You are currently browsing the monthly archive for czerwiec 2009.

W Washington Post trwa serial o niedawnym zderzeniu pociągów metra waszyngtońskiego w pobliżu stacji Fort Totten. Nawet liczni zmarli niedawno celebryci: Bill Mays, Farrah Fawcett i Michael Jackson nie są w stanie wypchnąć takiej lokalnej historii z pierwszych stron.

Shankar Vedantam, autor niedawno opublikowanego tekstu na ten temat, ubolewa nad automatyzacją pewnych procesów, prowadzącą do odebrania kontroli ludziom lub do zmniejszenia czujności ludzi, i w końcu do wypadków jak ten waszyngtoński. Ta chwytliwa teza (human supremacy) jest jednak kiepściutko udokumentowana, zaś argumenty – dziurawe i przedstawione jednostronnie.

W kontekście wypadku metra teza pojawia się w oparciu o doniesienia, jakoby zawinił komputer (jak to się Lemowi napisało Ecie pecie – odparłem. – Wiadomo, że wszystkiemu winien komputer. Ten brzydal!), więc może rozluźniona wiarą we wszechmoc tegoż maszynistka za późno włączyła hamulce awaryjne. Może tak było, może nie, NTSB bada sprawę, niewiele wiadomo, więc wypadałoby się powstrzymać przed wyciąganiem wniosków o znaczeniu ogólnym z wątłych i mętnych na razie przesłanek.

Dla wsparcia swojej tezy Vedantam przywołuje polski akcent – wypadek Airbusa 320 Lufthansy na Okęciu w 1993 roku. Lądujący w deszczu i przy silnym wietrze samolot nie wyhamował przed końcem pasa i rozbił się o wał kawałek przed torami kolei radomskiej. Tak, Vedantam ma trochę racji twierdząc, że to maszyna nie pozwoliła pilotom włączyć odwracaczy ciągu, które być może pomogłyby zatrzymać samolot przed przeszkodą. Myli jednak fakty, myli przyczyny, i ignoruje to, co mu nie pasuje.

Nie jest prawdą, że z powodu akwaplanacji (naprawdę tak się to po polsku nazywa, czy to wymysł polskich wikipedystów? chodzi o hydroplaning, aquaplaning) samolot nie wykrył wystarczającego obciążenia podwozia i dlatego nie pozwolił włączyć odwracaczy. Vedantam myli dwie rzeczy. Akwaplanacja opóźniła rozpędzenie kół podwozia głównego do prędkości co najmniej 72 węzłów – co było jednym z warunków otwarcia spoilerów. Warunkiem uruchomienia odwracaczy (i alternatywnym warunkiem otwarcia spoilerów) było obciążenie amortyzatorów lewego i prawego zespołu podwozia głównego ciężarem odpowiadającym 6300 kg.  Ten ostatni warunek nie był spełniony nie z powodu akwaplanacji (bo i jak?), tylko dlatego, że spodziewając się bocznego wiatru piloci lądowali w przechyle. Koła lewego podwozia dotknęły pasa 9 sekund po kołach prawego podwozia, i 6 sekund po kołach przednich. Przez dłuższy czas był więc wystarczająco obciążony tylko jeden, prawy zespół podwozia głównego. I to jest jedyny moim zdaniem moment, w którym można mieć zastrzeżenia do konstruktorów, czy raczej programistów samolotu. Wydaje się, że sensowniejsze byłoby uzależnienie zadziałania rewerserów od obciążenia co najmniej jednego z zespołów podwozia głównego.

Co ważniejsze jednak, Vedantam całkowicie zignorował udział czynnika ludzkiego w tym wypadku. Przede wszystkim błędy popełnili ludzie – lądowanie w trudnych warunkach atmosferycznych zostało przeprowadzone ze zbyt dużą prędkością (być może wskutek nieścisłości w danych meteorologicznych otrzymanych z Okęcia), samolot został posadzony za daleko na pasie, nie podjęto decyzji o przerwaniu lądowania i wykonaniu go-around, co prawdopodobnie pozwoliłoby uniknąć wypadku. No ale po co o tym pisać, skoro nie pasuje do tezy o human supremacy.

Vedantam wprawdzie wspomina mimochodem o powodach, dla których w ogóle działanie odwracaczy ciągu jest uzależnione od wykrycia obciążenia i obracania się kół – czyli od wykrycia, że samolot jest na ziemi. Pisze: Planes coming in to land were running into trouble because pilots occasionally activated reverse-thrust braking systems before the wheels touched down, causing the aircraft to stall and crash. Nie opisuje jednak zbyt dokładnie możliwych skutków włączenia rewersera w powietrzu. W 1991 roku uruchomił się w locie jeden rewerser (nawiasem mówiąc, po starcie, nie przed lądowaniem) Boeinga 767 Lauda Air – skończyło się to śmiercią wszystkich osób na pokładzie. W Warszawie zginęły całe dwie osoby – jeden z pilotów i jeden pasażer. Więcej o wypadku na Okęciu tutaj.

Autor nie wspomina również o wypadkach, gdzie właśnie maszyna mogła zapobiec nieszczęściu, a ludzie do niego (do)prowadzili. W 2002 roku nad Niemcami zderzyły się Tu-154 Bashkirian Airlines z Boeingiem 757 DHL. Nikt nie przeżył. W 2001 roku tylko gwałtowny manewr pozwolił uniknąć zderzenia Boeinga 747 i DC-10 Japan Airlines w Japonii - na tyle gwałtowny, że prawie 100 osób na pokładzie Jumbo Jeta odniosło obrażenia. Za oboma wydarzeniami stały sprzeczne instrukcje otrzymane przez pilotów od kontroli lotów i od automatycznego pokładowego systemu ostrzegania przed zderzeniami (TCAS). W obu wypadkach ktoś (człowiek!) - niezgodnie z zasadami – posłuchał człowieka zamiast maszyny.

Również zderzenia Boeinga 737 Gol Airlines z prywatnym Embraer Legacy w 2006 roku nad Brazylią zapewne unikniętoby, gdyby Embraer nie miał wyłączonego (przez ludzi!) transpondera, warunkującego działanie TCAS.

Przydałaby się też Vedantamowi refleksja nad granicami ludzkich możliwości. Są systemy, układy, których złożoność lub skala czasowa, w jakiej operują, przekracza możliwości człowieka. Dlatego piloci potrzebują pomocy układów automatycznych i komputerów, by zapanować nad zawiłościami pasażerskiego odrzutowca. Dlatego w razie wypadku samochodowego poduszki powietrznej kierowca nie włącza ręcznie. Mimo, że niezaplanowane, przypadkowe odpalenie poduszki może być bardzo szkodliwe dla kierowcy czy pasażera, oddajemy tu kontrolę automatom - bo jesteśmy zbyt powolni.

Wracając do Lema, ustami Pirxa: 

- Klyne i ja należymy do dwóch różnych generacji. Kiedy zaczynałem latać, zawodność procedur automatycznych była daleko większa. . . To się utrwala w zachowaniu. Myślę, że… ufał im do końca.

- Sądził, że komputer dysponuje lepszym rozeznaniem? Że opanuje sytuację?

- Nie musiał liczyć na to, że ją opanuje… a tylko że, jeśli nie potrafi, tym bardziej nie dokona tego człowiek.

A „Opowieści o pilocie Pirxie” w ogóle zawierają mnóstwo ciekawych obserwacji w temacie man-machine interface. Polecam!

Liberalne, lewackie, zgniłe media serwują kolejny stek kłamstw mających na celu zniszczenie rodziny, chrześcijaństwa i ludzkości.

Królik w prekambrze podle naśmiewa się z jasnowidza, że niby zbyt mętnie przewidział coś tam z Tuskiem i budżetem. I że nie przewidział śmierci Michaela J, którego opłakuje całe pokolenie, a telewizje wtórują jak w Polsce za Wojtyły.

Proszę się nie naśmiewać, jasnowidz musi być ostrożny, musi mówić niejasno. Nie dlatego, że nie może przewidzieć precyzyjnie (skądże!), lecz dlatego, że zbyt dokładne przepowiednie mogą wpędzić go w kłopoty!

Przepraszam wchodzących przez RSS za zakłócenia. Moje eksperymenty z mapą odwiedzających nie wiem czemu zaowocowały postem z takąż mapą, który następnie usunąłem. Ale w RSS się ostał.

No to chyba się stanie.  Szef ma najwyraźniej zamiar zrealizować w końcu swoje marzenie i zatrudnić specjalną osobę do komputerów w naszej grupie.

Wczoraj z kolegą oglądaliśmy kandydata. Na szczęście od czasu poprzedniej notki zadania przeznaczone dla tej osoby cokolwiek urosły i teraz może mieć to sens. Jeśli by je zrealizował, zysk mógłby być niebagatelny. Bo oprócz takich poważnych i absorbujących zadań, jak uaktualnianie programów na Macach szefa i sekretarek, czy ratowanie szefa, gdy np. jego iKalendarz (czy jak to się zwie) nie chce się zsynchronizować z używanym przez wszystkich wspólnym kalendarzem google, wymyśliliśmy (głównie dwaj rzutcy koledzy) parę poważniejszych i sensowniejszych zastosowań dla potencjalnego lokalnego specjalisty IT.

Jak postawienie naszego własnego serwera w celu stworzenia centralnego, regularnie bekapowanego magazynu danych. Obecnie każdy ma swój własny schemat bekapów i zabezpieczeń, a że trochę sie tego generuje (ja do 1 GB dziennie, niektórzy więcej), to coś solidnego by się przydało.

Jak zrobienie naszego własnego VPNu, byśmy mogli siedząc w domach skorzystać z komputerów pracowych. Niby służby IT naszej wielkiej instytucji kiedyś po wielokrotnych nagabywaniach i naciskach otworzyły dostęp VPNowy dla nas, ale czasem to działało, a czasem nie. U mnie nie tylko nie, ale to, co kazali mi zainstalować w domu, narobiło mi bardzo dziwnych rzeczy w sieci domowej i potem zmarnowałem sporo czasu przywracając ją do porządku.

Jak zrobienie porządnego systemu śledzenia dokumentów dla sekretarek. Sekretarki się u nas zmieniają ciągle, czasem bez zakładki lub z bardzo krótką, więc w obecnym bałaganie każda spędza pierwsze miesiące pracy poszukując poprzednich dokumentów w sekretarskich komputerach.

Jak regularne uaktualnianie strony internetowej, która cierpi na chroniczny anachronizm.

Jak stworzenie i utrzymywanie systemu do telekonferencji, kolejne marzenie naszego szefa. Nie jesteśmy do końca pewni po co mu on, ale niech sobie ma zabawkę.

Kandydat, młodzian umundurowany w gajerek i krawat, z teczuszką,  zegarkiem chyba reprezentacyjnym (nie znam się na zegarkach) i wymodelowaną fruzurą, wyglądał ciut jak z księżyca Saturna w naszym t-shirtowo niedbałym, sandałowym, czasem nawet podtatuowanym towarzystwie. Ale rozumiał co się do niego mówiło, odzywał się z sensem, i chyba przynajmniej umie udawać, że się na tym wszystkim zna.

Trochę tylko uniósł brew, gdy mu powiedziałem, że jesteśmy raczej indywidualistami, ludzie używają nie tylko różnych systemów ale i różnych programów (nawet do tych samych celów), i tak ma zostać.

A bezcenny był wyraz jego twarzy, gdy kolega uściślił, że nie tylko nie oczekujemy od niego bezpośredniej opieki nad maszynami, które stoją na naszych biurkach (z wyjątkiem szefa i sekretarek), ale wręcz nie będzie miał do nich dostępu.

Cóż, nasz modus operandi różni się od korporacyjnego. A gdy ktoś ma zgromadzone dane z 3 czy 5 lat pracy, od których, jak u koleżanek i kolegów robiących doktoraty, zależy praktycznie cała jej czy jego przyszłość, nic dziwnego, że nie ufa nikomu i podchodzi do security cokolwiek paranoidalnie. Trust no one!

Nieoceniony PZ Myers nabija się z historii Chase’a Keara, który przeżył ciężki uraz mózgu. Co przez rodzinę zostało uznane za cud – bo modlili się intensywnie do kandydata na świętego męczennika ojca Emila Kapauna, zmarłego w chińskim obozie jenieckim podczas wojny koreańskiej. Watykan prowadzi śledztwo, oby się tylko nie doptarzyli jakiejś Wandzi!

Wracając do PZ Myersa, w swojej notce pięknie pokazuje jak można zignorować ciężką pracę, wiedzę i umiejętności ratowników i lekarzy – przypisując wyzdrowienie pacjenta siłom, ekhm, wyższym.

Zabrakło mi tam jednak podkreślenia, że nazywanie zdarzenia „cudem” jest najzwyczajniej obraźliwe dla ratowników i lekarzy, którzy zajmowali się Kearem. Jak i dla pokoleń lekarzy i naukowców, których praca – nad technikami medycznymi, nad leczeniem infekcji, nad konstrukcją helikoptera, który przewiózł Keare’a do szpitala – przyczyniła się do sukcesu. Podobnie, jak nazwanie „cudem” wodowania na rzece Hudson było obraźliwe dla pilotów, Chesleya Sullenbergera i Jeffreya Skilesa.

Dla nieczytających PZ Myersa jeszcze link do notki z filmikiem o religii – zanim go zamieści blog Ateizm na wesoło :-).

Jaś Skoczowski wspomniał, że podobno PO ma się wycofać z projektu ustawy o in vitro autorstwa Gowina i zgłosić sensowniejszy.

Niby dobra wiadomość, ale poszperałem po necie i znalazłem to:

Platforma Obywatelska złoży w Sejmie tylko jeden projekt ustawy o zapłodnieniu in vitro, a podczas głosowania zostanie wprowadzona dyscyplina partyjna – dowiedziała się “Polska”. Dlaczego? To kara za krytykę małopolskiej kampanii PO do Parlamentu Europejskiego, którą dzień po wyborach wygłosił Jarosław Gowin.

Poważna podobno polska partia uzależnia kształt stanowionego prawa od tego, który z jej posłów był grzeczny. To już nawet nie jest śmieszne.

Geje w USA mają różnie.

Z jednej strony, coraz więcej stanów uznaje małżeństwa homoseksualne (nie tylko związki cywilne). Na poziomie federalnym prezydent robi ruchy (niezbyt zdecydowane, ale jednak) poprawiające sytuację osób pozostających w związkach homo, ruchy, o jakich w znajdującym się w środku Europy przedmurzu chrześcijaństwa politycy boją się nawet wspomnieć.  

Ba, zrobił się wielki szum gdy pani Carrie Prejean, kandydatka w konkursie Miss USA, w finale tegoż konkursu na pytanie o małżeństwa homo odrzekła, iż jej zdaniem małżeństwo powinno być między mężczyzną i kobietą. Prejean twierdzi nawet, że kosztowało ją to zwycięstwo. Miałem machnąć o tym notkę, gdy rzecz była na czasie, ale jakoś mi się rozeszła po kościach, więc teraz skorzystam z okazji i skomentuję. 

Sama idea konkursów Miss jest raczej głupia i ma podteksty dość antyfeministyczne. Więc próbuje się udawać, że chodzi o coś więcej niż oglądanie skąpo lub nieskąpo ubranych dziewcząt - zadając im pytania.  Bardzo jest to naciągane, nawet pod powyższym linkiem piszą: the Miss USA pageant usually has judges asking questions that allow the contestants to pray for world peace and tell how much they love puppies and kittens. Ale niech tam, możemy poudawać, że Miss powinna mieć nie tylko nogę i cyc, ale też rozum.

Po czym okazuje się, że w zasadzie jednak lepiej, żeby nie miała (swojego) rozumu, tylko listę właściwych odpowiedzi. A zadający pytanie o małżeństwa homo gejowski działacz Perez Hilton doznaje wstrząsu, i rezonuje: I want [a Miss USA] who is going to be politically savvy, and that means saying things that will make everyone feel welcome. She’s a Christian, but I don’t want her talking about Jesus, Jesus, Jesus, because that’s offensive to all of the Jewish Americans, all the Muslim Americans, to all the atheist Americans. It’s about balance, it’s about finding the perfect Miss USA, and unfortunately, Miss California was not the perfect Miss USA. I would have appreciated it had she left her politics and her religion out, because Miss USA represents all Americans. Panie działacz, szukasz Miss USA która będzie miała poglądy zgodne ze wszystkimi Amerykanami? Może lepiej – rozumu sobie poszukać?  A co do pozostawiania różnych spraw na boku, kto, panie Hilton, zadał pytanie, na które nie da się udzielić zadowalającej wszystkich odpowiedzi, kto?

Z drugiej strony w amerykańskim wojsku cały czas obowiązuje hipokrytyczna…? hipokryzyjna…? pełna hipokryzji! zasada Don’t ask, don’t tell (od 1993 roku, wcześniej było gorzej).

I wreszcie, mamy publiczne wypowiedzi, jak ta, która sprowokowała mnie do niniejszej notki. Washington Post przedstawia głosy w kwestii Is the NFL Ready for An Openly Gay Player? NFL – National Football League, świątynia najamerykańsszego sportu i męskiej amerykańskości w ogóle (a brutal sport, played by men of aberrant size and physique, in which the primacy of the individual is sublimated in favor of group think. It’s also a sport in which hyper-machismo isn’t just celebrated but deemed an essential ingredient for successLiz Clarke).

Wypowiedź Kennetha Hutchersona, byłego zawodnika, obecnie pastora. Czarnego – to istotne. Wypowiedź naciągająca „freedom of speech” do granic „hate speech” i daleko poza granice logiki.

Hutcherson nie tylko pisze: I can’t change being black [e tam, a Michael Jackson?] … but there are a lot of people, especially in our churches, that have changed being gay [aha...].

Nie tylko stwierdza: Football is like the army — it’s a battle field. In war you have to trust the guy that’s next to you. Now, if a teammate has different views about what they’re attracted to in the showers it’s going to affect the team [myślałem, że w football gra się na boisku, nie pod prysznicem - no ale ja nie rozumiem tej gry, przyznaję].

Ale posuwa się do: Men are going to be more comfortable with other heterosexuals. It’s like having a woman on the team or having a woman in the shower [gej nie mężczyzna?]. Oraz do: It is the same as players going to a club and shooting it up [o tak, ujawniony homoseksualizm jest całkowicie tożsamy z postrzeleniem samego siebie z noszonego bez zezwolenia Glocka].

A co najciekawsze - Hutcherson bez  zająknięcia twierdzi: It’s not a civil rights issue like with racism — there’s no comparison. [...] Has a homosexual ever been considered 3/5ths of a person? Has a homosexual ever had to sit at the back of the bus? Has a homosexual ever had to use a different bathroom? 
jednocześnie odmawiając gejom udziału w drużynie, pisząc: How can you keep your mind on the game when you’re thinking about running back to the showers? Oraz: I don’t care how great the player is, if he’s bringing attention to the team he’ll be let go.

Oj, panie pastorze, Miss USA nie zostaniesz. Nie ma szans. Nie tylko za poglądy, ale oprócz cyca i nogi trzeba też mieć – rozum…

Po niedawnej katastrofie Airbusa Air France media ekscytują się wszelkimi kłopotami Airbusów. Takimi nawet, które normalnie nie przebiłyby się do mikrodepesz na dwieściepięćdziesiątej stronie dodatku D – a ostatnio są opisywane w szczegółach, lądują nawet na pierwszych stronach 1, 2, 3.

Dziś nowa dramatyczna wiadomość: Awaryjne lądowanie samolotu Ryanair! Leciał z Londynu do Krakowa, lądował we Frankfurcie! Była burza! O Boże!

„W pewnym momencie zobaczyliśmy błysk i usłyszeliśmy głośny huk. Moje wrażenie – piorun” – mówi Dariusz. Dariusz-bez-nazwiska, aż dziw, że nie Dariusz (l. 33), jak w Fakcie.

I tylko przedziwnym trafem tym razem brakuje informacji jakiemuż to typowi samolotu przydarzyła się owa nieomal katastrofa… Zaraz, czym to lata Ryanair… wyłącznie Boeingami? A to dziennikarski pech.

Jak donosi z Gdańska Sławomir Sowula, by oskarżyć kibiców-zadymiarzy tamtejsza prokuratura posłużyła się orzeczeniem Sądu Najwyższego z roku 1935. Okresu rozkwitu demokracji i wolności w Polsce. Ten, kto jest częścią duchową tłumu, z tym tłumem współczuje, przyczynia się do wytworzenia nastroju, np. okrzykami, biciem braw, okazywaniem zadowolenia lub niezadowolenia z pewnych działań, jest do pewnego stopnia częścią zbiorowego organizmu, jakim jest tłum spełniający przestępstwo.

Dziś kibice, jutro każdy uczestnik demostracji antyrządowej, podczas której jeden chuligan lub policyjny prowokator rzucił mutrą w policjanta?

A artykuł 42 ust. 1 Konstytucji RP (Odpowiedzialności karnej podlega ten tylko!), zamiatamy pod dywan. Nie pierwszy, nie ostatni.