstwa Wojciecha Sadurskiego: poniżej cytuję jego spostrzeżenia zdecydowanie trafniejsze niż Żakowskiego (zapraszam też do przeczytania całości). Sadurski jednak autorytetem nigdy nie zostanie, nie ten typ urody

Omawiając przed ponad stuleciem granice wolności słowa, John Stuart Mill rozważał taką oto sugestię, że wszelkie opinie powinny być dopuszczone – pod warunkiem że będą wyrażone w sposób umiarkowany i kulturalny. Millowi – filozofowi skądinąd umiarkowanemu i spokojnemu – ta sugestia zupełnie się nie spodobała. Jeśli granicą wolności słowa – pisał – „ma być obraza tych, których opinie są atakowane, to doświadczenie pokazuje, że obrażają się oni, kiedy tylko atak jest silny i celny, oraz że każdy oponent, który przypiera ich do muru i któremu z trudem odpowiadają, wydaje im się pasjonatem”.

Sam zresztą od czasu do czasu oskarżany byłem w sieci – ku mojemu zdziwieniu – o mało kulturalne wypowiedzi, gdy popełniałem jakieś żarciki może nie najwyższego lotu, ale nie tak znowu niegrzeczne. O brak kultury oskarżali mnie ludzie, którzy – jak sądziłem z ich wcześniejszych wypowiedzi – nie należą do tak wydelikaconych i wrażliwych osobników, aby jakaś niewinna kpinka nadzwyczaj ich raniła. I właśnie tłumaczyłem sobie tę reakcję spostrzeżeniem Milla, że formą wypowiedzi obrażają się zazwyczaj ci, którzy już nie mają argumentów.

wytłuszczenia mdm

Polacy twierdzą też, że Polska miała większy wpływ na przebieg wojny niż wielkie mocarstwa: USA i Wielka Brytania, a także Japonia i Francja.

Ho, ho. Dobrze, że nie większy niż Niemcy.

Chociaż… historycznie oblatani komentatorzy, jak to w sumie z tą Francją było? ;-)

Gazeta.pl: „Niesmaczny żart z Polaków prezentera BBC”. Pomińmy na razie marną gramatykę (Polacy własnością prezentera BBC?), pomińmy łamanie standardu oddzielania opinii od informacji (słowo „niesmaczny” w tytule czysto informacyjnej notki). Zauważmy tylko znacznie porządniejszą pod tym względem wersję Rzepy.

IAR: „Pod klipem jest wiele komentarzy Polaków, ostro krytykujących Jeremy’ego Clarksona”.

„Clarkson żartuje z Polaków”, „Skandaliczny żart wywołał już falę protestów”, „Głupi żart z Polaków” - eFakt (dobra, tu nie należało się spodziewać zbyt wiele).

Onet: „Top Gear: głupi żart z Polaków” (tak jest opisany link z głównej strony, sama notatka ciut spokojniejsza)

Gadu-Gadu: „Top Gear naśmiewa się z Polaków”.

Uch.

Obejrzałem filmik - i dla mnie w co najmniej równym stopniu jak z Polaków żartuje on z Niemców. Czy w Niemczech też są protesty?

W związku z rocznicą pierwszego lądowania ludzi na Księżycu w CNN tekst o ludziach przekonanych, że amerykańscy astronauci tak naprawdę nigdy tam nie dotarli, filmy nakręcono na Ziemi (w Area 51, oczywiście), skały przywiezione z Księżyca to meteoryty, i w ogóle jeden wielki spisek.

Spodobał mi się jeden aspekt „metodyki” owych tropicieli spisku:  Sibrel spent years ambushing Apollo astronauts and insisting they swear on a Bible before his cameras that they walked on the moon.  Facet wierzy, że rząd amerykański zmontował taką gigantyczną tajną operację, przez 40 lat nikt z tysięcy osób które musiałyby pracować nad sfabrykowaniem tych dowodów nie ujawnił prawdy, i nagle astronauci (czy rzekomi astronauci ;-) ), postaci najważniejsze w tym całym spisku, zmienią zdanie, padną na kolana i wyznają straszliwą prawdę – bo Sibrel zamachał im przed oczami Biblią?

Więcej to poczytania:

wyjaśnienia rzekomych dowodów na nielądowanie – 1, 2, 3, 4.

Jurgi o Apollo 11.

A na koniec notki… Jako „dowody” spisku podaje się między innymi brak na zdjęciach gwiazd na księżycowym niebie, oraz widoczność przedmiotów czy osób znajdujących się w cieniu (z braku rozpraszającego światło powietrza cienie powinny być smoliście czarne).  Wytłumaczeniem mają być odpowiednio:
- duża rozpiętość jasności między oświetlonym przez słońce gruntem a relatywnie ciemnymi gwiazdami i nastawienie aparatów na poprawne naświetlenie gruntu;
- doświetlenie obiektów w cieniu światłem odbitym od gruntu i innych obiektów, w tym skafandrów astronautów.

Brzmi sensownie, tylko dlaczego na sowieckich zdjęciach zrobionych na Księżycu przez sondy Zond i Łuna oraz roboty Łunochod widać gwiazdy (i tu, i tu), a w cieniach jest całkiem czarno (zdjęcia stąd)? To co, jednak Area 51? ;-)