You are currently browsing the monthly archive for lipiec 2009.

Dziś na stronie wyborcza.pl, pod „Gazeta Wyborcza poleca”:

serce

 

 

 

 

 

 

A pod linkiem historyjka o… zwykłym przeszczepie serca.

22 lata z jakim sercem?

Tylko rok? I to w zawiasach?

Aż się wierzyć nie chce.

Ponad miesiąc temu cytowałem i linkowałem u Andsola, jak to Wiktor Osiatyński o poprawności politycznej wypowiedział się, rzecz w Polsce nieomal niespotykana, jak najbardziej pozytywnie:

I u nas odrzucono pojęcie poprawności politycznej jako śmieszne, ośmieszane, kompromitowane. A ono jest jednym z największych źródeł postępu

Ale przyznajmy, Osiatyński to człowiek ciut podejrzany, w końcu Partię Kobiet zakładał.

Jednak dziś widzę, że sformułowań:

w europejskim klubie, w którym obowiązują zasady politycznej poprawności, a tak naprawdę przyzwoitości

oraz:

Niech sobie ktoś nazywa stawiane eurodeputowanemu zarzuty chorym wykwitem politycznej poprawności. Ja je nazywam zdrowym efektem istnienia w prestiżowym klubie pewnych standardów i reguł

użył publicysta całkiem mainstreamowy, facet spoza kręgów otumanionego lewactwa i popieprzonych feministek, ktoś, kto nie chodzi na pasku Senyszyn czy Dunin, Tomasz Lis.

Może z tego kraju jednak kiedyś coś będzie? ;-)

Od jakiegoś czasu na jutubie wisi Muzyka na instrumenty strunowe, perkusję i czelestę w wykonaniu niby Niemca, ale według wiki po troszku Węgra, Christopha von Dohnányi. Jak ktoś preferuje ruchome kolorowe obrazki i przyzwoity dźwięk, proszę sobie posłuchać:

1. Andante tranquillo
2. Allegro
3. Adagio
4. Allegro molto

A dziś wpadł mi w ekran — i w ucho — nowszy upload, choć starsze nagranie. Tym razem cały Węgier, Ferenc Fricsay (Fricsay Ferenc raczej, jeśli szanować narodowość). Proszę państwa, jest stare — tak stare, że aż mono. Dół dudni paskudnie, glissanda na kotłach ledwie słychać. Ale — mimo to — wolę* Ferenca od Christopha, wolę to strukturalniejsze i bardziej majestatyczne wzrastanie pierwszej części i dramatyczniej nieuniknione jej zanikanie. Wolę bardziej nerwowe, frenetyczne Allegro, wolę bliższe scenom horrorowo cmentarnym Adagio. Nawet w czwartej części, co do której mam pewne wątpliwości, czy w ogóle jest w utworze potrzebna, chyba postawię rozpędzonego Fricsaya wyżej.  Może Orkiestra Radia Północnoniemieckiego nie sięga tam, gdzie sięgali ich koledzy z Orkiestry Symfonicznej Rozgłośni Sektora Amerykańskiego. Może rzekoma „magia” koncertu na żywo czasem okazuje się niezbyt magiczna, i nie wytrzymuje konkurencji z w teorii przemózgowionym, a w praktyce znacznie bardziej emocjonującym nagraniem studyjnym. A może po prostu co dwóch Węgrów, to nie jeden i ćwierć.

Wersja Fricsaya:

1. Andante tranquillo
2. Allegro
3. Adagio
4. Allegro molto

* Jak wielokrotnie opisywano, odczucia zgłaszane przez różnych słuchaczy po wysłuchaniu tego samego utworu bywają bardzo różne. Ba, oceny tego samego wykonania także — to ostatnie zdarza się również temu samemu słuchaczowi, gdy słucha ponownie po pewnym czasie. Na przykład niżej podpisanemu, ale również osobom bardziej fachowym, jak to wyszło na jaw chociażby przy okazji afery Joyce Hatto. Przeto opinie sprzeczne z moimi tym bardziej zapraszam zgłaszać w komentarzach :-).

PS. Linki dałem w HQ (von Dohnányi) i HD (Fricsay) — jeśli to dla czyjegoś łącza za wiele, proszę sobie zmienić właściwym guzikiem lub wykasować „$fmt=liczba” z końca linku.

Wśród instytucji federalnych USA niektóre budzą mój niesmak (TSA, naturalnie), większość jest mi obojętna, do paru mam szacunek, lub nawet sympatię. Sympatyczna jest mi oczywiście National Transportation Safety Board. Oczywiście, gdyż ich raporty na temat katastrof transportowych, zwłaszcza lotniczych, są dla mnie źródłem interesującej lektury. NTSB jest małą agencją o specyficznym trybie działania – prowadzi badania wypadków (ma tu pierwszeństwo przed innymi agencjami, Any investigation of an accident or incident conducted by the Safety Board [...] has priority over all other investigations of such accident or incident conducted by other Federal agencies), stwierdza prawdopodobne ich przyczyny i zazwyczaj rekomenduje zmiany w przepisach, procedurach lub konstrukcjach mające zapobiec podobnym wypadkom w przyszłości. Rekomendacje owe nie mają wprawdzie mocy prawnej, ale NTSB ma taki autorytet, że zazwyczaj są wprowadzane w życie.   A gdy po jakimś wypadku okaże się, że wcześniejsze rekomendacje NTSB zostały zignorowane, prasa natychmiast to wytyka.

Niedawno Washington Post machnął portrecik Debory Hersman, obecnie członkini NTSB, ale nominowanej niedawno przez Obamę na szefową tejże agencji - choć nie ma jeszcze zatwierdzenia. Portret interesujący, szefą federalnej agencji zostanie zapewne wyjątkowo młody człowiek (39 lat), o wielkiej wiedzy i silnej osobowości, który w dodatku swą z pewnością niełatwą i wymagającą pracę łączy z, na przykład, bieganiem triathlonów.

A w samym portrecie bardzo podoba mi się, że zabrakło w nim akcentów, które zapewne pojawiłyby się, gdyby nakreślono go w polskiej gazecie. Autor nie zatroskał się, czy moja sąsiadka, będąc „delikatną kobietą”, ciężko przeżywa wizyty na usłanych trupami miejscach katastrof. Nie wypytał, jak biedactwo pogodziła karierę z wychowaniem trójki dzieci. Nie ocenił urody…

Blog Miski do mleka nie bywa (jeszcze? ;-) ) cytowany przez mainstreamowe media, ale został zacytowany automatyką (pingbackami czy innymi trackbackami) pod tekstem CNN zlinkowanym w poprzedniej notce.  W cokolwiek, hm, pokręcony sposób:

miski w cnn

Cóż, CNN najwyraźniej nie dojrzał do stosowania tak nowoczesnej i zaawansowanej technologii jak Unicode. W nagłówku strony stoi jak byk:

<meta http-equiv="content-type" content="text/html;
charset=iso-8859-1">

i biedna przeglądarka się do tegoż nakazu stosuje wyświetlając to co widać powyżej.  Wystarczy jednak nakazać jej zinterpretować stronę jako Unicode, i mimo CNN-owskiego zacofania polskie literki pokazują się w pełnej krasie:

cnn po polsku

A zdjęcia miejsc lądowania Apollo, których domagał się autor bloga Exposing PseudoAstronomy (też się to zacytowało na CNN, vide pierwszy screenshot), już są.  ~/.Trash zlinkował je, a i na Exposing PseudoAstronomy się w końcu pojawiły. Każdy chyba jednak tropiciel spisków od razu pozna, że to marne podróby ;-).

W związku z rocznicą pierwszego lądowania ludzi na Księżycu w CNN tekst o ludziach przekonanych, że amerykańscy astronauci tak naprawdę nigdy tam nie dotarli, filmy nakręcono na Ziemi (w Area 51, oczywiście), skały przywiezione z Księżyca to meteoryty, i w ogóle jeden wielki spisek.

Spodobał mi się jeden aspekt „metodyki” owych tropicieli spisku:  Sibrel spent years ambushing Apollo astronauts and insisting they swear on a Bible before his cameras that they walked on the moon.  Facet wierzy, że rząd amerykański zmontował taką gigantyczną tajną operację, przez 40 lat nikt z tysięcy osób które musiałyby pracować nad sfabrykowaniem tych dowodów nie ujawnił prawdy, i nagle astronauci (czy rzekomi astronauci ;-) ), postaci najważniejsze w tym całym spisku, zmienią zdanie, padną na kolana i wyznają straszliwą prawdę – bo Sibrel zamachał im przed oczami Biblią?

Więcej to poczytania:

wyjaśnienia rzekomych dowodów na nielądowanie – 1, 2, 3, 4.

Jurgi o Apollo 11.

A na koniec notki… Jako „dowody” spisku podaje się między innymi brak na zdjęciach gwiazd na księżycowym niebie, oraz widoczność przedmiotów czy osób znajdujących się w cieniu (z braku rozpraszającego światło powietrza cienie powinny być smoliście czarne).  Wytłumaczeniem mają być odpowiednio:
- duża rozpiętość jasności między oświetlonym przez słońce gruntem a relatywnie ciemnymi gwiazdami i nastawienie aparatów na poprawne naświetlenie gruntu;
- doświetlenie obiektów w cieniu światłem odbitym od gruntu i innych obiektów, w tym skafandrów astronautów.

Brzmi sensownie, tylko dlaczego na sowieckich zdjęciach zrobionych na Księżycu przez sondy Zond i Łuna oraz roboty Łunochod widać gwiazdy (i tu, i tu), a w cieniach jest całkiem czarno (zdjęcia stąd)? To co, jednak Area 51? ;-)

http://www.washingtontimes.com/news/2009/may/17/city-oks-razing-of-brutalist-church/

Po domyciu i podreklamowaniu mógłby być wręcz atrakcją.

Podobno teraz ten będzie na celowniku. Paranoja.

Wielka Brytania

The Boeing 747 had pulled away from the departure gate at Phoenix, Arizona, en route to London Heathrow when passengers began complaining of smoke. [...]

Everything appeared normal as the plane taxied out, he told BBC News, but after it had been waiting about 10 minutes for take-off, “a strange but harsh smell filled the cabin – it made my nose tingle and burned the back of my throat”. [...] “After about five minutes, more people started to cough, someone towards the front of the aircraft shouted ‘fire’, the doors of the aircraft opened and the slides were deployed.

http://news.bbc.co.uk/2/hi/americas/8145686.stm

 

USA

British Airways Flight 288, headed to London’s Heathrow Airport, had departed the gate for the runway, but returned after passengers detected odors strong enough to cause alarm, said Capt. Shelly Jamison, spokeswoman of the Phoenix Fire Department.

http://www.cnn.com/2009/US/07/11/arizona.plane.evacuation/index.html

Hundreds of passengers aboard a British Airways Boeing 747 preparing to depart for London from the Phoenix airport were forced to use slides to evacuate the jet on Friday night after fumes filled the cabin.

http://www.google.com/hostednews/ap/article/ALeqM5gTjCUG8yre68orM4BoVR768OxDpQD99C2DG80

[wprost z Phoenix] Officials say hundreds of passengers on a British Airways flight preparing to leave for London were forced to use slides to evacuate the jet after smoke began filling the cabin at Sky Harbor Airport Friday night.

http://www.abc15.com/content/news/phoenixmetro/central/story/Smoke-in-cabin-forces-evacuation-of-flight/aCzM-F7YykGiIUrkcdvsWg.cspx

 

Niemcy

Während ein Jumbo-Jet im US-Staat Arizona schon zur Startbahn rollte, füllte sich die Kabine plötzlich mit Qualm. Etliche der 350 Passagiere gerieten in Panik, das Flugzeug musste evakuiert werden.

http://www.spiegel.de/panorama/0,1518,635637,00.html

 

Natomiast Polska

Samolot typu Boeing 747 musiał awaryjnie lądować zaraz po starcie z lotniska w Phoenix w amerykańskim stanie Arizona. Na pokładzie maszyny linii British Airways lecącej do Londynu znajdowało się ponad trzystu pasażerów i członków załogi. Samolot zawrócił na lotnisko w Phoenix, gdy piloci poczuli w kabinie zapach dymu.

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6811662,Dym_w_kabinie_Boeinga___ponad_300_ewakuowanych.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Awaryjne-ladowanie-brytyjskiego-samolotu-z-300-osobami,wid,11306628,wiadomosc.html

Boeing 747 lądował awaryjnie, dym na pokładzie

Samolot Boeing 747-400 linii lotniczych British Airways musiał awaryjnie lądować na lotnisku w amerykańskim Phoenix. Na pokładzie pojawił się dym – podała telewizja CNN. Maszyna, lot 288, miała lecieć do Londynu. Jednak tuż po tym jak oderwała się od pasa startowego pasażerowie zaalarmowali pilotów o tym, że czuć dym. Piloci więc zawrócili, a samolot ponownie lądował w Phoenix.

http://wiadomosci.onet.pl/2006774,441,item.html

Tak sobie czasem poczytuję „rewelacje” o „technologiach”,  linkowane na przykład na gazeta.pl. Swoją drogą jest jakoś żałosne, że w pojęciu współczesnych żurnalistów (również na BBC) „technologie” w 90% ograniczają się do komputerów i telefonów komórkowych.

Media Agory w temacie „technologii” co jakiś czas donoszą o nowościach na rynku przeglądarek. Przeważnie z tezą: jaki świetny jest Chrome (ktoś tego w ogóle używa? ostatnio widziałem udział w rynku poniżej 2%), jaki fajny jest Firefox, Opera przemyka gdzieś na marginesach, a wielkim zuyyyyym jest oczywiście IE.

Mariusz Koryszewski machnął nowy atak na IE. Tym razem, chyba z braku innych argumentów, pretekstem stała się „niesmaczna” reklama tejże przeglądarki, z występującymi w jednej z głównych ról, o bogowie, wymiotami.

Koryszewski ni przypiął ni przyłatał czepia się tam reklam Visty z Gatesem i Seinfeldem, strzelając kulą daleko od płota. W sumie reklamy Gates/Seinfeld były całkiem niezłe, ze swoim ciut absurdalnym humorkiem i generalnie pogodnym przesłaniem. Podobnie jak nie najgorsze, choć nieszczególnie nowatorskie, były radosne filmiki serii „I am a PC”.  Chyba nawet Apple to zauważył, bo, jeśli pamięć mnie nie myli, przygasił wtedy swoją cokolwiek już wymęczoną, a przy tym na tle optymizmu „I am a PC” wyglądającą wręcz niesympatycznie, kampanię porównywania Maca personifikowanego przez modnego młodziana z grającym PC grubawym facecikiem w kiepskim garniturze. Jak bym miał się czepiać reklam windowsowo-pecetowych, to raczej ostatnich scenek o schemacie: klient przychodzi do sklepu kupić dobrego laptopa, ogląda Maki, które okazują się okropnie drogie, i wychodzi z pełnym świetnych ficzersów pecetem. Jest to chyba zawsze Sony Vaio, co przesłanie kampanii oparte o rozsądną cenę raczej stawia na głowie.

Wracając do naszych wymiotów: wspominanie (w oczywiście negatywnym świetle) vistowych reklam w artykule Koryszewskiego służyło chyba wyłącznie realizowaniu celów biznesowych Googlory. Dlaczego? Bo wymiotna reklama IE8 jest do owych reklam Visty zupełnie niepodobna, i kierowana do całkowicie innych targetów. Gates/Seinfeld i „I am a PC” chodziły w telewizji i kierowane były do widza mainstreamowego, „I am a PC” do prostszego, Gates/Seinfeld do ciut bardziej wyrafinowanego. Wymioty natomiast to internetowe viral video, kierowane bardziej do nieodchodzących od komputera kilkunastolatków.  Filmik nawet pojawia się chyba tylko w dziwniejszych obszarach internetu. Ja w każdym razie jeszcze na niego nie trafiłem, mimo, że widziałem inne reklamy z tej serii.

I tu następna luka w wywodach Koryszewskiego – wymioty to tylko jeden z filmów w większej, ironicznej serii, inne to choćby F.O.M.S. czy chyba najlepszy z tych, które widziałem:  S.H.Y.N.E.S.S. Więc może warto by ocenić całą serię, panie Koryszewski?

Wreszcie, skoro reklama zawędrowała na trzecie miejsce oglądalności (po rozebranych pracownikach linii lotniczej i tańczących breakdance niemowlakach) – to jest skuteczna. Nawet, jeśli wśród pewnej subpopulacji jedynie. Stwierdzenie „Ciekawe, ile dolarów koncern zmarnował na zrobienie tej reklamy?” jest więc wyjątkowo nie na miejscu. To nie gust pana Koryszewskiego („Tak nie powinno się promować przeglądarki” – nie? bo co?) decyduje o skuteczności reklamy.

Cóż, być może umowa między Agorą a Google, dzięki której Gmail służy za pocztę w portalu Gazeta.pl miała swoje tajne protokoły. Ale chyba można realizowac je w subtelniejszy sposób, niż zakończenie dzieła Koryszewskiego:

Czy nie można wydać pieniędzy na coś pożyteczniejszego np. udoskonalenie samej przeglądarki, której daleko do ideału…

Jakieś konkreciki? Cóż jest owym ideałem: Chrome ze swoją mikroskopijną konfigurowalnością, czy Firefox, który do niedawna nie miał nawet trybu porno?

A jeżeli już koniecznie Microsoft chce reklamowymi klipami popularyzować swoją przeglądarkę, to niech weźmie przykład z Google.

Z Google. Oczywiście.

które własną przeglądarkę Chrome promuje o wiele lepiej (i bez rozgłosu) w sieci zabawnymi klipami.

Promowanie bez rozgłosu zaiste to zaiste genialny pomysł. I skuteczny. Na <2%.